Szokujące rezultaty dały badania opinii na temat wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur UE, wykonane wśród czytelników gazety Express & Star. Aż 80% biorących udział w badaniu wyrażało poparcie dla wyjścia Brexitu.

Szacunki ekonomistów mówią o tym, że Brexit może spowodować negatywne skutki w postaci spadku PKB – zarówno w Wielkiej Brytanii jak i całej Unii Europejskiej – nawet do 2% w roku 2017.

Dlatego brytyjscy biznesmeni są przeciwni Brexitowi. Stanowcze ostrzeżenie sformułowały też władze BMW. Goldman Sachs przestrzega, że ich firmy może spotkać katastrofa. Szczególnie dotyczy to sektora finansowego, który jest mocno powiązany z rynkiem europejskim. Jednak tylko 20% Brytyjczyków deklaruje, że ekonomia ma wpływ na ich decyzje. Natomiast aż 60% z nich bierze pod uwagę problem imigracji.  

Prezydent Duda podejmował w restauracji krakowskiego hotelu senatorów z USA. Portal „wPolityce” poświęcił cykl testów temu wydarzeniu z powodu ordynarnego komentarza działaczki KOD. Jest ona współwłaścicielką kamienicy w której mieści się restauracja. Podając się za współwłaściciela restauracji pytała, czy Prezydentowi smakowało jedzenie z jej „koryta”. Taki wpis w ewidentny sposób szkodzi firmie – nic więc dziwnego, że zarząd odcina się od niego i przeprasza Prezydenta – ku oburzeniu KOD-iarzy.

Zupełnie inaczej postrzega to wydarzenie Jędrzej Bielecki z „Rzeczpospolitej”, według którego „Ameryka nie zapomina o TK”, bo aż „pięciu spośród 15 członków wpływowej Senackiej Komisji ds. Wywiadu USA przyjechało w sobotę do Krakowa, aby omówić sytuację w Polsce”. Trudno to komentować – może pan Bielecki siedział pod stołem i wie o czym rozmawiano. Faktem jest, że akurat pięciu spośród obecnych „sędziów” TK powołał obecny parlament. Przypadek?

Najciekawszą relację z wizyty senatorów zamieścił portal „wGospodarce.pl”: Senatorowie Raytheona z wizytą w Polsce: kolejna odsłona agresywnego lobbingu w sprawie "Patriotów". O tym, że rzeczywiście chodzi o ordynarny lobbing świadczy fakt, że senatorowie spotkali się także z Ministrem Obrony Narodowej Antonim Macierewiczem. Także strona amerykańska była „ciekawa”. Na przykład senator Mark R. Warner - „jeden z najbardziej zaangażowanych bojowników o prawa gejów do zawierania legalnych małżeństw w Stanach Zjednoczonych”, powiązany z firmą Raytheon: „Mark R. Warner w zasadzie od początku swojej kariery politycznej jest blisko związany z koncernem Raytheon. O jego współpracy z tym koncernem zrobiło się głośno 2006 roku gdy jako gubernator stanu Virginia, stał się inicjatorem dużej inwestycji Raytheona w mieście Suffolk. Po wejściu do Senatu Warner zagościł na stałe w zestawieniu polityków dotowanych przez Raytheona. W tym roku zdążył już otrzymać 5 tys. dolarów”.

O takim lobbingu opinia publiczna powinna być poinformowana i to powinno być przedmiotem publicznej debaty. Tymczasem funkcjonowanie KOD'u sprawia, że ta debata została sprowadzona do poziomu koryta.

Czy Państwo nie powinno się mieszać do gospodarki. Przed wojną o tym nie wiedzieli – dlatego powstał COP i wybudowano Gdynię. Po 1989 roku tak zwani ekonomiści głosząc takie hasła pozbyli przyklaskiwali niszczeniu całych gałęzi przemysłu. Najbardziej spektakularnym „sukcesem” była likwidacja przemysłu toczniowego. Czy to w ogóle da się odwrócić? Powstało nowe ministerstwo, którego szef Andrzej Gróbarczyk wraz z Ministrem Finansów przedstawili projekt ustawy stoczniowej. Celem jest odbudowa tego przemysłu poprzez zachęty podatkowe z jednej strony, oraz inwestycje państwa tworzące rynek (infrastruktura zamówienia dla wojska) z drugiej. Projekt oczywiście musi być uzgadniany z Komisją Europejską. Ale nie tylko. Premier Kopacz zdążyła na przykład podpisać umowę z Niemcami ograniczającą wykorzystanie Odry dla celów żeglugowych. Mówił między innymi o tym Minister Gróbarczyk w ciekawym programie „Stocznie na fali” z cyklu „Polski punkt widzenia” w Telewizji Trwam. Obecny rząd musi podjąć negocjacje w celu aneksowania umów. Na szczęście niszczenie polskiej tradycji stoczniowej nie było na tyle gruntowne, by trzeba było wszystko budować od nowa. Istnieją przedsiębiorstwa, które mogą wykorzystać szansę rozwoju. Istnieje zaplecze intelektualne oraz polscy fachowcy pracujący w przedsiębiorstwach morskich całego świata. Istnieje też niestety coś co nazywane jest „opozycją”. Jeszcze rok temu mądrość etapu brzmiała: „odbudowa stoczni w Szczecinie raczej bez szans”. Nowy rząd jak wiadomo nic nie wie o świecie i zamiast biadolić nad brakiem szans zabrał się do roboty. Najkrótszy komentarz pod informacją na portalu wPolityce: polskie stocznie zamknięto by ratować niemieckie. teraz się dziwicie że Niemcy wyją na PiS?

Porozumienie Rosji z państwami OPEC dotyczące ograniczenia wydobycia ropy naftowej obejmuje dostawców 73% tego surowca. Ceny, które i tak rosną od kilku tygodni mogą wzrosnąć jeszcze bardziej. Zdaniem analityków amerykańskiego ośrodka Stratfor z uwagi na rozbieżne interesy producentów nie ma jednak „widoków ani na solidne porozumienie wielu krajów o ograniczeniu wydobycia ropy, ani na trwałe wzrosty cen surowca”. Innego zdania jest Christoph Frei, sekretarz generalny Światowej Rady Energetycznej który twierdzi, że „jest wysoce prawdopodobne, że w tym roku będzie się wahać w zakresie 40-60 dolarów za baryłkę”.

