Przeglądając popularne media można odnieść wrażenie, że PiS to samo zło. Może dlatego stosunkowo mało uwagi media poświęcają gospodarce ;-). Bo tu dzieją się takie rzeczy, że nawet „polscy ekonomiści” przestają bredzić (poza chorobliwym przypadkiem tow. Balcerowicza).

1. Po latach biadolenia i „ratowania nierentownych kopalń” z obawy przed palącymi opony górnikami nagle się okazało, że te kopalnie mają szanse na miliardowe zyski. Miejmy nadzieję, że nie tylko ta szansa się zmaterializuje, ale też przynajmniej część zysków zostanie wykorzystanych do prawdziwej reformy górnictwa. Nie chodzi bynajmniej o żadną nową „restrukturyzację”, ale rozwój technologii (gazowanie węgla, większy uzysk węgla grubego, własne systemy sprzedaży) oraz odbudowę kapitału społecznego. Jest na przykład okazja do tego, aby poprzez wyraźne powiązanie zysków z zarobkami wytworzyć większą świadomość ekonomiczną wśród górników i zabezpieczyć się na przyszłość przed zbyt roszczeniowymi postawami.

2. Udało się sądownie zablokować przejęcie przez Gazprom rurociągu Opal – przesyłającego gaz z Nord Streamu na południe – wzdłuż zachodniej granicy Polski. Do rozstrzygnięcia ostatecznego jeszcze daleko (wcześniej UOKiK powstrzymał rozbudowę Nord Stream). Jednak nareszcie rząd walczy o polskie interesy, zamiast dbać o interesy państw zachodnich.

3. Deficyt budżetu państwa po listopadzie wyniósł 27,6 mld zł, czyli 50,4 proc. planowanej w tegorocznej ustawie budżetowej kwoty 54,7 mld zł. Rosną dynamicznie wpływy z tytułu podatku VAT a maleją wydatki budżetu. Więc nawet trudno się przyczepić o wzrost fiskalizmu. Większe dochody z podatku VAT to bowiem prosty efekt dwóch rodzajów działań: pobudzania konsumpcji (rośnie sprzedaż) i walki z patologią wyłudzeń.

4. Od 1 stycznia nareszcie wchodzi w życie ustawa umożliwiająca sprzedaż bezpośrednią własnych przetworów przez rolników. Problem ten pojawił się pierwszy raz w roku 2004 – gdy podjęto próbę zainicjowania w Polsce klastrów wiejskich (storpedowaną osobiście przez posła Szeinfelda). Autorzy tej idei argumentowali, że nienormalną jest sytuacja w której rolnik nie może zapakować w folię jabłek i sprzedać je w przydrożnym sklepiku. Wówczas przeciwnicy takich klastrów obiecali ten problem rozwiązać w inny sposób. Takie obietnice pojawiały się później regularnie i nigdy nie zostały spełnione. Dopiero teraz to się zmienia. Nic dziwnego, że zewsząd słychać „profesolenie” - jakoby głosujący na PiS nie chcieli tak głębokich reform. Przecież „elita” wie, że chłopi to obok górników lenie i obiboki są, żyjące na koszt tych, którzy wykonują ciężką pracę obnoszenia przodem brzuchów ;-).

5. Na koniec „wisienka na torcie” - czyli ciąg dalszy krytykowanego przez tychcosięznają ratowania sanockiej fabryki autobusów. Okazuje się, że przejęcie tego zakładu przez firmy z Polskiej Grupy Zbrojeniowej było jak najbardziej ekonomicznie sensowne. Właśnie podpisano list intencyjny zgodnie z którym w Sanoku mają być produkowane elementy systemu rakietowego Patriot.

 

Wszystko to dzieje się pomimo wyraźnego spadku inwestycji (co przekłada się na niższy od spodziewanego wzrost gospodarczy). Wicepremier Morawiecki spodziewa się zmiany tej sytuacji w roku 2017. Ruszą inwestycje związane z nową perspektywą UE. Realizowany będzie program Morawieckiego. Może też ustabilizuje się wreszcie sytuacja polityczna – co będzie sprzyjać inwestycjom samorządowym i prywatnym.

Porażka projektu radykalnego uproszczenia podatków została przez większość komentatorów przyjęta z ulgą. Upraszczać – oczywiście, ale bez przesady. Żeby tak zupełnie pozbawić nas możliwości biadolenia nad komplikacją? Zupełnie bezwstydne są komentarze byłego wiceministra finansów, tworzącego te komplikacje i zarabiającego na nich Witolda Modzelewskiego.

Jednym z założeń jednolitego podatku była likwidacja najbardziej niesprawiedliwej daniny, jaką jest składka ZUS płacona nawet wówczas, gdy drobny przedsiębiorca nie ma przychodów. Jednak bez zmniejszania budżetu siłą rzeczy ktoś musiałby zapłacić więcej. Proponowano, by maksymalny podatek wynosił 40%. Uderzyłoby to przede wszystkim w najlepiej zarabiających na etatach – a więc najbardziej wpływowych „ekspertów”. To przesądziło o tym, że w obecnej sytuacji politycznej byłby kolejny powód do bezpardonowej wojny z rządem. Przykład podatkowej „post-prawdy” można znaleźć na portalu T. Lisa: Osoby, które co miesiąc wystawiają swojemu pracodawcy fakturę na kwotę 6 tysięcy złotych netto (plus VAT), stracą pond 350 zł. Możemy przyjąć, że w tej chwili zostanie im w portfelu co miesiąc 3951,99 zł. Z naszej symulacji wynika, że im więcej przedsiębiorca zarabia, tym więcej będzie musiał dołożyć po zmianie podatku. Komuś, kto wystawia miesięcznie fakturę na 10 tysięcy netto, zostanie w kieszeni o niemal 1200 złotych mniej.

