Marzeniem Polaków po zmianie ustroju było „dogonić Europę”. Jednak Europa traci swój blask. Wśród Polaków odradza się duma z własnego kraju i poczucie jego wyjątkowości.

Dlatego atak na konserwatywne władze Polski osiągnął skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast wywołać poczucie wstydu z tego powodu, że jesteśmy za mało europejscy, obnażył fałsz europejskich elit. Wystarczyło, że w Polsce wygrała formacja polityczna nie akceptowana przez "elity", by obnażyć pustkę, głupotę i głęboko skrywaną pogardę do inaczej myślących wyznawców "praw człowieka" i "liberalnej demokracji".

Polscy politycy, którzy w walce o władzę nie wahali się sięgnąć po zagraniczne wsparcie, zostali słusznie uznani za neo-targowicę. Niewiele pomogło zrównywanie tych działań z powszechnie dotąd akceptowaną walką o własne prawa na europejskim forum. Bo demonstracje żądające uwzględnienia telewizji „Trwam” w podziale łączy telewizji cyfrowej (dla przykładu) nie miały na celu zmiany demokratycznie wybranych władz. Nikt nie szantażował władz, że jeśli nie złamią prawa demonstranci poprą antypolskie działania (por. żądania od Prezydenta Dudy, by zaprzysiągł więcej sędziów TK, niż przewiduje to konstytucja).

To wydaje się oczywiste. Może jednak nie dla wszystkich?

Polaków od „europejczyków” różni stosunek do prawdy. Polacy nadal wierzą w proste i powszechne prawdy: 'niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie' (Mt 5,37). Takie stawianie sprawy doprowadza do furii polskich „europejczyków”, którzy postrzegają współistnienie różnych narracji jako fundament liberalnego ładu. W zasadzie mają oni rację o tyle, że takie współistnienie różnych narracji jest powszechnie akceptowane. Jarosław Kaczyński nie mówił o konieczności zmiany narracji liberalnej na konserwatywną, ale o konieczności pluralizmu.

W Polsce chyba brak jest świadomości tego, że ten nasz problem wpisuje się w najbardziej fundamentalny spór o tożsamość Europy. Nie odrobiliśmy lekcji.

Na zachodzie Europy panuje ideologia praw człowieka, której elementami są swoiście rozumiana tolerancja i wynikający z niej relatywizm.

Jean-François Lyotard w książce „Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy” ogłosił koniec charakterystycznych dla nowoczesności „wielkich narracji” wraz z wkroczeniem społeczeństwa i kultury w epokę ponowoczesną. Zdaniem tego francuskiego filozofa nastał czas wielości gier językowych – czas małych, równorzędnych narracji.

Zachodnia tolerancja jest więc związana z „wolnym rynkiem” różnych idei. Jednak ten rynek nie jest wolny a idea równości jest wymysłem oderwanym od rzeczywistości.

Establishment wszystkich krajów łączy się w strachu przed falą populizmu. Polska jest tylko jednym z przykładów państwa opanowanego przez populistów – choć na chwilę obecną pewnie najważniejszym. Czy to naprawdę jest powód do zmartwienia? A może rację ma Piotr Wójcik z portalu nowyobywatel.pl, według którego oskarżenie o populizm jest skutecznym narzędziem zamykającym usta niewygodnych. Narzędziem odwołującym się do najprostszych ludzkich motywacji: po stronie oskarżonego – strachu przed ośmieszeniem, po stronie właściwego odbiorcy przekazu – poczucia intelektualnej wyższości. Tak więc w istocie samo oskarżenie o populizm jest populistyczne.

Według słownika PWN populizm to "popieranie lub lansowanie idei, zamierzeń, głównie politycznych i ekonomicznych, zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy".

Czym to się różni od demokracji?