Rosja umiejętnie rozgrywa także kartę gazową. Razem z Niemcami kontynuują budowę Nord Stream 2. Podgrzewanie atmosfery „zagrożenia demokracji” w Polsce bez wątpienia ułatwia ignorowanie jasnego stanowiska naszego państwa w tej sprawie. Opinia o wyłącznie politycznych celach tej inwestycji znalazła potwierdzenie w raporcie ekspertów niemieckich, według którego „istniejąca obecnie sieć gazociągów w zupełności wystarczy, aby nawet w przypadku kryzysu spowodowanego przerwaniem dostaw z kraju spoza Unii zapewnić krajom członkowskim dopływ surowca”.

Tymczasem w Polsce nadal posiadane surowce energetyczne są przedstawiane jako problem, którego szczęśliwym trafem udało się właśnie częściowo pozbyć na rzecz Australijczyków. Bo w przeciwieństwie do kopalń na Śląsku Bogdanka rozwija się znakomicie, więc trzeba jej „pomóc”. Za kilka lat złoża będą się wyczerpywać i będzie będzie zwalniać górników.

W polskich mediach trwa radość z powodu „spektakularnej porażki Moskwy? Rosyjskie PKB per capita spadło prawie o połowę”. Rosjanie cytują tymczasem dziennikarza „The Washington Times”, który twierdzi, że w trudnych warunkach gospodarczych rosyjski prezydent Władimir Putin okazał się „mistrzem wielkiej gry”. […] Moskwa spłaciła większość zadłużenia państwowego i utrzymuje je na niskim poziomie – poniżej 20% PKB. Dług publiczny większości zachodnich mocarstw jest znacznie większy. […] Rosyjskie rezerwy walutowe — przeciwnie – były powiększane, co umożliwiło Rosji poradzenie sobie z trudnościami finansowymi w ostatnich latach. Nawet podczas obecnego kryzysu Moskwa stara się, by rezerwy pozostały na tym samym poziomie. Jednocześnie Wood pisze, że Rosji nie udało się pozbyć uzależnienia od surowców naturalnych, co – jego zdaniem – prowadzi do „trzeciej zapaści finansowej”. Ale i tu Putin, według Wooda, „prezentuje wyrafinowanie w kwestiach finansowych, podnosząc cen ropy naftowej jedynie w drodze negocjacji i zachowując wysoki poziom wydobycia”. Rosja nie może sobie pozwolić na ograniczenie produkcji ropy oraz gazu i ryzykować utratę zagranicznych nabywców. Autor przypomina, że ceny ropy ustabilizowały się na poziomie ponad 30 dolarów za baryłkę, czyli są znacznie wyższe, niż prognozowali eksperci (15 dolarów). – Należy oczekiwać nowych „plotek” o ograniczeniu wydobycia i „porozumieniach” OPEC o stabilizacji rynku do czasu, aż podaż nie spadnie, a ceny nie wzrosną jeszcze wyżej.

A jak wygląda rosyjska gospodarka z perspektywy zwykłego Rosjanina? Wysoka do niedawna inflacja spadła poniżej 1% miesięcznie. Utrzymuje się niskie (poniżej 6%) bezrobocie. Ale realne wynagrodzenia maleją. Nastąpił w ostatnich latach lekki spadek PKB na głowę z uwzględnieniem Parytetu Siły Nabywczej.

Niemiecka prasa publikuje wyniki raportu, według któregoRealizacja unijnych planów budowy nowych gazociągów i terminali na gaz skroplony grozi powstaniem wielkiej nadwyżki gazu tego surowca i może doprowadzić do roztrwonienia środków w wysokości 11,4 mld euro - ostrzegają autorzy raportu. Ich zdaniem już teraz istniejące terminale wykorzystywane są tylko w 32 proc., a gazociągi w 58 proc. Zapotrzebowanie na gaz ziemny spadło w minionych 5 latach o 23 proc. Realizacja unijnych celów klimatycznych spowoduje dalszy spadek popytu. Zapotrzebowanie na gaz w 2030 roku szacowane jest o 30 do 50 proc. za wysoko”. To oczywiście mocny argument polityczny dla państw Europy Wschodniej, przeciwstawiających się niemiecko-rosyjskiej inwestycji. Rezygnacja z niej byłaby spektakularną porażką Prezydenta Putina.

 

Ameryka wszystkiego za dużo. Nie chodzi o zwykły problem nadmiaru – gdy nie martwimy się, aby coś się nie zmarnowało. Chodzi o problem obfitości – prowadzący do utraty jednego z głównych motywów działania. Skoro można mieć wszystko w każdej chwili, to czy jest to coś warte? Zastanawia się nad tym pewien amerykański finansista i bloger – cytowany przez popularny businessinsider.com.

Jednym z podanych przez niego przykładów jest firma Apple, która może może mieć tyle pieniędzy, ile zechce i to praktycznie za darmo. Oni nie mają pojęcia, co z tym zrobić. Rząd USA – podobnie jak rządy Niemiec i Japonii też może pożyczyć za darmo. To się wiąże z brakiem ryzyka inwestycji. Bo i tak jest za dużo wszystkiego: funduszy dla startupów, pieniędzy dla mega-korporacji, treści dla mediów, telewizji, muzyki, głosów politycznych. Wszystko to tworzy toksyczny system, którego jedynym środkiem naprawy jest katastrofa.

Dla zilustrowania absurdu obfitości opisano pomysł na firmę sprzedającą studolarówki po 90 dolarów („Hundred Dollar Bill Store”). Na każdej transakcji będzie 10 dolarów straty. Jednak można zrobić w ten sposób miliardy przychodów rocznie, zyskać miliony użytkowników i każdemu z nich pokazać reklamy – co może nawet pozwolić uzyskać próg rentowności. Wzrost użytkowników rzędu 1000% miesięcznie i debiut giełdowy wszech czasów. A wtedy już niech ktoś inny się martwi jak sprzedać 100 dolarów po osiemdziesiąt pięć.

Czy Ameryka ginie z powodu obfitości?