Już samo pisanie o fakturach VAT wystawianych pracodawcy brzmi w polskim systemie prawnym dziwacznie. Uogólnienie zaś sytuacji samozatrudnionych na wszystkich przedsiębiorców jest zwyczajną manipulacją. Przedsiębiorcy bowiem większe możliwości odliczania kosztów działalności, a w przypadku wyższych przychodów mogą przekształcić przedsiębiorstwo w spółkę prawa handlowego.

Jak widać uproszczenie podatków bez szerszych reform i dużo silniejszego niż obecnie rządu nie jest w Polsce możliwe. Propozycja rezygnacji z podatku dochodowego pozostaje więc w sferze marzeń.

 

Na Ukrainie doszło do nacjonalizacji największego banku detalicznego. Decyzja uzgodniona jest z ukraińskim Bankiem Narodowym i światowymi organizacjami finansowymi. Balcerowicza najwyraźniej nikt nie zapytał, bo raczej trudno uwierzyć w to, że ten prorok prywatyzacji nagle na starość uzyskał zdolność do refleksji.

Chociaż pierwsze próby nacjonalizacji liczą już blisko 2 lata – jeszcze kilka dni temu kierownictwo banku zapewniało, że to tylko plotki.

W depeszy Reutersa informującej o tej operacji pojawiają się obawy, że opozycja może wykorzystać niezadowolenie klientów banku do obalenia obecnej władzy. Trudno będzie uniknąć perturbacji z uwagi na wielkość Privat Banku (jest to największy bank detaliczny, obsługujący blisko połowę rynku). Jednak rząd nie miał innego wyjścia, bo bez interwencji państwa bank by nie przetrwał. Jak twierdzi kierownictwo banku – seria "ataków informacyjnych" doprowadziła do odpływ środków klientów indywidualnych i korporacyjnych.

W Ministerstwie Rozwoju trwają prace nad finalną wersją Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju. Jednym z jej elementów jest opracowanie długofalowej i spójnej wizji polityki migracyjnej Polski. Według Grzegorza Osieckiego z portalu forsal.pl celem ma być zatrzymanie Ukraińców, gdy UE zniesie im wizy. Ma to być coś w rodzaju amerykańskiej „zielonej karty”.

Komentarze pod tekstem słusznie zwracają uwagę, że Ukraińcy wypełniają lukę po młodych Polakach zmuszonych do emigracji. Póki jednak te procesy są w miarę spokojne i naturalne – chyba pozostaje je zaakceptować. Zawsze pozostaje miejsce na refleksje – między innymi nad jednym ze „styropianowych” błędów, jakim było tamowanie handlu przygranicznego w latach 90-tych.

Jeden z największych polskich banków, sprzedany w okresie szaleństwa wyprzedaży w okresie rządów Buzka, wraca w polskie ręce. Ponad 30% akcji Pekoa SA zostało zakupione przez PZU z pomocą PFR. Koszt transakcji to 10,6mld PLN. Jest to kwota mniej więcej 2,5 raza większa, niż UniCredito zapłacił za ponad 50% akcji w 1999 roku. Do tego należy uwzględnić fakt, że wówczas mieliśmy do czynienia z dynamicznym rozwojem sektora, a teraz mamy permanentny kryzys.

Ciekawa jest reakcja komentatorów na tą transakcję. W prasie biznesowej komentarze są dość optymistyczne, a businessinsider.com.pl dał nawet tytuł "Potrafimy grać w Lidze Mistrzów na rynku przejęć". W większości komentarzy powtarzana jest teza o „repolonizacji” sektora, choć na razie możemy mówić co najwyżej o odwróceniu trendu:

Dla odmiany „Rzeczpospolita” pisze o tym, że „państwo przejmuje władzę nad rynkiem”. I tak dziwne, że nie napisali, że „władzę nad rynkiem” przejmuje PiS, albo osobiście Prezes Kaczyński (pewnie w redakcji dostrzegli dysonans z doniesieniami, że Prezes nie ma konta w banku). Niesamowite do jakiego upadku może doprowadzić jeden szmaciarz tą porządną niegdyś gazetę.

 

Pierwszym efektem podatku od głupoty byłoby bankructwo „piewców wolności” J. Korwina-Mikke i Roberta Gwiazdowskiego. Nikt bardziej skutecznie od nich nie ośmiesza idei wolności gospodarczej. Ich ulubionym argumentem jest porównanie polskich podatków z dziesięciną (tylko 10%!). Ostatnio JKM poszedł nawet dalej: Rzymski niewolnik oddawał 90% swoich zarobków dla swojego pana. W najświetniejszych czasach USA podatki wynosiły 3%. Hitler nakładał na Polaków 40% podatki. Obecnie w Polsce płacimy około 80% podatków, więc powiedzcie mi, do kogo jest bliżej Polakowi: do niewolnika, czy do wolnego człowieka?

Na szczęście PiS likwiduje gimnazja, więc ilość zwolenników JKM raptownie spadnie ;-). W liceum uczą już posługiwać się logiką i uczniowie wiedzą, że porównywać można tylko elementy tego samego zbioru. Jeśli więc weźmiemy zbiór wszystkich stawek podatkowych, to otrzymamy ileś liczb oznaczonych etykietami (skąd pochodzą). W wyniku porównania mielibyśmy informację, że podatek dochodowy w Polsce jest wyższy niż w Rosji. Czy można porównywać podatek z daniną na rzecz pana będącego właścicielem niewolnika lub chłopa? Nawet gdyby zgodzić się na określenie tych dwóch rodzajów należności jednym słowem „podatek” (co budzi wątpliwości), to już mierzenie poziomu wolności taką miarą jest przejawem jakiejś umysłowej aberracji.

