Zmarł David Rockefeller. Okazuje się więc, że nawet nieograniczone fundusze nie pozwalają na znaczące przedłużenie życia. Kolejne transplantacje przedłużyły wegetację do zaledwie 101 lat. Może słabe serce nie wytrzymało tego, że jego marzenia przegrywają z „populizmem”?

David Rockefeller był jednym z założycieli Klubu Bilderberga, który miał dbać o to by władza nad światem nie dostała się w nieodpowiedzialne ręce (ludzi takich jak Trump, Orban lub Kaczyński). W roku 1991 sformułował on te cele następująco1:

Gdybyśmy przez te wszystkie lata ujawniali opinii publicznej nasze działania, nie mielibyśmy możliwości tworzenia planu rozwoju dla świata. Jednak świat staje się coraz bardziej skomplikowany, a zarazem coraz bliższa jest faza powołania rządu światowego. Nowa realna władza polityczna, wykraczająca poza suwerenne państwa narodowe, zostanie zbudowana z elity intelektualnej i międzynarodowych bankierów, co z pewnością będzie znacznie lepsze niż dotychczasowa, trwająca od stuleci władza państwowa”.

Początek lat 90-tych z pewnością dawał powody do optymizmu. Łatwość z jaką udało się podbić kraje upadającego bloku komunistycznego musiały u miliardera wywoływać nie tylko radość ale i pogardę dla ludzi, którzy uwierzyli w geniusz takich głupków jak Balcerowicz. Dotknięte tą samą zarazą państwa Ameryki Południowej (vide Argentyna) mogą przynajmniej szukać usprawiedliwienia w tym, że nie miały wielkiego wyboru. Część Polaków do dzisiaj zresztą wierzy w to, że komunizm upadł dlatego, że jakiś elektryk przeskoczył przez płot :-(.

W mediach trwa panika wokół makabrycznego pomysłu gry prowadzącej do samobójstwa. Ma ona polegać na manipulowaniu przez internet młodymi ludźmi tak, by wypełniając kolejne zadania dotarli do ostatniego: samobójstwa. Ta historia bardzo przypomina miejską legendę o „czarnej wołdze”, ale niestety nie jest zupełnie wyssana z palca („czarna wołga” też zresztą nie wzięła się zupełnie znikąd). Autor portalu mitologiawspolczesna.pl przeprowadził analizę tej historii i dokonał następujących ustaleń:
Wszystko zaczęło się od artykułu Galiny Mursaliew na portalu „Nowaja Gazeta” z 16 maja 2016. Autorka opisywała śledztwo związane ze śmiercią dwóch nastolatek (autentyczne), łącząc jednocześnie (bez dostatecznych podstaw) grę w wieloryba ze śmiercią 130 dzieci.

Artykuł dobrze się klikał, więc przedrukowywały go kolejne media, czasem wzbogacając o nowe szczegóły, czasem tylko parafrazując, żeby uniknąć procesu o plagiat.

16 lutego 2017 r. ukazuje się w „Nowej Gazecie” kolejny tekst tej samej autorki, w którym zjawisko ma już skalę globalną, a do akcji rzekomo wkraczają już rosyjskie cybersłużby.

Artykuł klika się jeszcze lepiej. Interesują się nim media na świecie. Dociera także do Polski. […]

Fenomen faktycznie istnieje. Nietrudno odnaleźć w sieci kogoś, kto zechce zostać „kuratorem” naszego wyzwania. Zarazem jednak przy żadnej z dziennikarskich prowokacji nie doszło do namawiania do samobójstwa. […] Dziennikarzom udało się naświetlić przynajmniej dwie istotne motywacje administratorów niebezpiecznych grup:

  1. fascynacja psychodeliczną symboliką (zabawa w wyznaczanie ludziom tajnych numerów, zadań, kolejne fale inicjacji)

  2. PIENIĄDZE

Otóż tajne grupy w rodzaju „morza wielorybów” służą administratorom do zarabiania. Przedstawiają oni uczestnikom nie tylko depresyjne wiadomości, lecz także reklamy, na których – dzięki niesamowitej popularności tej nowej rozrywki – zarabiają niezłe pieniądze.

Równie niesamowita jak ta historia jest konkluzja sformułowana przez cytowanego autora: Nawet jeżeli gra w „niebieskiego wieloryba” nigdy nie istniała, to po serii obiegających cały świat sensacyjnych doniesień musi zaistnieć.

Od czasów Hitlera nie było w Niemczech takiego entuzjazmu, tylu marszów i takiego przekonania o cywilizacyjnej misji wobec wschodu Europy. Tyle, że zamiast ponurej gęby Hitlera mamy uśmiechniętą twarz Schulza. Oczywiście żadnemu Niemcowi do głowy nie przyjdzie takie porównanie, a sam Schulz zapewne uznałby to za podłą potwarz. To on jest przecież od tego, by decydować kto jest obecnie spadkobiercą Hitlera („Alternatywa dla Niemiec” oraz państwa sprzeciwiające się niemieckiej polityce migracyjnej). 

Skoro żyjemy w epoce post-prawdy, to bezpardonowy atak na Polskę i Węgry można nazywać „obroną wartości” - zwłaszcza solidarności. Piąta kolumna w Polsce poświadczy, że to słuszne. A jeśli ktoś ma wątpliwości, to morda w kubeł – bo kto ma fundusze, ten ma rację.

To jest najciekawszy element całej układanki. Skąd się bierze to samozadowolenie w bogactwie? Poniższy wykres wyjaśnia wszystko:

Pokazuje on jak banki centralne „drukują” bogactwo poprzez mechanizmy finansowe. Czarnym kolorem zaznaczono na nim Europejski Bank Centralny drukujący euro. Wykres pochodzi z artykułu w którym autor broni tezy, że banki to zło. W Europie zło znów mówi po niemiecku.

