PiS zgłosił kandydaturę Jacka Saryusza-Wolskiego na szefa Rady Europejskiej. Polityk PO (!) tą propozycję przyjął: „Potwierdzam. Nie akceptuję donoszenia na własny kraj i popierania przeciw niemu sankcji”. W odpowiedzi partia donosicieli wykluczyła go ze swoich szeregów. To zagranie Jarosława Kaczyńskiego (chyba nie ma wątpliwości, że on za tym stoi) pokazuje duży talent do gier gabinetowych. Nie wiemy jakie uzgodnienia zakulisowe towarzyszą tym decyzjom. Raczej mało prawdopodobne (choć nie wykluczone) jest to, że Jacek Saryusz-Wolski zastąpi Tuska. Jednak zestawienie tych polityków wypada na niekorzyść Tuska – więc stanowisko Polski przeciw jego wyborowi będzie miało dużo silniejsze podstawy. Kropkę nad „i” postawił Kaczyński, mówiąc że Tusk „ jest niemieckim kandydatem”. Tusk może się więc raczej pożegnać ze stanowiskiem (nawet jeśli nie stanie się to w czwartek). Kaczyński postawił w ten sposób w niezręcznej sytuacji Angelę Merkel. Czy to jednak dobra strategia w sytuacji, gdy może ją zastąpić antypolski lewak Schulz?

Co do samego Saryusza-Wolskiego – to jest zbyt poważny polityk, aby po prostu dał się wykorzystać. Być może w nagrodę za kandydowanie dostanie posadę Ministra Spraw Zagranicznych? Co prawda Waszczykowski ostatnio nabrał nieco wigoru, ale taka zmiana byłaby jednak dużym wzmocnieniem rządu.   

Logika jest trudna i pełna paradoksów.

Logika jest łatwa – bo to tylko uogólniony opis poprawnego rozumowania, znany każdemu myślącemu człowiekowi.

Które z powyższych zdań jest prawdziwe?

Logika nauczana w szkołach średnich jest łatwa (w zasadzie całość tej wiedzy można zmieścić na jednej niezbyt pojemnej stronie1). Logika rozwijana na uniwersytetach jest trudna (czasem nawet można użyć określenia „hermetyczna”).

Ponieważ logika to także narzędzie odkrywania prawdy – występowania tych dwóch skrajności nie można lekceważyć. Powszechne nauczanie logiki (może nawet należałoby rozpocząć je wcześniej niż w liceum) jest procesem uświadamiania i poznawania niezawodnych reguł rozumowania. Jaki jest zaś jest / powinien być cel logiki uniwersyteckiej (poza umysłową rozrywką ludzi, którzy najwyraźniej mają bardzo dużo czasu)? Spór o to wybuchł na początku XX wieku, gdy proces oczyszczania logiki z wszelkich związków ze zmysłowym poznaniem sprawiał, że przestawała ona być intuicyjnie zrozumiała. Jednym z wielkich krytyków takiego kierunku rozwoju był francuski matematyk, filozof i logik Henri_Poincare. Uważał on, że fundamentalne zasady winne być zgodne z intuicją („zdrową psychologią”). W jednym z komentarzy pisał2: „Russell odpowie mi bez wątpienia, że chodzi nie o psychologię, ale logikę i teorię poznania, na co musiałbym replikować, że nie istnieje żadna logika i teoria poznania niezależne od psychologii. To wyznanie wiary zakończyłoby jednak prawdopodobnie dyskusję, ponieważ ujawnia ona nieprzezwyciężalne różnice poglądów”.

 

Czy jednak pragmatyzm charakterystyczny dla XXI wieku nie pozwala na zupełnie nowe podejście do tego sporu?

Naukowcy i inżynierowie opisują rzeczywistość, używając algebry oraz klasycznej logiki, nie przejmują się sporami filozoficznymi. Dlaczego? Bo w praktyce nie istnieją dwa główne źródła tych sporów:

  1. Użycie nieskończoności. Już starożytni dostrzegli, że nieskończoność prowadzi do paradoksów (Achilles, który nigdy nie dogoni żółwia3). Nie wzbudzało to kontrowersji, póki nieskończoność używano do określenia granic (dla każdej liczby można podać liczbę od niej większą). Ale od czasów Cantora nieskończoność zagościła w matematyce jako pełnoprawny przedmiot badań - liczby kardynalne. To przeciw temu oponował Poincare.