Poziom manipulacji w tym wypadku jest tym większy, gdy zechcemy policzyć rzeczywiście płacone podatki. Weźmy na przykład Kowalskiego zarabiającego miesięcznie 3000 brutto. Kwota wypłaty netto wyniesie w jego wypadku 2156,72. Jeśli połowę tej kwoty przeznaczy na bieżącą konsumpcję, to dodatkowo zapłaci w postaci podatku VAT 150-200 PLN. Czyli w sumie podatki w jego wypadku wyniosą około 1/3 dochodu. W zamian za to ma dostęp do podstawowej opieki lekarskiej, darmową szkołę dla dzieci, widoki na jakąś emeryturę lub rentę oraz – co nie jest do pominięcia: satysfakcję z utrzymywania „elity” (do której JKM bez wątpienia należy) ;-).

Dlaczego więc wolnościowcy twierdzą, że pół roku pracujemy na państwo? Odpowiedź krótka: bo to durnie są. Dłuższa odpowiedź musi się wiązać z odsłonięciem istoty tej manipulacji. Podstawą tego twierdzenia jest „dzień wolności podatkowej”: do obliczenia, kiedy ów dzień przypada, służy stosunek udziału wydatków publicznych do produktu krajowego brutto.

Zastanówmy się. Jeśli korporacja otworzy w Polsce fabrykę i podzieli się z państwem częścią swoich zysków, a to państwo wybuduje z tych pieniędzy drogę po której pracownicy będą dojeżdżać do fabryki, to rzeczywiście mamy do czynienia ze zniewoleniem?

Oczywiście podatki nie są w Polsce sprawiedliwe i zapewne są tacy, którzy płacą więcej niż połowę swoich dochodów. Jednak mącenie takich durni jak JKM wcale nie pomaga w rozwiązaniu tego problemu. Oni dostają gęsiej skórki już na słowa „sprawiedliwe podatki”. Bo zarabiający kilkadziesiąt tysięcy poseł chciałby przecież płacić kwotowo tyle samo, co biedak zarabiający kilkukrotnie mniej.

Miejmy nadzieję, że prace nad jednolitym podatkiem uda się rządowi w przyszłym roku szczęśliwie zakończyć. Na bardziej rewolucyjne rozwiązanie jakim byłaby rezygnacja z podatku dochodowego przyjdzie poczekać na gorsze (niestety) czasy.

OECD przygotowało raport o Polsce, „z myślą o wsparciu rządu w dążeniu do nadrabiania zaległości wobec bardziej zaawansowanych gospodarek OECD oraz podnoszenia poziomu życia obywateli”. Część zalecanych w raporcie działań jest zgodnych ze strategią rządu (rozwój gospodarki opartej na wiedzy) inne wręcz przeciwnie (podniesienie wieku emerytalnego). Jeszcze inne zwracają uwagę na to, co rząd zdaje się ignorować.

Do tej trzeciej kategorii należy ten fragment: „zaleca poszerzenie kryteriów stosowanych do oceny nauczycieli akademickich celem uwzględnienia działań z zakresu wspierania przedsiębiorczości i realizowanych we współpracy z przemysłem projektów badawczych”. Już chyba wszyscy wiedzą, jaka jest główna bariera dla innowacyjnej gospodarki. Wszyscy poza ministrem Gowinem.

Raport życzliwie ocenia także "Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, przy pomocy którego „Polska planuje rozwiązać wiele wyzwań w dziedzinie zarządzania publicznego”. Zwraca się jedynie uwagę na to, że w”ażne będzie monitorowanie postępów i ocena, czy zidentyfikowane reformy zarządzania faktycznie umacniają zdolności rządu do osiągnięcia wzrostu sprzyjającego włączeniu społecznemu dla obywateli i regionów uznanych za priorytetowe".

Generalnie raport wygląda rzeczywiście na życzliwą krytykę – co jest miłą odmianą w zalewie napastliwych komentarzy płynących z wszystkich stron. Ta odrobina normalności (czemu nasza „opozycja” tak nie potrafi?) jest jak łyk świeżego powietrza.

Naprawdę nie mamy powodu, aby nie patrzeć z optymizmem w przyszłość. Globalna otwartość sprawia, że coraz trudniej będzie Polakom żyć kompleksami (zob. tekst „Ku pokrzepieniu serc” napisany przez pewnego emigranta.

Ważnym elementem programu Mieszkanie+ jest Fundusz Municypalny utworzony przez BGK. Pomysł jest prosty. Gmina która nie posiada wystarczających środków na inwestycję, może wnieść aportem tereny, na których Fundusz sfinansuje budowę. Spłata kosztów inwestycji może następować poprzez opłaty dzierżawne. W tej sytuacji wejście do programu Mieszkanie+ nie wiąże się dla gminy z prawie żadnym obciążeniem i powinno wynikać wyłącznie z oceny potrzeb. To nie są plany, ale już wdrożone i funkcjonujące rozwiązanie. Na przykład w Jarocine zostanie sfinansowana inwestycja budowy 400 mieszkań kosztem 50 milionów.

 

[źródło grafiki: https://tfibgk.com.pl/download/201605PrezentacjaFuM.pdf]
Pomimo, że to rozwiązanie wydaje się doskonałe – może to być jedynie wstęp do jeszcze lepszego „wynalazku” w postaci banków municypalnych (inaczej: miejskich). Taki bank nie tylko mógłby zajmować się operacyjną obsługą inwestycji w których zaangażowany jest wspomniany fundusz, ale mógłby przejąć całkowitą obsługę finansową samorządów. Inwestycje takie jak Mieszkanie+ to doskonały fundament systemu finansowego alternatywnego dla komercyjnych banków (zob. też Jerzy Wawro, „Cyberpersonalizm”). Perspektywy rozwoju takiego systemu są naprawdę niesamowite. Można w nim zastosować idee bankowości islamskiej, walut lokalnych, a nawet znaleźć alternatywę dla podatku „Janosikowego” (bogate gminy mogą poprzez taki bank finansować rozwój słabszych).