Dla nas ważniejszym pytaniem jest to, czy ta obfitość nie wiąże się z politycznymi i gospodarczymi perturbacjami na całym świecie. Czy ta obfitość nie dotyczy także władzy super-mocarstwa? W „Rzeczpospolitej” kolejny propagandowy tekst na temat układu o wolnym handlu UE-USA (TTIP). Ani słowa o SDS, GMO, prawie autorskim i innych drażliwych kwestiach. No i oczywiście cenzura komentarzy. Wspomina się tylko o „sugestiach”, że „ofiarami" liberalizacji staną się wieprzowina oraz kukurydza, ale wspomina się o tym bardzo delikatnie, bo wiadomo że unijni rolnicy są bardzo wrażliwi na samo słowo „liberalizacja". Nie ma też oczywiście wzmianki o tym, że TTIP jest poważnym zagrożeniem dla Polski. Najważniejsze, aby amerykańskie korporacje miały pole do ekspansji. Choć to nie jest dobre dla nikogo – nawet dla Amerykanów.

Brytyjski premier wywalczył to co chciał. Między innymi: Będą 7-letnie ograniczenia w wypłatach zasiłków dla obywateli z unijnych krajów, którzy przyjadą pracować w przyszłości do Wielkiej Brytanii. Nie dotyczy to tych, którzy już są na Wyspach, a więc także sporej grupy naszych rodaków. Takich ograniczeń nie będą mogły wprowadzić pozostałe kraje członkowskie. W czwartek brytyjski premier David Cameron proponował jeszcze, by ten maksymalny okres utrzymywania ograniczeń wynosił aż 13 lat.

Tzw. hamulec bezpieczeństwa zakłada też, że nowo przybyły imigrant z innego państwa UE będzie przez cztery lata stopniowo uzyskiwał dostęp do pewnych specyficznych świadczeń, jak ulgi podatkowe, dopłaty mieszkaniowe, dostęp do mieszkań socjalnych i pełnej opieki zdrowotnej. Nie dotknie to osób, które już są i pracują na Wyspach.

Ma to skłonić Brytyjczyków do pozostania w Unii Europejskiej.

O ile można zrozumieć sprzeciw wobec korzystania przez imigrantów z zasiłków socjalnych, to już potraktowanie ulg podatkowych na równi ze świadczeniami jest ewidentną dyskryminacją. Donald Tusk i inni „mędrcy Europy” uważają, że bez Wielkiej Brytanii nie będzie wspólnoty. A może nie będzie jej właśnie wtedy, gdy Wielka Brytania pozostanie na tych zasadach?

Najnowsze sondaże (wykonane jeszcze przed zwycięską batalią Camerona) wskazują na kilkupunktową przewagę zwolenników pozostania Brytanii w UE nad przeciwnikami.

Dlaczego brukselskim biurokratom tak zależy na tym, by Brytyjczycy pozostali w Unii? Wielka Brytania jest płatnikiem netto – czyli więcej wpłaca do unijnego budżetu, niż z niego otrzymuje. Ich wpłaty to ponad 10% unijnego budżetu (najwięcej płacą Niemcy – ponad 20%). Brytyjska składka jest obliczana z uwzględnieniem „brytyjskiego rabatu” wywalczonego przez  Margaret Thatcher: W 2013 roku, rabat brytyjski wynosi 4 072 425 170 euro, z czego Francja finansuje 1 009 788 009 euro, Włochy 827 787 416 euro i Hiszpania 534 198 490 euro. Polska finansuje ok. 5% rabatu, a jej wkład to 201 820 761 euro. Dla zobrazowania tych kwot można powiedzieć, że cały rabat brytyjski wynosi mniej więcej tyle, co łączna składka Polski do unijnego budżetu (w 2013 roku - 4 114 329 242).

Przy ustalaniu kolejnych budżetów trwają zacięte dyskusje na temat tego rabatu. Od pewnego czasu urzędnicy z Brukseli marzą o tym, aby uzyskać wpływy do budżetu z podatków, a nie składek. Rozważ się dwie możliwości: podatek od emisji CO2 i od transakcji finansowych. Póki Brytyjczycy są w UE, podatku od transakcji nie będzie – bo to oni musieliby płacić najwięcej. Co innego z podatku od CO2, który Polska może mieć większy (z uwagi na zużycie węgla) niż Wielka Brytania.

 

Na stronach Ministerstwa Rozwoju jest już przyjęty wczoraj przez rząd „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” wicepremiera Morawieckiego. Plan został bardzo dobrze odebrany przez komentatorów. Może za dobrze? Na pewno zaważyła na tym bardzo rzetelna analiza stanu obecnego: wyczerpujących się prostych rezerw. Bardzo optymistycznie wyglądają też cele programu:

  • reindustrializacja (wspieranie istniejących i rozwijanie nowych przewag konkurencyjnych i specjalizacji polskiej gospodarki),

  • rozwój innowacyjnych firm (budowa przyjaznego otoczenia dla firm i systemu wsparcia innowacji),

  • kapitał dla rozwoju (więcej inwestycji i budowanie oszczędności Polaków),

  • ekspansja zagraniczna (wsparcie eksportu i inwestycji zagranicznych polskich firm, reforma dyplomacji ekonomicznej, promowanie polskich marek),

  • rozwój społeczny i regionalny (m.in. reforma szkolnictwa zawodowego, włączenie obszarów wiejskich i małych miast w procesy rozwojowe).

Jednak teza, że nie powinny one budzić kontrowersji jest przesadzona. Umieszczenie zagranicznych inwestorów na poślednim miejscu musi niepokoić Balcerowicza, według którego to od tych inwestorów zależy nasze życie. Można wręcz powiedzieć, że Plan Morawieckiego to odwrócenie Planu Balcerowicza. I to jest dobra wiadomość :-).

 

Rzucającą się w oczy cechą planu jest brak mechanizmów, które mogłyby być odebrane jako kontrowersyjne. Przede wszystkim nie ma spodziewanego udziału NBP: Widzimy kapitał w zasięgu ręki, za drugim zakrętem, on jest dostępny. Dlatego nie ma dzisiaj natychmiastowej potrzeby, żeby wzorem Bank of England budować program "Funding for Lending". Nie ma natychmiastowej potrzeby, żeby wzorem Europejskiego Banku Centralnego budować program "LTRO" – powiedział Morawiecki dziennikarzom.