Można rozróżnić dwa rodzaje populizmu:

1. Demokracja może być pośrednia (typu komunistycznego) albo bezpośrednia (typu amerykańskiego). W pierwszym przypadku wybierani przedstawiciele nie są ograniczeni wolą wyborców (tak stanowi nasza Konstytucja). W drugim zaś przypadku przedstawiciele reprezentują interesy wyborców. W krajach z demokracją typu pierwszego (pośredniej) populistami nazywa się zwolenników bardziej bezpośredniej demokracji – w której uwzględnia się wolę społeczeństwa nie tylko co do tego kto ma rządzić, ale także jak te rządy mają wyglądać.

2. Populizm drugiego typu jest oparty na kłamstwie. W każdej z powyższych rodzajów demokracji populistom drugiego typu chodzi tylko o to, by jak najwięcej ludzi nabrać na obietnice bez pokrycia.

 

W Polsce bez wątpienia doszła do władzy partia, która realizuje obietnice wyborcze, kierując się wolą wyborców (tego nie było od 25 lat). Teza, że PiS jest partią populistyczną znajduje więc pewne uzasadnienie. Jednak krytycy na tej podstawie przypisują bezpodstawnie PiS'owi populizm typu drugiego (a więc totalne zakłamanie). Martwią się też, że samo uwzględnienie głosu głupiego ludu doprowadzi do katastrofy. Nic więc dziwnego, że Jarosław Kaczyński z okazji Nowego Roku podkreśla, że ufa w mądrość społeczeństwa.

Dramatyczne wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami, trudno jest jednoznacznie ocenić tylko z jednego powodu: nie próbujemy dotrzeć do sensu zdarzeń, poprzestając na subiektywnych ocenach.

Jaki jest sens tego co się dzieje?

Na naszych oczach toczy się walka dobra ze złem. Jednak współczesny człowiek nie wierzy w istnienie zła i w zasadzie nie ma możliwości przekonać go do zmiany poglądów na ten temat.

W racjonalny sposób można bowiem zaprzeczyć nawet istnieniu Księżyca. Tym bardziej racjonalnym jest zaprzeczanie istnieniu zła. W obu tych sytuacjach racjonalna postawa nie jest tożsama z postawą rozsądną.

Dlaczego sądzimy, że Księżyc istnieje? Bo go obserwujemy? To nie jest wystarczający argument. Na co dzień widujemy wiele rzeczy, istnienia których nie akceptujemy. Choćby oglądając programy telewizyjne.

Jeśli nie obserwacja, to co innego skłania nas do przyznania, że rzeczy istnieją? Przyjmujemy istnienie Księżyca, bo to wyjaśnia nie tylko nasze naoczne obserwacje, ale też pasuje do teorii które przyjęliśmy za prawdziwe. Wbrew pozorom stworzenie teorii wykluczającej istnienie Księżyca nie byłoby czymś szczególnie trudnym. Do obecnych teorii trzeba by nanieść tylko pewne poprawki. Na przykład równania opisujące ruch fotonów przestałyby być jednakowe w całym Wszechświecie (przecież i tak nie jesteśmy pewni, czy takie są), ale im bliżej pewnego miejsca z pobliżu Ziemi, tym bardziej następowałoby odchylenie od normy. Powszechne prawo ciążenia także wymaga drobnej korekty. Itd… itp…

Kiedy już dokonamy wszystkich tych poprawek – nasz świat stanie się bardzo skomplikowany, a nam pozostanie refleksja: a nie prościej jest przyjąć, że jednak Księżyc istnieje?

Podobną metodę stosuje bohater popularnego serialu „Doktor House”. Genialny lekarz diagnosta rozwiązując medyczne zagadki, szuka choroby, która może wyjaśnić wszystkie zaobserwowane objawy. Często postawieniu hipotezy towarzyszy uwaga: to tłumaczy wszystko.

Przyjmujemy zatem istnienie bytów, których wprowadzenie coś wyjaśnia. Odrzucamy natomiast byty, których istnienie nie jest potrzebne dla zrozumienia świata. Kiedy na przykład fizycy zaakceptowali teorię względności nie powiedzieli: eter w którym – jak dotąd sądziliśmy porusza się światło - nie ma żadnego związku z poruszaniem się fotonów. Eter stał się zbędny, więc uznano, że nie istnieje. Taka metoda postępowania nazywa się „brzytwą Ockhama” i jest uznawana za jedno z najważniejszych reguł postępowania naukowców.