 

 

Minister Radziwiłł podsumowując rok pracy w resorcie wymienia wśród osiągnięć program „darmowe leki dla seniora”, oraz zatrzymanie procesu prywatyzacji szpitali. Rzeczywiście „poprzedni rząd próbował urynkowić służbę zdrowia, w której pacjent był raczej pozycją w bilansie, a nie osobą, której trzeba pomóc”. Jednak za nie robienie czegoś, rząd raczej w Polsce nie zapunktuje. Podobnie z „darmowymi lekami”, których jest tak mało, że pacjenci praktycznie nie widzą zmiany. Prawdziwa rewolucja szykuje się w przyszłym roku. Minister dużo mówi o zmianach organizacyjnych, ale do listy prospołecznych działań rządu można dopisać przede wszystkim „zapewnienie powszechnego dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej każdemu pacjentowi, także osobom nieubezpieczonym”. Obecnie jest to około 6% społeczeństwa. W dużej części są to osoby pracujące na umowę o dzieło. Minister słusznie zauważył, że one płacą podatki jak wszyscy, ale część tych podatków nie idzie – jak w przypadku pozostałych pracowników – na służbę zdrowia. Ale to przecież nie jest winą pracownika, a często nie ma on wyboru.

 

Pani Premier goszcząc na Kongresie 590 powiedziała, że chciałaby aby gdy będzie kończyć swoją misję premiera, mówiono o Bawarii jako polskim Podkarpaciu. Te regiony są często porównywane. Na pewno istnieje jedno podobieństwo między nimi, które nie jest nigdy podkreślane. Poczucie pewnego stopnia kulturowej odrębności. Nawet przełączanie kanałów telewizji z lokalnego na ogólnokrajowy może wiązać się z poznawczym dysonansem.

Być może w jakimś stopniu taka różnica jest naturalna. Jednak ostrość obecnego konfliktu politycznego sprawia, że przesiąknięta polityką telewizja ogólnopolska jest bardzo trudna w odbiorze. Tymczasem lokalne informacje dają w większym stopniu poczucie wspólnoty. Reporterzy często trafiają z kamerą do zakątków naprawdę ciekawych i odszukują ludzi z pasją. Wczoraj na przykład obok reportaży ze wspomnianego Kongresu znalazło się miejsce dla filmu o małej firmie z Lisich Jam. Gdzie to w ogóle jest? Nawet na Podkarpaciu mało kto zna tą miejscowość. Lubaczów to jest z pewnością daleka prowincja, a Lisie Jamy to niewielka wieś pod Lubaczowem. Tam właśnie młody człowiek założył firmę „Game Over Cycles”, w której powstają fantastyczne pojazdy:

Kongres 590 też zorganizowało dwóch młodych ludzi – choć akurat nie z Podkarpacia. Lokalna telewizja potraktowała kongres jako okazję do rozmowy nad dynamiką zmian gospodarczych i ekspansją lokalnej innowacyjności. Tego właśnie brakuje najbardziej w mediach ogólnopolskich. Realizujemy bezprecedensowy program gospodarczy, tymczasem jeśli ten temat pojawia się w mediach, to tylko w formie krytyki. Nie ma prezentacji programu jako okazji, promocji i zaangażowania pod hasłem: „zróbmy to razem”. To w dużej mierze wynika ze słabości środowisk zwanych „polską nauką” (chyba nawet program Messnera miał więcej bieżących opracowań i publikacji). Jednak rola mediów jest nie do pominięcia.
Zorganizowany z budzącym podziw rozmachem Kongres 590 stał się dla mediów okazją do znęcania się nad niezbyt roztropną wypowiedzią Prezesa Kaczyńskiego (oczywiście dodatkowo zmanipulowaną – jakoby przedsiębiorcy nie inwestowali na złość władzy), albo do tropienia sponsorów, którzy wspierają „pisowską konkurencję dla Krynicy”. Tymczasem formuła Kongresu jest zupełnie inna. To wspaniała promocja przedsiębiorczości, a nie okazja do spotykania się decydentów radzących o Wielkich Problemach.

Niestety odrębność kulturowa Podkarpacia nie jest aż tak wielka, aby typowe dla Polski pieniactwo tu nie miało miejsca. W takich kategoriach należy oceniać próbę przyznania Lechowi Wałęsie tytułu honorowego obywatela miasta Rzeszów. Ta inicjatywa miejscowych KOD-ziarzy ma jeden tylko cel: wywołanie awantury (skuteczne zresztą). Przed „wielką polityką” nie ma ucieczki…..

To co dzieje się z amerykańską walutą po wyborach w USA stoi w doskonałej sprzeczności z głoszonymi obawami. Na tydzień przed wyborami 400 ekonomistów amerykańskich podpisało się pod listem w którym wieszczyli: "Jeśli Donald Trump zostanie wybrany, będzie stanowił zagrożenie dla demokratycznych i ekonomicznych instytucji oraz dla dobrobytu państwa". Jeszcze w dniu wyborów chwilowy spadek kursu dolara opisywano gdzieniegdzie jako początek katastrofy. Od tamtej pory dolar zyskał do euro (i złotego) kilka procent. Tłumaczenie tego oczekiwaniem na podwyżki stóp procentowych w USA jest niepoważne.

W czasach słusznie minionych telewizja nadawała cykl filmów o historycznej tematyce. Nawiązuje do niego słynna scena z filmu Barei „Miś” - w której kot ma udawać zająca.