 

Są w nim zasady obecne w polskiej polityce gospodarczej. Zostały one jedynie uporządkowane i nieco inaczej niż dotąd rozłożono akcenty. I tutaj właśnie rodzą się wątpliwości. Jedną z tych zasad jest bowiem nadmierna wiara w sterowalność gospodarki i w rolę „kół zamachowych”. Nie zostało to wprost wyartykułowane, ale też ma mowy o pospolitym ruszeniu” znanym z początku lat 90-tych. Nadzieję budzi deklarowana otwartość, ale trudno przypuszczać, aby dotyczyła ona także fundamentów na których zbudowano tą strategię.

Dlatego istnieje obawa, że dobre chęci i ambitne plany mogą zderzyć się z szarą rzeczywistością:

Wicepremier Morawiecki zaprezentował swój plan ożywienia gospodarczego. Na razie znamy diagnozę stanu obecnego i zasady dalszego rozwoju.

Najważniejsza zmiana to odejście od idei rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego na rzecz rozwoju zrównoważonego – zarówno w sensie terytorialnym jak i społecznym. Zwiększyć ma się innowacyjność ale równocześnie "strategia rozwoju ma służyć mieszkańcom".

Z bardziej konkretnych zapowiedzi można wymienić zmianę prawa zamówień publicznych oraz utworzenie mechanizmów finansowania rozwoju, nawiązującego do znanego z kampanii wyborczej PiS hasła „bilion na inwestycje”. Ma powstać Polski Fundusz Rozwoju, „którego celami są wzmocnienie polskiego kapitału oraz wzrost innowacyjności polskich firm, by były konkurencyjne na rynkach zagranicznych”.

Oczywiście rząd mający tak ambitne i odważne cele prospołeczne może liczyć na wsparcie merytoryczne polskiej nauki, a ekonomii w szczególności. Już wkrótce można się spodziewać szeregu konferencji, publikacji, analiz i życzliwej krytyki.

Powyższe dwa zdania to niestety żart. Poziom krytyki rządu wyznaczył profesor Ryszard Bugaj - biadolący, że „500 zł może pójść na wódkę” (skoro już nie jest w NRR to może znajdzie jeszcze dwóch chętnych i wzorem trojek robotniczo-chłopskich ruszy w teren tropić ochlaptusów). Wspomniane hasło wielkiego wzrostu inwestycji zostało wyśmiane przez media już dawno. Po krytykę z kampanii wyborczej sięgnęła telewizja WSI24, przypominając: Zdaniem części ekonomistów taki mechanizm to powrót do gospodarki centralnie planowanej, ponieważ NBP straciłby wpływ na poziom stóp procentowych. Chodzi o mechanizm zwiększania płynności banków, wzorowany na działaniach EBC, który zresztą nie pojawia się w cytowanym omówieniu PAP („Plan Morawieckiego: ponad bilion zł na inwestycje w najbliższych latach”).

Wbrew pozorom przyjęcie przez „elity” roli piątej kolumny nie jest złą wiadomością. Oni i tak nie wnieśliby nic konstruktywnego. Są jednak mistrzami w stwarzaniu pozorów i wyszukiwaniu nieprzezwyciężonych trudności.

Obserwowana otwartość rządu na krytykę pozwala mieć nadzieję, że ostateczna wersja programu będzie mimo wszystko bardziej przystawać do polskich realiów. Bowiem wbrew pozorom znaczący wzrost ilości pieniędzy na inwestycje może utrudnić rozwój. O duże pieniądze walczą duże firmy, które wyspecjalizowały się w zdobywaniu funduszy, ale niekoniecznie potrafią je optymalnie spożytkować. Nadal też poza uwagą rządzących pozostają olbrzymie rezerwy tkwiące w obszarze pracy solidarnej. Nie ma też mowy o działaniach, które prowadziłyby do naszej monetarnej suwerenności.  

Sejm uchwalił ustawę inicjującą program wsparcia rodzin 500+. Przeciw niemu wypowiedzieli się już chyba wszyscy – od prawa do lewa. Na prawicy martwią się, czy dzieci wychowane przy wsparciu państwa będą miały za co kochać rodziców. Na lewicy płaczą, że miało być równo, a przecież nie każdy jest dzieckiem – a tym bardziej drugim. Tak zwani „ekonomiści” martwią się, że to zrujnuje budżet, albo doprowadzi do wzrostu podatków i/lub zadłużenia. Liberałowie z bolszewicką pryncypialnością piętnują socjalizm. Petru płacze, że program realizuje partia, która się „nie zna” na gospodarce (bo „zna się” tylko on i jego mentor Balcerowicz – to znaczy on zna Balcerowicza, a Balcerowicz zna kogoś, kto się zna na gospodarce ;-)). Klasą dla siebie jest oczywiście partia ludzi zmodernizowanych, która jest za a nawet przeciw. Byli przeciw z powodu zagrożenia dla budżetu, ale wajchowy rozesłał SMS z nową „mądrością etapu” i są przeciw z powodu zbyt małych kosztów dla budżetu. Teraz domagają się kilka razy droższego programu obejmującego wszystkie dzieci. Wysłali nawet do Prezydenta żądanie, by zawetował tą niesprawiedliwość (to nie żart). Spytana o to przez telewizyjnego dziennikarza przedstawicielka PO z rozbrajającą szczerością odparła: zmieniła się sytuacja. Niestety zmieniła się także w telewizji (kto wcześniej słyszał, by się dopytywać „eliciarzy” miast kontemplować ich mądrości?) i dziennikarz drążył dalej: na czym polega ta zmiana? Na tym, że były wybory i społeczeństwo się opowiedziało za tego typu programami. Patrzcie no – ledwo minęło trzy miesiące od porażki, a do nich dotarło, że były wybory!!! Może w tej sytuacji przestaną się bawić w Targowicę 2.0 (żart)?

W telewizyjnej „Debacie” na temat programu 500+ ekonomista Andrzej Sadowski (made in UW) wygłosił w formie argumentu jedną z fundamentalnych „mądrości” liberałów: państwo nie ma innych wpływów jak tylko z podatków. Aby więc wesprzeć rodziny, musi najpierw tym rodzinom zabrać, a potem po pomniejszeniu o koszty aparatu urzędniczego coś może tym rodzinom dać. Zamiast więc wymyślać takie programy jak 500+ lepiej obniżyć podatki.