Przykazanie miłości bliźniego obowiązuje chrześcijan także w polityce – krajowej i zagranicznej. Oczywiście dotyczy też problemu zbrojeń i prowadzenia wojen. Czy chrześcijanin może prowadzić wojnę?

Czy wolno zabijać w obronie Ojczyzny?

Problem wbrew pozorom nie jest prosty i samo przywołanie koncepcji wojen sprawiedliwych nie wystarczy, by go zrozumieć. Koncepcja wojen sprawiedliwych opiera się na prawie do obrony, którą Jan Paweł II objaśnia następująco (encyklika Evangelium Viate): nikt zatem nie może wyrzec się prawa do obrony własnej tylko dlatego, że nie dość miłuje życie lub samego siebie. Jednocześnie to prawo obrony nie ma charakteru absolutnego; człowiek może na mocy „heroicznej miłości” zrezygnować z niego.

Można więc kochać bliźniego i go zabić. Od żołnierzy wręcz oczekujemy gotowości do takich działań. Właśnie przykład służby wojskowej Jan Paweł II przywołał we wstępie do swojej książki o miłości zatytułowanej „Miłość i odpowiedzialność”. Nie ma miłości chrześcijańskiej bez odpowiedzialności za kochane osoby.

Polski obyczaj wspominania zmarłych jest okazją do refleksji nad nieśmiertelną duszą. Wiara w to, że posiadamy nieśmiertelną duszę jest w Polsce powszechna(60%). Także 20% ateistów wierzy w istnienie duszy. Pogląd ten nie jest bowiem wyłącznie chrześcijański lub żydowski. Był on częścią filozofii Platona (kilkaset lat przed Chrystusem), dla którego rzeczy były tylko obrazem idei (idealizm, jaskinia Platona). Pomimo tego, że koncepcja Platona wydaje się trudna do przyjęcia, platoński idealizm przetrwał do naszych czasów i ma się dobrze. Nie powiodły się próby ugruntowania matematyki w świecie realnym, gdyż bez akceptacji bytów abstrakcyjnych (idei) nie da się udowodnić niektórych twierdzeń. Idealizm daje się też łatwo uzgodnić z mechaniką kwantową. Idąc tym tropem amerykański naukowiec Rober Lanza dowodzi istnienia nieśmiertelnego życia w książce „Biocentryzm: Jak życie i świadomość są kluczem do zrozumienia natury wszechświata”: świadomość istnieje poza ograniczeniami narzucanymi nam przez czas i przestrzeń.

Koncepcja duszy jest więc zarówno religijna jak i racjonalistyczna. Bez niej trudno wyjaśnić fakt, że człowiek nie jest „pustą tablicą” (tabula rasa), ale posiada wrodzone predyspozycje (w tym moralne – zob. anamneza). Było to czasem wykorzystywane do uzasadnienia tezy, że chrześcijańska wiara w duszę jest „pogańską naleciałością” (w różnych tłumaczeniach Biblii pojawiające się słowo „dusza” zamieniano na „życie”).

Czy istnieją jakieś doświadczenia potwierdzające istnienie duszy?

Przeżycia ludzi w stanie śmierci klinicznej są silną przesłanką. Można je tłumaczyć jakimiś związanymi z agonią procesami w mózgu, ale jak wyjaśnić to, że te przeżycia są tak bardzo podobne (białe światło – tunel). Warto też zwrócić uwagę na fakt, że zazwyczaj po takich przeżyciach religijność „naocznych świadków” znacznie wzrasta. Najciekawszym przypadkiem jest relacja człowieka, który nie żył przez 45 minut. Medycyna w żaden sposób nie wyjaśnia, jak mógł on ożyć: https://www.youtube.com/watch?t=352&v=3TL6MGourEU