Od tamtej pory określeniem „prawda czasu – prawda ekranu” opisuje się szczególnie żenującą propagandę. Najwyraźniej idealnie pasuje to do oceny ekonomicznych skutków prezydentury Trumpa. Gdy masz podpisać propagandowy list, który daje poczucie wspólnoty w nienawiści – przychodzi to znacznie łatwiej, niż gdy masz postawić na giełdzie żywą gotówkę. Nawet krytycyzm wobec tego hazardu nie zmienia faktu, że kursy giełdowe lepiej oddają rzeczywistość, niż opowieści medialnych ekspertów.

Ciekawe rzeczy dzieją się w Chinach. Wczoraj nastąpił spadek kursu dolara do yuana – do poziomu sprzed wyborów. Dzisiaj od rana nastąpił powrót do poziomu sprzed spadku. Ale te wahania mieszczą się w korytarzu ułamka procenta, gdy tymczasem wobec euro dolar zyskał prawie 3% a wobec złotówki ponad 5%.  

Diagnoza została postawiona i potwierdzona: działalność powstałych wskutek globalizacji wielkich ponadnarodowych koncernów jest szkodliwa dla społeczeństw. Między innymi sprzeciw wobec tego zjawiska był przyczyną zwycięstwa Donalda Trumpa.

Możni tego świata od dawna pochylają się nad problemem, odmieniając przez wszystkie przypadki „zrównoważony rozwój”, „włączenie społeczne” i „ucywilizowanie kapitalizmu”. Jeśli do tego dodać obawy o wzrost protekcjonizmu (a nawet izolacjonizmu USA) oraz ewentualną wojnę handlową z Chinami – możemy obawiać się odwrócenia globalistycznych trendów, czyli „deglobalizacji”. Tymczasem nawet krytycy globalizacji dostrzegają jej plusy, a chcą jedynie, aby nie przybierała ona formy ekspansji międzynarodowego kapitału.

Dani Rodrik - Profesor Harvard University – na łamach „Financial Times” pisze, że nie ma się czym martwić. Jego zdaniem i tak dotychczasowy trend rozwoju, zasilany z jednej strony azjatyckim cudem gospodarczym, a z drugiej hojnością państw opiekuńczych jest nie do utrzymania. Innymi słowy – Chińczycy nie będą wiecznie pracować na naszą konsumpcję, a my nie możemy się bez końca zadłużać.

Trzeba więc zmierzyć się z nową sytuacją i potraktować ją jako okazję do niezbędnej korekty: wyrównania dysproporcji pomiędzy rynkami globalnymi a kompetencjami rządów. Bo do tej pory wszystko jest podporządkowane ekspansji korporacji. Zdaniem Rodrika propaganda globalistów prezentuje traktaty handlowe i ideę globalizacji w konwencji jadącego roweru: gdy przestaniemy pedałować, to rower się przewróci. To oczywista nieprawda. Zatrzymanie obecnych trendów nie spowoduje końca ery otwartości.

Nawet główni beneficjenci globalizacji: międzynarodowe korporacje, banki nadal będą miały znaczną władzę. Będzie trwał przepływ wykwalifikowanych specjalistów i rozwój otwartych technologii (o czym Rodrik nie wspomina).

 Według CBOS Polacy oceniają bardzo dobrze politykę prorodzinną rządu. Najgorzej oceniana jest natomiast polityka zagraniczna, rolna i zdrowotna.

Źródło: Codzienny Serwis Informacyjny PAP

Sondaże zazwyczaj oddają jedynie „ogólne wrażenie”, a brak głębszej analizy nie pozwala na ocenę luki między możliwościami i osiągnięciami. W tych najsłabiej ocenianych dziedzinach bez wątpienia najtrudniejsza jest ochrona zdrowia. Tego nie da się zreformować w ciągu roku, a na ocenę efektów trwających prac trzeba będzie czekać wiele lat.

Inaczej wygląda sprawa polityki zagranicznej, w której istotne są bieżące wydarzenia i reakcja na nie. Polityka rządu została w całości podporządkowana rusofobii. Brak rzeczowej dyskusji na ten temat nie pozwala nawet na realną ocenę skali zagrożenia, a co dopiero mówić o wypracowaniu strategii. MON planuje zwiększenie siły armii w ciągu najbliższych 10 lat – więc chyba obawa agresji nie jest oceniana na realną. Bez wątpienia dużym plusem polityki zagranicznej jest ożywienie Grupy Wyszehradzkiej. Także kontakty na linii Warszawa-Pekin to przykład działań zmierzających do wykorzystania możliwości. Porażką są kontakty z UE, a w szczególności brak jakiejkolwiek reakcji (nie mówiąc już o reakcji adekwatnej) na toczoną przeciw polskim przewoźnikom wojnę ekonomiczną.

Polityka zagraniczna niestety negatywnie wpływa także na rolnictwo. Z jednej strony embargo na handel z Rosją, a z drugiej – fatalne traktaty handlowe (CETA).

I tu dotykamy największej słabości rządu, która nie uwidacznia się ani w sondażach, ani w branżowej analizie. Jarosław Kaczyński złożył obietnicę pobudzenia „nowej fali polskiego kapitalizmu”. Tymczasem sukcesy gospodarcze rządu to głównie nowe inwestycje zagraniczne. Dalszy kierunek rozwoju wyznacza Plan Morawieckiego, w którego centrum są kapitałochłonne inwestycje. Rząd nie ma pomysłu jak pobudzić drobną przedsiębiorczość lokalną, która mogłaby służyć budowie prawdziwej klasy średniej. Bez tego nie uda się założenie, że programy 500+ i Mieszkanie+ nie są transferami socjalnymi, ale służą przesterowaniu całej gospodarki. Praca solidarna nadal czeka na odkrycie.