Aby skonfrontować te tezy z rzeczywistością, najlepiej sięgnąć pod realne dane.

Na stronach Ministerstwa Finansów można znaleźć zestawienie wpływów budżetowych. Ostatni rok za który mamy kompletne dane to 2014. Podatek dochodowy od osób fizycznych + VAT dał w tym roku przychody w wysokości około 200mld złotych. Wszystkie wpływy do budżetu z tytułu podatków to około 300mld.

Na co poszły te pieniądze? Wydatki można znaleźć na stronie www.finanse.mf.gov.pl. Czytamy tam między innymi, że: W ustawie budżetowej z dnia 24 stycznia 2014 r. wydatki budżetu państwa zaplanowano w wysokości 325.287.369 tys. zł. Zrealizowane wydatki budżetu państwa w 2014 r. wyniosły 312.519.527 tys. zł i były niższe od zaplanowanych o 12.767.842 tys. zł, tj. o 3,9%.

Pojawia się zagadkowa różnica 12,5 miliarda. Bagatela – wiadomo, że deficyt, który powiększa dług za który „zapłacą przyszłe pokolenia”. Więc nadal rodziny.

Dokładnie wygląda to tak:

  • wpływy: 277.782.224 tys. zł,
  • wydatki: 325.287.369 tys. zł,
  • deficyt 47.505.145 tys. zł.

Wpływy są niższe od zebranych podatków, gdyż część podatków zabiera samorząd. To ile dokładnie zostaje w budżecie państwa? Wszystkie wpływy podatkowe to niecałe 255 mld. Z tego PIT to tyko 43mld a podatki pośrednie (w tym VAT) 187 mld. Nawet więc jeśli uznamy, że podatki pośrednie w całości obciążają rodziny, to ta wielkość obciążenia podatkowego wynosi 230mld.

Skąd rząd wziął resztę pieniędzy? Na pewno Unia nam dała. Płaci i wymaga – na przykład żeby rządził Grzesiu Schetyna i jego kumple od ośmiorniczek, do których junia ma zaufanie (do kumpli – choć do ośmiorniczek chyba też – na pewno większe niż do polskiego społeczeństwa, które tak nierozważnie wybrało….).

I tu niespodzianka: w rozliczeniach z Unią Europejską za 2014 rok zanotowaliśmy deficyt w wysokości 317 tysięcy. Na szczęście państwo ma jeszcze inne wpływy: dywidendy, wpłaty z NBP, podatki od kopalin etc….

Podsumujmy zatem: w roku 2014 rodziny zapłaciły państwu w postaci podatków (PIT+pośrednie) 230mld, a państwo wydało 325mld przy deficycie 47,5mld.

Inna liberalna mądrość głosi, że każdy podatek płacony przez firmy, przerzucają one na konsumenta w postaci wzrostu cen. Dorzućmy więc jeszcze CIT 30mld. Nadal się nie zgadza: 325-(230+47,5+30) to aż 17,5 mld. Jak widać absolwentowi UW matematyka nie przeszkadza.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na fakt, że powyższa złota myśl o przerzucaniu podatku na ceny (nawet jeśli byłaby prawdziwa) w przypadku nadwyżki eksportu nad importem oznacza, że te wyższe ceny zapłaci kto inny. Choć inny liberał z którym pan Sadowski zakładał Ruch Polityki Realnej (JKM) twierdzi, że taka nadwyżka nie jest korzystna, bo my pracujemy na innych. Tak źle i tak niedobrze…..

Oczywiście państwo to nie jest sklep warzywny (choć niektórym domorosłym ekonomistom może się tak wydawać), a finanse państwa to nie jest prosta tabela wpływów i wydatków. Trzeba wziąć pod uwagę budżety lokalne, ubezpieczenia społeczne, fundusze pozabudżetowe (jak Fundusz Drogowy), a przede wszystkim olbrzymi wpływ sektora finansowego. Nie tylko horrendalne zadłużenie. W roku 2014 (dane NBP) w systemie finansowym wykreowano aż 80mld nowego pieniądza, z czego 17mld pieniądza gotówkowego (M1 ogółem to 50mld). Niestety w polskim systemie finansowym kreacja pieniądza odbywa się w bankach komercyjnych w powiązaniu ze wzrostem powszechnego zadłużenia. Nawet tych 17mld renty emisyjnej nie wolno przeznaczyć na wydatki budżetowe. No chyba, że prezes NBP pogada przy ośmiorniczkach z jakimś ministrem, to jakiś sposób na to się znajdzie.

1455168192budzet2014

Amerykanie żartują, że jedna rzecz jednoczy cały naród: nienawiść do Martina Shkreliego. Ten młody finansista założył firmę Turing Pharmaceuticals, która zakupiła od Impax Laboratories prawado produkcji ratującego życie leku przeciwpasożytniczego Daraprim za kwotę 55 mln USD. Następnie Martin Shkreli podniósł cenę tego leku z $13.50 do $750 (50 razy!). Spotkała go za to taka fala hejtu (jest on bardzo aktywny na Twitterze), że okrzyknięto go najbardziej znienawidzonym człowiekiem Ameryki.

Martin Shkreli nie spoczął na laurach, tylko kupił upadającą firmę farmaceutyczną, prowadzącą badania nad lekiem na raka KaloBios. Akcje tej firmy wzrosły w ciągu tygodnia 4000 procent. Jednak po aresztowaniu (w innej sprawie – związanej z oszustwami finansowymi) Shkreliego, firma upadła.

W miniony czwartek kontrowersyjnego biznesmena przesłuchiwała go wysoka komisja Kongresu. Na każde pytanie Shkreli odpowiadał z ironicznym uśmiechem: za radą prawników odmawiam odpowiedzi na to pytanie. Odpowiedział jedynie na pytanie o to, czy członek komisji dobrze wypowiada jego nazwisko – co zostało skwitowane komentarzem: jednak umie pan odpowiedzieć na jakieś pytanie. Shkreli nie pozostał dłużny i już po przesłuchaniu nazwał na Twitterze członków komisji imbecylami.