Czy problem uchodźców burzy mit polskiej solidarności? Problem jest o wiele głębszy. Naturalną dla człowieka potrzebę pomagania bliźnim realizujemy głównie w obrębie rodzin i wspólnot. Polacy potrafią być hojni. Przekonałem się o tym niedawno, inicjując zbiórkę internetową na wózek elektryczny dla mojej koleżanki z czasów studenckich, która zmaga się z chorobą neurologiczną (coś podobnego do stwardnienia rozsianego). Skutkiem tej choroby jest powolna utrata panowania nad swoim ciałem. Wózek elektryczny pozwala na złagodzenie skutków tego procesu. Udało się w miesiąc czasu zebrać ponad 20tys PLN. Przy okazji raz jeszcze dziękuję za wielką hojność. Większość wpłat była całkowicie anonimowa, ale jak sądzę udział wzięli głównie ludzie z kręgu znajomych. Jest rzeczą całkowicie naturalną, że chętniej pomagamy ludziom z którymi coś nas łączy. Nie jesteśmy przecież w stanie pomóc wszystkim. Problem przed jakim stoją obecnie Niemcy wynikł zapewne między innymi z tego, że w ich państwie dobrobytu można było sądzić inaczej.

Pomaganie powinnością chrześcijanina?

Pomaganie jako czyn szlachetny powinno rodzić dobro, a nie zło. Tak się dzieje, gdy pomocą zajmują się ludzie, a nie państwo. Wtedy pomoc jest oparta na relacjach osobowych. Jednak postawy altruizmu były w Polsce niszczone przez liberalizm. Przetrwały w oazach, jakimi są na przykład zakony. Zakonnice, które poświęcają całe swoje życie na pomaganie innym. Jednak to nie jest „pogotowie pomocowe” - i jest ich zbyt mało, aby mogły zastąpić działania zwykłych ludzi.

Potrzebne jest autentyczne zaangażowanie, a nie zabawa w pomaganie. Takiemu wielkiemu problemowi, jak zalew imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki – żadna „świąteczna orkiestra” nie sprosta.

Zaangażowanie Polaków można osiągnąć, odwołując się do ich religii. Ewangelia to przecież wezwanie do miłości bliźniego. W Ewangelii można jednak znaleźć też fragmenty, w których Chrystus odmawia pomocy. Tak jest w przypadku spotkania z kobietą kananejską, do której Jezus mówi: „Nie należy odbierać chleba dzieciom i rzucać szczeniętom”. Kobieta jednak nie ustępuje („Tak Panie, ale nawet szczenięta żywią się okruchami, które spadają ze stołu ich panów”) i jej prośby zostają wysłuchane.

Jeśli przyrównany tą sytuację z „kwotowaniem uchodźców”, od razu widać, co tu nie gra. Czegoś brakuje. Czego? Prośby o pomoc. Niemcy najwyraźniej doszli do wniosku, że nie po to łożą pieniądze na Unię Europejską, by musieli o coś prosić.

Dobry czyn, jakim jest bez wątpienia pomaganie innym nie powinien rodzić zła. Tymczasem dyktat UE trudno odbierać inaczej, niż jako gwałt na naszej wolności.

 

Jerzy Wawro, 11-09-2015

Donald Tusk miał jedną mądrą wypowiedź w czasie swojego premierowania. Może miał ich więcej – ale nawet ta jedna pozostała niezauważone. Nikt od niego mądrości nie oczekiwał (zwolennikom wystarczało, że nie był Kaczyńskim), więc jako człek leniwy kierował się sprytem, a nie mądrością. Spryt wystarczał do sprawowania władzy. W pewnym okresie rządów liberałowie chcieli go nakłonić do „reformowania”. „Rzeczpospolita” publikowała zestawienia z których wynikało, że ilość generowanego prawa jest mała w porównaniu z poprzednikami (stosowanie takich kryteriów świadczy o mentalności tych propagandystów). Tusk zbywał żądania kolejnej reformy stwierdzeniem: a co – niedawne reformy złe były? To mu zapewniało spokój, bo przecież „reformy” dla pismaków zawsze są dobre (jest o czym pisać). Ale to stwierdzenie kryje w sobie ważną mądrość: lepiej minimalizować swoje działania, niż robić coś źle. Dlatego zanim zacznie się postulować jakieś reformy trzeba naprawdę głęboko zastanowić się nad ich sensem – i to nie tylko w odniesieniu do obszaru reform, ale biorąc pod uwagę fundamentalne zasady. Takie zasady są dwie i obie są przez partie ignorowane lub stosowane na odwrót (dlatego Paweł Kukiz ma dużo racji, krytykując partyjne programy).