 

Zgodnie z przewidywaniami spekulanci giełdowi zareagowali na wyniki wyborów w USA, choć określenie „kontrakty na Wall Street nurkują” - to lekka przesada. Przynajmniej na razie. Zobaczymy co będzie się działo rano – gdy ruszą giełdy. Na razie zareagował indeks giełdy w Tokio, tracąc 5%.

Na pewno zmieni się sytuacja „frankowiczów”. Pytanie tylko na ile ta zmiana będzie trwała. Dyrektor Biura Strategii Rynkowych PKO BP Mariusz Adamiak przewidywał: „Raty frankowiczów mogą być trochę wyższe, chociaż nie sądzę, żeby ten efekt był dramatyczny dlatego, że Szwajcarzy na pewno nie będą stali z założonymi rękami. Na początku zwycięstwo Trumpa wywołałoby rodzaj szoku na rynkach finansowych i ucieczkę do bezpiecznych przystani, czyli m.in. do franka szwajcarskiego”.

aktualizacja:
Polskie szmatławce już zdążyły ogłosić, że „inwestorzy są przerażeni” („GW-no”) , a „perspektywa prezydentury Donalda
Trumpa wstrząsa światowymi rynkami tak jak globalny kryzys finansowy z 2008 r”, gdy nagle trend się odwrócił. Pierwszy dzień nowej rzeczywistości zakończył się wzrostami na giełdach. 

�r�d�o: Money.pl

Gdyby nie było Rzeplińskiego, trzeba by było go wymyślić. To jest przeciwnik na miarę naszych możliwości. W tej absurdalnej sprawie Premier Szydło potrafi pokazać, że jest „człowiekiem z jajami” (chyba jedynym w polskim rządzie). Powiedziała wreszcie jasno co myśli o KE: „nie wprowadzimy zaleceń niezgodnych z interesem Polski i jej obywateli”. W sprawie CETA już tej odwagi brakło. Rząd wszedł gładko w koleiny wyrzeźbione przez PO: to nie my, to nasi poprzednicy….. (coś koszmarnego).

Francuskie władze podjęły „ostre kontrole firm transportowych”, które mają na celu „wyeliminować Polaków, którzy w tamtejszym rynku przewozów mają 25-proc. Udział”. I co? W Polsce nie ma specjalistów od „ostrych kontroli”? Są. Bywało nawet tak, że z powodu pomyłki księgowej uznano księgi rachunkowe za nierzetelne, co skutkuje poważnymi konsekwencjami prawnymi. My mamy dużo więcej firm do „wyeliminowania”. Może nawet udałoby się odzyskać kontrolę nad zagrabioną infrastrukturą telekomunikacyjną (odpowiednie podatki od kabli w ziemi oraz zakaz łączenia funkcji operatora infrastruktury z dostawcą usług mogłyby pomóc). Francuzi bardzo by chcieli uchodzić za mocarstwo – ale bardziej pasuje tu określenie „chory człowiek Europy”. Obawy przed postawieniem się Niemcom czy USA można zrozumieć, ale nie „żabojadom”.

Nasz wojowniczy rząd nawet z jawnie antypolskimi mediami nie potrafi sobie poradzić. Ulubioną ich metodą w antypolskiej nagonce  jest uogólniania nieprzychylnych Polsce wypowiedzi. Nie napiszą na przykład, że piśmie czeskiej „elity” pojawił się krytyczny artykuł, tylko że „Czesi krytykują rządy PiS'u w Polsce”. Gdy lewak z czeskiego TK wsparł swojego odpowiednika w Polsce, natychmiast zinterpretowano słowa, że czeski Sąd Konstytucyjny „stoi razem z polskim trybunałem po stronie rządów prawa” jako czeskie stanowisko. Z kolei wypowiedź Przewodniczącego Bundestagu przypisano całym „niemieckim elitom politycznym”. Nagminnie stosuje się przy tym podgrzewanie tematu nagłówkami w rodzaju „Berlin przerywa milczenie” (i traci cierpliwość wobec Polski). Gdy temat zejdzie z pierwszej strony jakoś dziwnie traci na „wyrazistości” (prawie każdykontrowersyjny tytuł na rp.pl jest zmieniany).
Wojowniczy minister Macierewicz zauważa: „Część mediów lobbuje za obcymi, a nie polskimi interesami”. No i co? Nikt nie widzi związku z tym, że te media nie mają polskich właścicieli? Nic się z tym nie da zrobić? Słowa, słowa, słowa…. O większego trudno zucha, Jak był Stefek Burczymucha….  

Cieszą się eksperci i pracodawcy, bo „imigranci powoli wypełniają lukę po Polakach, którzy wyemigrowali, głównie do Wielkiej Brytanii”: Polska jest coraz atrakcyjniejszym rynkiem pracy dla cudzoziemców. W ciągu dziewięciu miesięcy tego roku złożyli oni 100 tys. wniosków o zezwolenie na pobyt w naszym kraju - to o jedną trzecią więcej niż w takim samym czasie 2015 roku.

A jakby ktoś nie wierzył polskim ekspertom (co byłoby dziwne, bo oni niczym się nie różnią od ekspertów „wiodących krajów”) - to ma potwierdzenie w raporcie Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Podobno według niego „imigranci, bez względu na kwalifikacje, przyczyniają się do wzrostu dobrobytu państw, które ich przyjmują”.