Magazyn „Forbes” opublikował obszerny artykuł w którym ekspertka radzi Shkreliemu jak przestać być najbardziej znienawidzonym człowiekiem na planecie. Między innymi zaleca jakąś terapię i zaprzestanie aktywności na Twitterze.

Sprawa niespotykanej dotąd podwyżki ceny leku wywołała dyskusję na temat polityki cenowej firm farmaceutycznych. Rzadziej zwraca się uwagę na rolę prawa patentowego i własności intelektualnej. Ten lek nie jest nowy (ma blisko pół wieku) ani drogi w produkcji. Wyłącznie prawa własności powstrzymują rozwój konkurencji.

Najciekawszym jednak aspektem tej historii jest to w starciu z młodym biznesmenem walą się kanony „wolnego rynku”. Czegóż to chcą od Shkreliego kongresmeni, politycy i dziennikarze? Przecież on działa dokładnie tak, jak według tych autorytetów działać należy: chciwość jest dobra, prawo własności święte a popyt i podaż regulują wszystko. Może by tak jakieś ekonomiczne autorytety wzięły w obronę biznesmena?

Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której całą ludzkość obejmuje pandemia śmiertelnej choroby, na którą lek posiada jeden tylko producent. Może on ustanowić dowolną cenę – na przykład tysiąc dolarów za tabletkę. Bardzo szybko stanie się on właścicielem wszystkiego i panem życia i śmierci każdego człowieka. Zgodnie ze świętymi prawami rynku.

 

Kilka dni temu Zbigniew Jakubowski -wiceprezes Union Investment TFI – ogłosił zadziwiające proroctwo:agencja ratingowa Moody's w maju może obniżyć rating Polski. Zważywszy na fakt, że jego opinia nie ma potwierdzenia w twardych danych, może warto by sprawdzić jakie inwestycje poczyniła ostatnio kierowana przez niego instytucja? Według analityków BofA Merrill Lynch taki scenariusz jest mało prawdopodobny: Nie spodziewamy się dalszych obniżek ratingu ze strony S&P ani innych agencji. Zaskakująca decyzja S&P była spowodowana wyłącznie wydarzeniami natury politycznej. Negatywna perspektywa, która utrzyma się przez pewien czas, opiera się na obawach o niezależność banku centralnego, biorąc pod uwagę obecne wydarzenia w kraju. Z tego powodu nie spodziewamy się, by S&P w najbliższym czasie zmieniła ten pogląd – argumentują.

We wtorkowym raporcie analitycy banku zwracają jednocześnie uwagę na silną kondycję polskiej gospodarki, na tle – szeroko rozumianych – emerging markets.

Jak podaje Ministerstwo Finansów w ostatnich dniach sytuacja na rynkach finansowych stabilizowała się, a rentowności polskich obligacji wyemitowanych zarówno na rynek krajowy, jak i rynki zagraniczne powróciły w okolice poziomów sprzed decyzji S&P. Znacząco wzrosła także siła złotówki (frank znów jest poniżej 4 PLN).

Biorąc pod uwagę załamanie się strategii „Polski na kolanach”, nic dziwnego, że partia targowiczan szykuje rząd na uchodźctwie ;-).

W jednej ze scen filmu „Psy” stojący przed komisją ubek grany przez Bogusława Lindę wygłasza kwestię: „czasy się zmieniają, a Pan ciągle jest w komisjach”.

Ta kwestia przychodzi na myśl, gdy czyta się o kolejnych ważnych konferencjach gospodarczych dziejących się na zapleczu bieżących wydarzeń. Mają one podjąć na nowo refleksję nad polską gospodarką i jak należy domniemywać – wskazać jedynie słuszny kierunek.

Wystarczy popatrzeć na nazwiska uczestników Polskiego Kongresu Gospodarczego, by przestać się dziwić, że sięgnięto po jeden z dyżurnych (choć równie ważnych jak sznurek do snopowiązałek w PRL'u) tematów: „stop biurokratyzmowi”. Równie „twórcza” była debata zorganizowana przez PTE na temat polskiego systemu bankowego. Konserwatorzy obecnego systemu (prezesi banków i reprezentujący ich prezes ZBP) radzili, czy może coś by jednak zmienić. Nie wiadomo po co, skoro w ich ocenie sektor bankowy jest bardzo nowoczesny i jest wypracowanym dobrem wspólnym.

Niestety nic nie wskazuje na to, by wśród rządzących istniała świadomość tego, że wraz ze zmianą priorytetów gospodarczych (na bardziej prospołeczne) zachodzi konieczność wypracowania nowego gospodarczego paradygmatu.

O tym jak głęboko tkwimy w starych koleinach może świadczyć fragment wystąpienia Ministra Waszczykowskiego na temat TTIP: W relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, nasze partnerstwo w coraz większym stopniu obejmuje wymiar gospodarczy, współpracę energetyczną, a także obiecujący obszar innowacji i rozwoju wysokich technologii. Polsko-amerykańskie relacje gospodarcze są elementem partnerstwa ekonomicznego Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi, które mamy zamiar rozwinąć z korzyścią dla wszystkich stron w ramach Transatlantyckiego Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji (tzw. TTIP).

Ciekawe, czy pan Kaczyński ma świadomość tego, że TTIP praktycznie przekreśla jego ideę „nowej fali polskiego kapitalizmu”.

Rząd premier Szydło liczy na to, że wstrzyknięte do gospodarki poprzez program 500+ pieniądze wygenerują wzrost, który pozwoli sfinansować dalsze prospołeczne działania w przyszłym roku. Co jednak się stanie, gdy efekt będzie mniejszy niż oczekiwano? Jeśli po drodze zdarzy się kryzys? Dodatkowe dochody państwa w bieżącym roku (zysk NBP i wpływy z aukcji LTE) powinny być traktowane jako środki na zakup czasu potrzebnego do wypracowania nowej gospodarczej strategii. Pytanie tylko kto miałby to zrobić? Panowie którzy od zawsze są w każdej komisji?

Facebook opublikował raport za 4 kwartał 2015 roku. Pozwala to wstępnie podsumować miniony rok. Podane wyniki pokazują rozkwit firmy.