Obecne wybory prezydenckie są w Polsce wyjątkowo ważne i wyjątkowo trudne. Trudność polega na tym, że żaden z kandydatów nie reprezentuje wartości, jakie przez lata stanowiły fundament politycznego konsensusu.

W czasach PRL ukształtował się podział społeczeństwa na rządzących („oni”) i rządzonych (”my”). Po roku 1989 nastąpiło rozszerzenie „onych” o „styropianową elitę”. Polska pod ich kierunkiem zaczęła realizować politykę półkolonii (jak to ujął Jarosław Kaczyński: kondominium obcych sił politycznych). Polacy generalnie akceptują taki stan rzeczy, o czym świadczą dobitnie kolejne wybory, oraz pozycja społeczna takich osób jak Balcerowicz, Buzek i Tusk.

Wybór Polaków nie był zupełnie irracjonalny. Podobnie jak w czasach rzymskich, utrata suwerenności wiązała się z przyjęciem pewnych reguł cywilizacyjnych „zachodu”.

Mickiewicz pisał kiedyś „lepszy w wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”. Ale w jego czasach przysmaki nie były na tyle atrakcyjne, by stanowić silną pokusę. Nie było idei państwa dobrobytu, europejskich funduszy i europejskich wartości.

Niestety przystąpienie Polski do UE, które miało zwieńczyć naszą integrację z „zachodem” zbiegło się w czasie z degeneracją tegoż zachodu. Najpierw w kont poszła idea państwa dobrobytu, która została zastąpiona ideą państwa efektywnego, zdolnego konkurować na rynku globalnym. Zaciera się różnica między państwami a korporacjami, a te drugie zyskują coraz silniejszą pozycję. Zmianę zasad wytłumaczono nam jako dziejową konieczność państwa na dorobku. Polskie dzieci muszą głodować, a Polacy pracować ciężej, dłużej i za niższe wynagrodzenie, niż ich koledzy zza Odry, bo jesteśmy państwem na dorobku. Jak to wymyślił Milton Friedman (ten to miał zdolności do teoretycznego uzasadnienia każdej użytecznej bredni): mamy stosować takie zasady, jakie „zachód” stosował na naszym etapie rozwoju. Nawiasem mówiąc wojna na Ukrainie zgodnie z teoryjką Friedmana to coś zupełnie naturalnego – najwyraźniej ten kraj cofnął się się w rozwoju do lat 40-tych XX wieku.

 

Nasze wojownicze „elity” zdają się marzyć o wojnie z Rosją. A że trwa kampania wyborcza, pojawiają się pomysły jak taką wojnę wygrać. Nawet polscy politycy, zdają sobie sprawę z tego, że starcie polskiej armii z rosyjską skończyłoby się szybciej, niż NATO zdołałoby się zebrać i zastanowić, czy i jak nam pomóc. Pojawiają się więc różne pomysły jak wygrać wojnę bez armii.

Najbliższa realizacji jest współczesna wersja planu Konrada Mazowieckiego. Teraz w miejsce Krzyżaków ma to być pluton Rambo wyposażony w zabawki wprost z filmu o Bondzie. Dla wzmocnienia motywacji Amerykańskich obrońców, proponuje się podpisanie TTIP. Czyli traktatu, który Jeffrey Sachs scharakteryzował następująco: większy nacisk kładzie się nie na międzypaństwowe porozumienia i umowy handlowe, lecz interesy korporacji i firm, nie zwracając przy tym uwagi na skutki uboczne tych umów, w tym ważne ekologiczne czy klimatyczne. Mamy więc oddać naszą gospodarkę Amerykańskim korporacjom – licząc na to, że USA będzie bronić ich własności. Problem w tym, że ta „nasza gospodarka” nie jest już nasza, a trudne do przeniesienia aktywa należą w większości do Niemców (Niemcy zaś z Rosją na pewno się dogadają). Ta strategia wygląda więc na tak samo poważną, jak pomysł oddania Putinowi Sosnowca (w tym wypadku przynajmniej nie ma wątpliwości, że chodzi o dowcip):

Z uwagi na to, że w PRL'u w wielu dziedzinach można było awansować „po linii partyjnej”, możemy obecnie spotkać zwyczajnych głupków nawet z profesorskimi tytułami.