Jeśli ktoś nie jest ekspertem, to może mu się wydawać, że setki tysięcy wykształconych specjalistów opuszczających nasz kraj z myślą o pracy zarobkowej rzeczywiście przyczynia się do wzrostu dobrobytu krajów do których się udają. Ale setki tysięcy „uchodźców”, którzy kierują się tam gdzie wyższy „socjał” to już niekoniecznie. Poza tym Polacy ze swym częściowo odziedziczonym (taki parszywy kod kulturowy) a częściowo wytresowanym (taka jest rola „eliciarni”) poczuciem niższości nie starają się na siłę „ubogacić” tubylców swymi obyczajami.

Ale eksperci jak to eksperci – postrzegają świat bardziej dogłębnie, ale gdy się pochylają nad problemem, tracą perspektywę jaka jest dostępna w postawie wyprostowanej.

Jeśli na Ukrainie nadal będzie postępować rozkład państwa, to do Polski może ruszyć nawet kilka milionów uchodźców. Co wtedy? Jak już wypełnią istniejącą „lukę”, to będziemy ją poszerzać? Wielka Brytania chce się pozbyć imigrantów z Polski, a nie ich przyjmować. W pozostałych państwach też daje o sobie znać problem „ubogacania”. No to może wrócić do pomysłu z Madagaskarem ;-)



Eksperci nie wierzą w całkowite wycofanie z CETA, „bo to by oznaczało śmierć całej polityki handlowej Unii Europejskiej. Jeśli nie uda się zawrzeć porozumienia, to będzie to sygnał na przyszłość dla wszystkich, że każdy rząd i każdy parlament regionalny będzie mógł zablokować umowy handlowe wynegocjowane przez UE”. No tak nie może być! Nawet jeśli UE wynegocjuje 100% dopłaty do importowanych towarów, to lokalni producenci nie mają nic do gadania. Bo przecież wolny handel to lek cudowny na wszystko. „Szacuje się, że gospodarka unijna zarobiłaby dzięki CETA 11,6 mld euro, a kanadyjska - 12 miliardów dolarów kanadyjskich”.
W tych informacjach zwraca uwagę używany język. Unia Europejska nic nie negocjuje. Robi to Komisja Europejska – niedemokratyczne ciało, którego działalność jest co najmniej kontrowersyjna. Kto konkretnie ma zarobić te miliardy? Jeśli przyjrzeć się strukturze eksportu Kanady – to widać, że dominuje w nim chemia, surowce i przetworzona żywność. Nic czego by Europie (a Polsce w szczególności) brakowało. Wicepremier Morawiecki przekonuje, że dzięki CETA zarobimy w ciągu 5 lat 450 mln euro. Średnio 90 milionów rocznie - kwota po prostu śmieszna w zestawieniu ze skalą polskiego eksportu. Nawet gdyby Kanadyjczycy się obrazili (w końcu tam też mieszka sporo Francuzów) i zamknęli swój rynek – to nawet byśmy tego nie zauważyli. Nie widać żadnych korzyści z tej umowy, a zagrożeń jest wiele. Po co więc mamy jeść tą żabę? Bo KE wynegocjowała? Następny komisarz mości sobie ciepłe gniazdko w jakiejś korporacji? W zamian UE zobowiąże się utrzymywać Tuska z dala od Polski?

 

To się nie zdarzy. Wszyscy wpływowi ludzie są zgodni – CETA nie prowadzi do katastrofy, a zwykli ludzie protestują, bo nic nie rozumieją. Na pewno nie rozumiemy jednego: PO CO KONKRETNIE mamy ten traktat podpisywać. Kolejny raz zapewnia się nas, że jak coś zrobimy, to będzie lepiej. Ale nikt nie przedstawił ciągu przyczynowo-skutkowego od podpisania traktatu do tego lepiej. Typowe profesolenie jednej z naszych uczonych: nasze rolnictwo nie ucierpi, bo mamy zdrową żywność i zdrowe ceny. Czegoś nie wiemy? Zniesiono dotacje? Rolnicy bez problemu sprzedają produkty w cenach powyżej kosztów? Co znaczy „zdrowe ceny” w tym wypadku? I dlaczego to zdrowie miałoby nas chronić?

Mniejsza z tym – możemy założyć, że po to się jest profesorem, by wiedzieć, a nie po to by wyjaśnić.

Zgódźmy się z tym, że katastrofy nie będzie.

Ale jak to profesorzył kiedyś Bul Komorowski: wierzę, ale sprawdzam.

Co zatem można by było uznać za katastrofę?

Przyjmijmy, że byłoby to:

- spadek ilości gospodarstw rolnych o połowę

- dominacja żywności GMO,

- wzrost wskaźnika nierówności GINI powyżej 45,

- spadek PKB więcej niż 10%

- wzrost bezrobocia do 20%

- katastrofa emerytalna (spadek minimalnej emerytury poniżej minimum egzystencji, albo wzrost ilości seniorów bez emerytury powyżej 50%)


Zawrzyjmy więc dwa traktaty, a nie jeden (skoro samo podpisywanie traktatów prowadzi do dobrobytu). Jeden między UE a Kanadą, a drugi między rządzącymi i społeczeństwem. Przywróćmy karę śmierci za doprowadzenie do gospodarczej katastrofy. Ponieważ to zdarzyć się nie może, parlamentarzyści głosujący za traktatem nic nie ryzykują. No to co – wybrańcy narodu? Stać was na odwagę?


Najnowsza audycja Jana Pospieszalskiego „Warto Rozmawiać” miała szokujący przebieg. Dotyczyła ona traktatu CETA – popieranego przez główne siły polityczne. Prowadzący co chwilę coś bąkał o „naszych reprezentantach” i trudno dociec, czy szokowała go postawa polityków PiS, czy też wyrażał resztki ufności w to, że oni wiedzą co robią. Jeśli jednak z całej audycji wybrać tylko wypowiedzi przedstawiciela rządu – to sprawa staje się jasna. Tak niewyobrażalnej głupoty jaką zaprezentował Jerzy Kwieciński - wiceminister rozwoju, chyba nikt się nie spodziewał. Nawet Jan Pospieszalski nie wytrzymał i na retoryczne pytanie/stwierdzenie, że chyba każdy chciałby mieszkać w Kanadzie, dał odpowiedź : "ja chciałbym mieszkać w Polsce".