Przychody Facebooka firmy w samym czwartym kwartale wyniosły 5.84 mld dolarów. Jest to dużo więcej niż spodziewali się analitycy (5,37 mld) i aż 52% więcej niż rok temu. Wzrósł też wskaźnik EPS (zysk na akcję) 0.79 dolarów (wobec spodziewanych $ 0.68). Przede wszystkim zaś rośnie ilość użytkowników (wykres pokazuje ilość użytkowników w miesiącu):

Nie potwierdzają się więc „proroctwa” Warrena Buffeta, który ponad rok temu ostrzegał, że serwisy społecznościowe to chwilowa moda. Kolejny dowód na to, że „specjaliści rynków finansowych” to współcześni magowie. Dobrze, że prezes Facebooka nie przejmuje się ich opiniami. Gdyby akcje firmy po opublikowaniu tych danych wzrosły – byłoby pełno komentarzy w rodzaju: rynek zareagował. Ale na giełdzie trwa kontynuacja spadków. Podobno to reakcja na dane z Chin. Poza Polską – gdzie według niektórych komentarzy to reakcja na rządy PiS. Na szczęście nie brak głosów rozsądku. Andrzej Sadowski podpuszczany przez Niemców (Od maja, gdy Andrzej Duda wybrany został na prezydenta, indeks warszawskiej giełdy WIG20 stracił jedną trzecią, a kurs euro wzrósł prawie o jedną dziesiątą. Czyżby inwestorzy bali się rządów PiS?) odpowiada: Absolutnie nie. Ci, którzy zainwestowali setki milionów euro w najlepiej rozwijającym się kraju Europy Środkowej, twierdzą, że są tu zbyt poważnie zaangażowani, by podejmować jakiekolwiek nerwowe ruchy. Jak na razie nie widzą nic nadzwyczajnego w postępowaniu polskiego rządu – zwłaszcza w kwestiach gospodarczych. Nerwowość zapanowała natomiast wśród inwestorów krótkoterminowych, ze względu na niepewność co do poczynań banku centralnego i instytucji rządowych Chin.


 

Pomimo obaw, że koniec sankcji dla Iranu będzie skutkować dalszym spadkiem cen ropy, trend się nagle odwrócił i w ostatnich dniach cena baryłki ropy znów przekroczyła 30 dolarów. Gdy jednak wydawało się, że cena będzie rosnąć przez dłuższy czas – ta nagle zaczęła spadać. Trudne do zanalizowania i przewidzenia zmiany cen ropy bardzo utrudniają życie spekulantom. Jeden z najbardziej znanych (z tego, że głosił spadek cen do około 25 dolarów) twierdzi, że ceny już nie będą spadać, a na koniec 2016 roku wyniosą 50 dolarów (zobacz więcej). Czyli tyle ile założyli Rosjanie na cały rok 2016. Nic dziwnego, że kurs rubla momentami przekraczał już 80rubli za dolara. Popyt na ropę pozostaje dość stabilny:

Jednak „krwawiący” producenci są gotowi zwiększać dostawy, by sobie zrekompensować niskie ceny. Do tego dochodzi duża niepewność polityczna. Arabia Saudyjska toczy na razie „wojnę zastępczą” z Iranem w Jemenie. Jeśli dojdzie do otwartej wojny między dwoma głównymi producentami ropy – na pewno będzie to miało rynkowe konsekwencje. Nadal niewiadoą jest przyszłość „Państwa Islamskiego”. W Syrii zachód i Rosja chcieliby doprowadzić do zakończenia wojny. Problem w tym, że tam brakuje "demokratycznej opozycji", którą można by poprzeć. Poufne rozmowy z Iranem i Arabią Saudyjską prowadzą Chiny. Być może ich celem jest rozliczanie handlu ropą w walucie chińskiej. To byłby definitywny koniec ery petrodolara. Chiny mogą liczyć na wsparcie Rosji. Ogłoszenie przez Brytyjczyków, że Putin zatwierdził zabójstwo Litwinienki „z dużym prawdopodobieństwem” i to dlatego, że Litwinienko ujawnił jakoby Putin miał być pedofilem musiało prezydenta Rosji mocno zirytować. Jeśli więc będzie okazja, by doprowadzić "zachód" do bankructwa, to on z radością do tego się przyłoży. Zdaniem komentatora portalu zerohedge.com ten moment zbliża się nieuchronnie.

Drugim filarem, na którym opiera się zachodnia ekonomia jest ciągły rozwój połączony z inflacją. Tylko dzięki temu zadłużone państwa mogą jakoś regulować swoje zobowiązania. Tymczasem obecnie mamy czas stagnacji i deflacji. Według George'a Sorosa są to objawy początku kryzysu porównywalnego z tym z roku 2008. Tym razem jednak głównym winowajcą mają być Chiny, których gospodarka zalicza „twarde lądowanie”. Wraz z „wojnami walutowymi” oraz niskimi cenami ropy powoduje to deflację. A nikt nie wie jak sobie z tym radzić, gdyż ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w roku 1930.

Jakby tego było mało – kryzys z uchodźcami prowadzi do ograniczenia „strefy Schengen” - co z kolei grozi podstawom europejskiej wspólnoty gospodarczej i upadkiem euro. Zbliża się termin referendum w Wielkiej Brytanii, wskutek którego może nastąpić Brexit. Do tego europejskie lewactwo wszczyna głupią wojenkę z Polską, której udało się zdobyć poparcie Europy Wschodniej.

Wchodzimy w rok 2016 z dużą niepewnością co do przyszłości. Czas wydaje się przyspieszać. Ludzkość ma coraz mniej czasu, aby znaleźć alternatywę dla świata zdominowanego przez bankierów, wielkie korporacje i firmy zbrojeniowe. 

Zdaniem Janusza Szewczaka – głównego ekonomisty SKOK, obniżenie ratingu polskiego długu przez agencję S&P to „sukces” donosicieli. Pisze on między innymi: Agencja S&P w obronie fanaberii prezesa Trybunału Konstytucyjnego i dziennikarzy mediów publicznych „ofiar prześladowań”, postanowiła przywalić Polsce maczugą, by ta nie ośmielała się wybijać się na suwerenność gospodarczą, wprowadzać podatków od banków i hipermarketów, głównie przecież zagranicznych czy rozwiązać wreszcie aferalną historię z tzw. kredytami frankowymi, a przede wszystkim ograniczyć rabunkowy drenaż polskich pieniędzy w kwocie ok. 100 mld zł corocznie za granicę.