  2. Problem poznania zmysłowego: czy pojęcia którymi operujemy pochodzą z doświadczenia, czy też dane zmysłowe są porządkowane przez platonowskie idee? W praktyce jesteśmy platonikami w tym sensie, że teoria poprzedza praktykę. Na etapie tworzenia teorii operujemy pojęciami abstrakcyjnymi. Teorię konfrontujemy z praktyką poprzez doświadczenia (weryfikacja) lub dzieła inżynierskie (wykorzystanie).

Bardziej złożone konstrukcje matematyczne potrzebne są wówczas, gdy chcemy opisać złożoną rzeczywistość, a nie wtedy, gdy chcemy tworzyć skomplikowane sposoby zapisu i argumentowania. Takie pragmatyczne podejście jest szczególnie widoczne w informatyce. W komputerach nie ma bowiem nieskończoności, a problem poznania zmysłowego został zmarginalizowany do cyfrowych interfejsów (wejścia i wyjścia).

W mediach trwa Narodowy Dzień Solidarności z Nadzwyczajną Kastą Ludzi. W Polsacie jeszcze w nocy przeprowadzono transmisję z jakiegoś katowickiego podziemia (sądząc po jakości dźwięku to musiała być konspiracja). Przewodziła szefowa SN (to na jej barkach spoczęła obrona interesów kasty po odejściu Rzeplińskiego).

Prokuratura wystąpiła o uchylenie immunitetu Prezesowi Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Więc dzisiaj w mediach na pierwszych stronach trwa kontrofensywa. Trybuna Ludu (TL) (przebrana za Rzeczpospolitą) głosi, że z braku sitwy PiS będzie walczył z „kastą”. Swoim zwyczajem po przejściu z pierwszej strony do artykułu, TL zmienia tytuł na mniej propagandowy (bo propaganda nie jest kierowana do tych, którzy czytają coś poza tytułami).

W Onecie oczywiście sędziowie biorą się za „obronę demokracji”. Będą wprowadzać „stan nadzwyczajny”. Niemieckie media dla Polaków powtarzają „przekaz dania” swoich pupilków: ogóle dociekanie praworządności działań to polityczna zemsta.

Jedynie brytyjska „Polska the Times” trzyma jaki taki poziom. Znalazła nawet sędziów, którzy „już nie bronią byłego prezesa sądu”. A dokładnie jednego, który mówi: „Nie mogę uwierzyć, że to wszystko prawda. Jeśli jednak zarzuty się potwierdzą, będę musiał kategorycznie zmienić opinię o moim środowisku”. Prokuratura bowiem „zgromadziła niezbite dowody na to, iż były prezes sądu Krzysztof Sobierajski był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej. Ponadto sędzia miał przyjąć przeszło 376 tys. zł łapówki, uczestniczyć w praniu brudnych pieniędzy i przekroczyć uprawnienia przysługujące mu jako prezesowi SA”. Burdelmama ma rację – to wymaga nadzwyczajnych działań. Obowiązkowy pokaz co bardziej pikantnych fragmentów „Klątwy” przed pierwszą rozprawą? Tam złamano tyle paragrafów, że na pewno taki pokaz uświadomi wszystkim jak bardzo „nadzwyczajna kasta” stoi na straży.

Furorę po prawej stronie internetu robi wywiad z Magdaleną Jethon "Strasznie mnie ten Kaczor wpieprza". Redaktor Mazurek nie po raz pierwszy obnaża głupotę swoich rozmówców. Ale tym razem to nie byle jaki polityk, ale fachowiec niesłusznie odsunięty przez kaczystowski reżim.