Mógłby to być fascynujący materiał dla socjologicznych badań (gdyby nie to, że skażenie głupotą socjologii jest wyjątkowo duże). Czy sprawność intelektualna człowieka zależy od środowiska w jakim on przebywa? Wydaje się oczywiste, że w środowisku akademickim umysł człowieka się rozwija, a w dżungli wiotczeje. Czy jednak z idioty można zrobić intelektualistę? Obserwując wyczyny polskich „elit”, można postawić hipotezę, że w pewnym sensie tak!

Można mianowicie nauczyć każdego posługiwania się tak zwanym „językiem wypracowanym” (zob. Mirosława Marody „Technologie Intelektu”). Umiejętność stosowania specjalistycznych terminów często wystarcza dla ukrycia intelektualnej nieporadności. Dla przykładu w trakcie wczorajszego posiedzenia jednej z senackich komisji (w sprawie "genderowej" konwencji), poruszono problem przekładu konwencji na język polski. Przedstawiciel rządu przyznał, że przekład może zostać „doprecyzowany” już po przyjęciu konwencji. Zrobił przy tej okazji senatorom mini-wykład pełen terminów takich jak „przekład idiomatyczny”. Trzeba być idiotą, aby nie rozumieć obaw senatorów, którzy chcą wiedzieć nad czym tak naprawdę debatują. Istnieje zasadnicza różnica między przekładem dzieła literackiego, a przekładem aktu prawnego, który ma zostać adoptowany do naszego prawa. A jednak ten (i nie tylko ten) jawny gwałt na intelekcie nie spotkał się z żadną reakcją. Paradoksem pozostaje to, że w obronie ofiar przemocy ideolodzy dopuszczają się tak jawnej przemocy wobec milionów normalnych ludzi.

Starcia tak zwanego zachodu (czyli z grubsza rzecz biorąc: cywilizacji europejskiej) z Rosją wygrać nie można. Nie z powodu swojej militarnej, gospodarczej lub politycznej słabości – bo przecież w każdym z tych aspektów "zachód" góruje nad Rosją.

Powodem zasadniczym jest kryzys cywilizacyjny.

Cywilizacja ta rozwija się poprzez ciągłe napięcie między racjonalizmem a mistycyzmem. Od czasów Oświecenia triumfował racjonalizm, który pod koniec wieku XX doprowadził do niebywałego rozwoju nauki i techniki. Wielu myślicieli uważa, że nastąpiło wskutek tego zbytnie wyjałowienie społeczeństw z mistycyzmu. Społeczeństwa te są zorganizowane zbyt formalistycznie, a więzy między ludźmi zbyt słabe.

Widoczny jest kryzys cywilizacji, z którym wiąże się ciągła groźba nowego Wielkiego Kryzysu Ekonomicznego, oraz brak jasnej, jednoczącej wizji rozwoju. Kryzys ukraiński pojawił się w bardzo trudnym momencie. Bardziej trudnym dla Europy niż dla Rosji. Wojna ekonomiczna przeciw Rosji spowodowała wyjście ludzi na ulicę – tak jak przewidywano. Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że będą to polskie ulice....

To nieprawda, że społeczeństwa i narody nie mają cech charakterystycznych. Pewne wartości są w społeczeństwie pielęgnowane i przekazywane z pokolenia na pokolenie. Na przykład Anglosasi pielęgnują w sobie poczucie wyższości i to determinuje ich stosunek do świata. Z pewnością niektórzy z nich są nawet zakompleksieni. Jednak to ludzie butni i aroganccy są tam promowani i zdobywają władzę.