Krajowi dywersanci pokroju Ryszarda Petru oskarżający polski rząd o to, że „puści nas z torbami, a i toreb może zabraknąć” trafiły wreszcie do właściwego ucha, a być może były stamtąd wprost inspirowane. Zarówno w PO, jak i w Nowoczesnej mogą być z siebie naprawdę dumni: szkalowanie polskiego państwa i polskiego rządu przyniosło pierwsze tak przez nich oczekiwane rezultaty.

Za decyzją S&P stoją konkretni ludzie. Dyrektorem regionalnym tej agencji na Europę Środkowo-Wschodnią jest Polak Marcin Petrykowski (obecnie biuro w Warszawie). Natomiast obniżenie ratingu przeprowadził Niemiec Felix Winnekens. Dlaczego to zrobili?

Jak informuje portal www.money.pl: jeszcze w grudniu ub. r., gdy rozmawialiśmy z Marcinem Petrykowskim [...], pytaliśmy, czy agencja nie zmieni ratingu ze względu na zapowiedzi nowego rządu. Wtedy tłumaczył: "Mimo zmiany władzy fundamenty polskiej gospodarki pozostają stabilne. Rating opiera się na ocenie działań, które już miały miejsce, a na tę chwilę mieliśmy jedynie do czynienia ze zmianą osób piastujących najważniejsze stanowiska."

Co się więc stało? Felix Winnekens tłumaczy: Sytuacja w Polsce zmieniła się szybciej, niż byliśmy w stanie przewidzieć, a osłabienie kluczowych instytucji państwa wpłynęło negatywnie na wiarygodność Polski.

Czyli nie zdecydowały „fundamenty polskiej gospodarki” (najnowsze dane potwierdzają dobry jej stan), tylko ocena zmian politycznych. Czy młodzi wykształceni z wielkich miast Winnekens i Petrykowski dokonali oceny tych zmian samodzielnie? Oczywiście że nie. Winnekens twierdzi, że ocena była konsultowana z polskimi władzami. Jednak naczelny Gazety Bankowej Wojciech Surmacz ujawnia, że to nie korespondencja z polskim Ministerstwem Finansów, ale konsultacje z panami Szczurkiem i Petru zdecydowały o zmianie oceny sytuacji w Polsce.

Szkoda, że demaskatorski artykuł „Ryszard Petru czyli narcyzm i śmieszność” pojawia się w gazecie dla młodych wykształconych i z wielkich miast dopiero teraz.

GUS publikuje dane obrazujące rozwój gospodarczy Polski za miniony rok.

W grudniu wzrosła sprzedaż detaliczna (liczona w cenach stałych): o 7% w stosunku do grudnia 2014 . Za cały rok 2015 odnotowano 3,7% wzrostu. Wśród grup o znaczącym udziale w sprzedaży detalicznej ogółem najwyższy wzrost odnotowano w przedsiębiorstwach prowadzących pozostałą sprzedaż detaliczną w niewyspecjalizowanych sklepach (o 33,5% wobec wzrostu przed rokiem o 6,6%) oraz w podmiotach zajmujących się handlem pojazdami samochodowymi, motocyklami i częściami (o 19,7% wobec wzrostu o 0,1%), niższy wzrost odnotowano w jednostkach handlujących paliwami (o 4,0% wobec spadku przed rokiem o 4,8%).

Rośnie też produkcja sprzedana przemysłu: w grudniu 2015 r. była wyższa o 6,7% w porównaniu z grudniem 2014 r. Natomiast w produkcji budowlano-montażowej odnotowano spadek o 0,3%. Za cały rok 2015 wzrosła zarówno produkcja sprzedana przemysłu (o 4,9%) jak i produkcja budowlano-montażowa (o 2,8%). Dynamika produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej w rzeczywistym czasie pracy (w cenach stałych) kształtowała się następująco:

Wyszczególnienie

XII

I-XII b)

XII

Miesiąc poprzedni
= 100

analogiczny okres
ub. roku = 100

przeciętna miesięczna 2010 = 100

PRZEDSIĘBIORSTWA PRZEMYSŁOWE

Ogółem

96,4

104,9

121,9

Górnictwo i wydobywanie

105,5

101,8

105,7

Przetwórstwo przemysłowe

94,5

105,8

123,4

Wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę

110,0

96,9

116,4

Dostawa wody; gospodarowanie ściekami i odpadami; rekultywacja

107,0

103,4

125,8

PRZEDSIĘBIORSTWA BUDOWLANE

Ogółem

127,8

102,8

155,9

a) Dane meldunkowe; obejmują przedsiębiorstwa o liczbie pracujących powyżej 9 osób.
b) Dane z uwzględnieniem ostatecznych informacji o produkcji i cenach w listopadzie oraz meldunkowych – w grudniu.
Odnotowano także spadek cen w przemyśle: według wstępnych danych w grudniu 2015 r. ceny produkcji sprzedanej przemysłu były niższe o 0,8% w porównaniu z grudniem 2014 r. Spadek cen odnotowano również w produkcji budowlano-montażowej - o 0,9%.

Choć wydaje się to absurdalne, sprzedawca może czasem płacić odbiorcy, aby zechciał kupić jego towar. Taka sytuacja wystąpiła w przypadku silnie zasiarczonej ropy naftowej z Dakoty Północnej. Rafineria zgodziła się ją odebrać i przerobić, jeśli producent dopłaci 50 centów za baryłkę. Oczywiście producenci na tym tracą. Ale ceny ropy i tak już spadły poniżej kosztów wydobycia ropy z łupków. Pojawia się więc dylemat: wycofać się z rynku, czy liczyć na wzrost cen?

Na razie cena spadła poniżej 28 dolarów za baryłkę i nic nie zapowiada, by trend się odwrócił. Musi dojść do ograniczenia wydobycia. Jednak dla producentów jest to trudna decyzja, bo przy tak niskich cenach i tak ich budżety są bardzo napięte. Do tego dochodzi ropa którą po zdjęciu sankcji może eksportować Iran.

Poniższa grafika pokazuje sieć przepływu ropy na całym świecie:

źródło: http://www.businessinsider.com

Podkategorie

Kótkie opisy wydarzeń, które mogą wskazywać na kierunki działań w gospodarce.

Kredyty we frankach