Najlepszy fragment rozmowy:

- o już dyktatura?
- ale jeszcze pewne swobody obywatelskie zostały zachowane.
- Pewne swobody?
- Na razie nawet większość tych swobód, ale kierunek jest naprawdę bardzo niebezpieczny.
- A które swobody nam odebrano?
- Mam to wszystko wymieniać?
- Choć jedną.
- Hmm, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Itd… itp… Nic dziwnego, że wiele komentarzy wyraża zdumienie: jak ktoś taki mógł szefować jednej z radowych anten?

Ale ona nie jest przecież wyjątkiem. Tych skrzywdzonych elit nie da się słuchać. Ale nie wszyscy są po prostu głupi. Czasami można spotkać osoby po prostu złe. Przez nich nie przemawia zacietrzewienie, ani nawet nienawiść, tylko po prostu perfidne zło. Przykładem może być Krzysztof Mieszkowski, który uczestniczył w ostatnim programie „Warto rozmawiać” (tym razem na temat: Czy skandal w Teatrze Powszechnym w Warszawie to wytyczanie granic wolności w sztuce, czy kolejny akt agresji w wojnie światopoglądowej?). Na jego perfidny sposób prowadzenia rozmowy uwagę zwrócił inny z uczestników programu – aktor Tomasz Mędrzak. To pewien rodzaj erystyki: krótkie komentarze („wrzutki”) powodujące irytację rozmówcy. Nawet ludzie o skrajnie różnych poglądach potrafią czasem ze sobą rozmawiać – choćby poszukując przyczyny tych różnic. Ale tu mamy zupełnie inny przypadek. Komentarze takich osób jak Mieszkowski nie są próbą nawiązania dialogu. Są celowo wygłaszane z poczuciem intelektualnej wyższości i formułowane w oparciu o spójny, choć całkowicie nam obcy obraz świata.

Ta spójność jest ważna – bo pozwala przekonać wiele osób, które nie mają silnie ugruntowanych poglądów. Rzadko się przy tym zdarza, że jesteśmy zmuszeni nasze poglądy konfrontować z rzeczywistością – tak jak Jethon w rozmowie z Mazurkiem.

Możemy podejrzewać, że ludzie inwestujący własne pieniądze zaczęli pilnie śledzić polską prasę w poszukiwaniu opinii nadwiślańskich geniuszy ekonomii. Poczytają i zakładają, że jest dokładnie odwrotnie. Dla „polskich ekonomistów” zupełnie jasne jest, że duże transfery socjalne prowadzą do katastrofy, a odejście od strategii „elastyczności kodeksu pracy” podroży niewyobrażalnie koszty zatrudnienia. Tymczasem zagraniczne inwestycje płyną strumieniem do Polski i na Węgry (druga „czarna owca”). Nie straszne im nawet to, że z powodu gwałtownie malejącego bezrobocia zaczynamy mieć „rynek pracownika”. Polska giełda pod względem wzrostów od początku roku jest druga na świecie.

Jest jeszcze coś tak skandalicznie niewyobrażalnego, że aż trudno o tym informację: Ministerstwo Finansów sprzedało obligacje 30-letnie za 2mld PLN:

Sprzedaż "najdłuższych" papierów - serii WS0447, zapadających w kwietniu 2047 r., wyniosła 2 108 mln zł przy 2 543,59 mln zł popytu. Cena minimalna wyniosła 956,20 zł, a rentowność 4,257%. To drugie 30-latki w historii MF. Poprzednie zostały wyemitowane w czerwcu 2007 r. przy rentowności 5,5%.

Ministerstwo już w lutym zapewniło sobie 47% „potrzeb pożyczkowych”. A przecież mamy chwilowo sporą nadwyżkę w budżecie (nie – to musi być jakiś trik).

Skoro ktoś nam pożyczył pieniądze na 30-lat, to zakłada wyjątkową stabilność Polski w tych niespokojnych czasach. Rentowność nie jest oszałamiająca. Ale mimo wszystko jest to bardzo optymistyczna wiadomość. Najwyraźniej ludzie inwestujący w Polsce zakładają, że strategia rozwoju społecznego jest dobra także dla tych, którzy po prostu chcą mieć zyski. Nareszcie po 30 częściowo zmarnowanych latach powoli zaczynamy naśladować Niemcy.