Według Kwiecińskiego Kanada zawdzięcza swój dobrobyt umowie o wolnym handlu z USA (NAFTA).

Zakładając najbardziej jak to możliwe życzliwą interpretację tej wypowiedzi, należałoby uznać, że minister najwyraźniej uwierzył w hasała z jakichś slajdów z których czerpie wiedzę o świecie.

Zanim Kanada przystąpiła do NAFTA było to według wszystkich rankingów najlepsze miejsce do życia na świecie. Obecnie Toronto ściga się z miastem milionerów San Francisco o miano najdroższego. Rząd zastanawia się co zrobić, aby ludzi stać było na czynsz – a ekonomiści biją na alarm, że bieda jest szkodliwa dla gospodarki Kanady.

Jeden z takich alarmistycznych głosów porównuje skutki biedy do katastrof lotniczych, które mają miejsce każdego dnia. Autor zaczyna swój tekst od następującego opisu: Katastrofa samolotu pasażerskiego jest tragicznym wydarzeniem, które wywołuje poważne badania i szybkie działania, aby upewnić się, że ten sam problem nie wystąpi ponownie. W rezultacie, te wydarzenia są na szczęście bardzo rzadkie. Wyobraźcie sobie reakcję, z przemysłu, rządu i opinii społecznej, gdyby samoloty rozbiły się na co dzień. Tymczasem badania statystyczne pokazują, że każdego dnia kilkaset osób umiera dlatego, że są biedne i jakoś nikt się tym nie przejmuje. Badania te polegały na porównaniu umieralności ludzi bogatych i biednych. Można by się nimi nie przejmować, bo nierówności są nieuniknione i nie wszyscy mogą być tak bogaci, by mieć opiekę medyczną na najwyższym poziomie, gdyby nie to, że NAFTA w ewidentny sposób wpłynęła na gwałtowny wzrost tych nierówności. W 1980 roku, jeden procent najbogatszych ludzi uzyskiwało osiem procent wszystkich dochodów. W 2010 roku 10,6% a obecnie przekracza 14%. Porównując ćwierćwiecze przed NAFTA i po nim widać spadek o połowę głównych wskaźników warunkujących zrównoważony rozwój gospodarczy: dynamiki wzrostu inwestycji w środki trwałe, zatrudnienia w sektorze prywatnym i wzrostu PKB na mieszkańca.

Jeszcze gorzej wygląda kwestia rolnictwa – co powinno szczególnie Polaków interesować. W dostępnym także w języku polskim raporcie czytamy: „Wielu rolników decyduje się na sprzedaż gospodarstwa i odejście z rolnictwa. Ci, którzy zostają, zostają dzierżawcami rolnymi. Grzęznąc w długach, sprzedają ziemię inwestorom, od których ją potem dzierżawią. Między skutkami NAFTA a tym, czego mogą się spodziewać Europejczycy po wdrożeniu CETA, można dopatrzeć się istotnych podobieństw. Po wejściu w życie CETA zaczną znikać małe rodzinne gospodarstwa rolne, a wraz z nimi istniejący od wieków styl życia. Najdotkliwiej odczują to państwa, w których przeważają mniejsze gospodarstwa i rolnicy, dla których rolnictwo jest stylem życia”. Czy durnie z polskiego rządu nie mają dostępu do tych informacji? Nie interesuje ich to?

Tegoroczne wyróżnienie, zwane nie wiedzieć czemu „nagrodą Nobla z ekonomii” dostała para ekonomistów amerykańskich (co jest normą) Oliver Hart i Bengt Holmstrom. Nawet portale poświęcone gospodarce publikują jedynie pobieżne informacje o działalności tych naukowców. Piszą, że zostali oni docenieni z uwagi na stworzenie nowej specjalizacji: badania kontraktów.

Nikt nie wnika w szczegóły, bo nagrodzeni ekonomiści nie pasują do potoku liberalnych bredni płynących „głównym nurtem”. A że tym nurtem płynie też polska ekonomia – tą nagrodę można traktować jako anty-Nobel dla ekonomistów znad Wisły.

Jednym z zastosowań teorii kontraktów jest analiza sensowności procesów prywatyzacyjnych. A przecież nad Wisłą wiedzą, że państwowe jest złe, a prywatne dobre – to co tu analizować?

Oliver Hart wyróżnił dwa rodzaje celów jakie przyświecają decydentom organizującym usługi publiczne: poprawę jakości, lub zmniejszanie kosztów dopuszczające obniżkę jakości. Prywatyzacja ma sens w tym drugim przypadku. Miło wiedzieć, że ekonomiści dzięki wytrwałym badaniom doszli do wniosków, które mniej uczonym ludziom wydają się oczywistością. Faktem jednak jest, że poparcie takich oczywistości liczbami i potwierdzenie „Nagrodą Nobla” nadaje im większą moc. Hurt swe badania przeprowadził na systemie więziennictwa w USA, który jest zdominowany przez prywatne firmy. Raport na temat wpływu prywatyzacji na drastyczne obniżenie warunków w więzieniach przekazał Departamentowi Sprawiedliwości USA. Działo się to 20 lat temu. Czemu więc zostało dostrzeżone właśnie teraz? Może to kolejny zwiastun nowych czasów?

Podkategorie

Kótkie opisy wydarzeń, które mogą wskazywać na kierunki działań w gospodarce.

Kredyty we frankach