Tym razem Polska nie była pierwsza. Ten przywilej spotkał Grecję. To jest bardzo ważna lekcja. „Polskim ekonomistom” może się wydawać, że wystarczy potulnie spełniać niemieckie zachcianki i jak najszybciej przyjąć euro – to EBC będzie drukował bogactwo także dla nas. Jeśli zestawimy te 100 bilionów euro „wydrukowane” przez EBC (dla niepoznaki nazwano to "luzowaniem ilościowym") z 300 miliardami greckiego długu, to pojawia się pytanie: dlaczego nie pozwala się Grekom wyjść z tej pętli zadłużenia? Czyż nie dlatego, że odważyli się być zbyt hardzi wobec Wielkich Niemiec?

 

Jedną z cech charakterystycznych europejskiego lewactwa jest instrumentalne traktowanie chrześcijaństwa. Zwraca na to uwagę Duńska publicystka Iben Tranholm w ostatnio opublikowanym wywiadzie. Jej zdaniem politycy, którzy w przeważającej części nienawidzą chrześcijaństwa, używają chrześcijańskich wartości, a zwłaszcza miłości i współczucia, aby promować swoje własne cele. Iben Tranholm mówi o takich postawach w kontekście Rosji. Jej zdaniem politycy nie mogą znieść myśli o odradzającej się chrześcijańskiej Rosji, która otwarcie odrzuca ich kulturowy marksizm. Nawiasem mówiąc dziennikarka została z powodu głoszonych poglądów uznana za agentkę Rosji i umieszczona na czarnej liście rządowej. Taka swoista europejska „wolność słowa”.

Zdaniem duńskiej dziennikarki Szwecja jest jak kanarek w kopalni (gdy nie było czujników metanu, wożono klatki z tymi wrażliwymi na trujący gaz ptaszkami). Opłakany los tego państwa czeka całą Europę – jeśli nie odrodzi się w niej chrześcijańska tradycja. Także w sferze tradycji społecznych – na czele z konserwatywnym pojmowaniem rodziny. Rok temu Tranholm bardzo celnie opisywała niszczący wpływ feminizmu na tą tradycję. Feminizm nienawidząc mężczyzn zabija w nich męskość – w tym gotowość do obrony kobiet.”Ironią jest to, że próżnia stworzona przez feminizm oznacza, że kobiety stają się ofiarami agresywnej męskiej kultury”. Zniewieściały świat tworzy złudzenie, że „obecnie ludzie są po prostu mili, ludzie są po prostu dobrzy, i skoro jesteśmy mili i życzliwi dla wszystkich, oni też będą mili”. Zanika poczucie zła. Ludzie stają wobec niego bezradni.

Duńska publicystka nie dostrzega jednak sytuacji w całej jej złożoności. Zło sączone w zachodnie społeczeństwa wraz z polityką „multikulti” nie wynika wprost z różnic kulturowych. Nienawiść islamistów nie bierze się z ich religii, ale (uzasadnionego) poczucia krzywdy jakiej świat arabski doznał ze strony sytej Europy.

Jeszcze bardziej złożona sytuacja jest w Polsce. Polska tożsamość jest silnie zintegrowana z chrześcijaństwem i atak na religię jest wygodnym narzędziem walki z polskością - w czym specjalizują się mieszkańcy Polski traktujący swój kraj tak jak pasożyt organizm nosiciela. Ich „totalny” opór wobec chcących ukrócić pasożytnictwo jest wzmacniany poprzez mechanizmy działające podobnie jak w przypadku Rosji (ideologiczna nienawiść).

Roman Dmowski w „Myślach Nowoczesnego Polaka” napisał komentarz do listu dziennikarskiej „elity”, która właśnie wysmarowała przeprosiny do Niemców za to, że polskie władze (według autorów – nie reprezentujące Polski) nie chcą dłużej z pokorą znosić upokarzania przez Niemców. Dmowski pisał o tym tak: „Zapowiedziawszy się w dziejach, jako Jeden z najpierwszych ludów Europy i gospodarz na olbrzymim, ciągle powiększanym jej obszarze, naród nasz usunął się w krótkim czasie na tyły Pochodu cywilizacyjnego, stracił prawo kierowania własnymi losami i znalazł się w gorszym położeniu od ludów, które nigdy nie znały bytu państwowego. Gdy tamte, jako małoletnie, nie miały nigdy poczucia swej samodzielności, on został oddany pod upokarzające rządy obcych […]. W swym wzrastającym coraz bardziej usiłowaniu pogodzenia się z tym nędznym losem stworzył on sobie powoli sposób myślenia, ułatwiający ostateczną abdykację z dziejowej roli. Niedołęstwo nazwał szlachetnością, tchórzliwość – rozwagą, służbę u wrogów – działalnością obywatelską, zaprzaństwo – prawdziwym patriotyzmem. Wszelkie niemal pojęcia polityczne wywrócił, zaczął żyć w świecie moralnych urojeń, a przystosowując się do tego bytu, zaczął nawet tępić w sobie wszelkie zdrowe skłonności, wszelkie przejawy instynktu samozachowawczego”.

Skoro komentarz sprzed 100 lat tak dobrze opisuje współczesne „elity” - to oznacza, że taka postawa pozostała im na stałe.  Jarosław Kaczyński ma rację - to wymaga gruntownej przebudowy (na szczęście najbliższe lata oznaczają naturalny kres życia wielu z tych nieszczęśników).