Z kolei o mieszkańcach „kraju nad Wisłą” nie bez przyczyny mówi się, że mają rzewną „słowiańską duszę”, oraz - że deklarują przywiązanie do katolicyzmu. Ta druga cecha jest już zresztą trochę nieaktualna, gdyż teraz naród zamiast miłować bliźnich, kocha nienawidzić „ruskich” i być jak „Charlie Hebdo”.

Jeśli ktoś sądzi, że zmierzam do wytykania swoim rodakom zdradę ideałów, to się głęboko myli. Po pierwsze bowiem porzucanie ideałów to pewien proces, który musi potrwać, a po drugie to odrzucenie dziedzictwa jest jedynie wstępem (choć zapewne też warunkiem koniecznym) do prawdziwej zdrady. Nie takiej powstałej wskutek strachu lub zwiedzenia podstępem (nie będzie tu mowy o żadnych „Bolkach” ani o agentach wpływu). Prawdziwa zdrada, to w pełni świadoma „zdrada stanu” . Tylko taka zdrada może bowiem zawsze liczyć na zrozumienie Polaków. Przynajmniej od czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego, masona sprzedawczyka i męskiej dziwki na usługach carycy. Chyba każdy Polak zaliczył już w podstawówce ćwiczenie przyswajania jego zdrady (bo to postać co najwyżej „tragiczna” i „kontrowersyjna”). Gdy nasza historia zatoczyła koło i ćwiczyliśmy „kontrowersyjność” innego zdrajcy - generała Jaruzelskiego, Jarosław Marek Rymkiewicz napisał książkę pod tytułem „Wieszanie” opisującą próbę odrzucenia naszej narodowej tolerancji dla zdrajców w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej. Próbę niestety nie udaną.

Arystoteles uważał, że człowiek rodzi się z „czystym umysłem” („tabula rasa”), który wypełniamy wiedzą w trakcie życia, poprzez zdobywanie wiedzy i doświadczenia. Taki pogląd można uznać za najbardziej skrajne stanowisko w sporze o ludzką naturę. Spór ten toczy się przez wieki na wielu płaszczyznach:

  • Czy istnieje natura ludzka wynikająca z biologicznych uwarunkowań, czy też człowiek może być dowolnie kształtowany w procesie socjalizacji?

  • Czy w naszym umyśle istnieją wbudowane idee lub predyspozycje (na przykład kompetencje językowe), czy też – jak twierdzą empiryści – źródłem wszelkich idei jest doświaczenie?

  • Spór o naturę umysłu: czy pojawienie się świadomego myślenia można wyjaśnić procesem ewolucji mózgu, czy też istnieje niezależny od ciała umysł lub dusza?

  • Czy normy etyczne mają „naturalne” wyjaśnienie? Czy z faktów mogą wynikać powinności? Czy można wyprowadzić normy etyczne z opisu rzeczywistości? Czy – na przykład – samo przyjęcie istnienia dobra do czegoś nas zobowiązuje?

To nie są „spory akademickie”, gdyż określone stanowiska w tym sporze były w historii źródłem wielu tragedii. Także współcześnie wiele toczących się sporów można by rozstrzygnąć na gruncie filozoficznym. Jeśli się tego unika, to być może ze strachu, by znów nie zostać zwiedzinym na manowce przez błędne idee, które wydają się mieć mocne podstawy naukowe. Chcemy wierzyć, że wszyscy ludzie są równi – nawet jeśli uwarunkowania biologiczne są naturalnym czynnikiem różnicującym. Zakładamy posiadanie wolnej woli, która pozwala na panowanie nad „zwierzęcą naturą” człowieka. Ufamy w to, że religia i kultura nadają sens naszemu życiu, nawet jeśli trudno nam na gruncie nauki wyjaśnić ich powstawanie.

Do niedawna wydawało się, że przynajmniej w Europie osiągnięto taki konsensus, pozostawiając akademickie spory filozofom. Powracające pytania w rodzaju: „Czy skoro nasze geny bezpośrednio rzutują na nasze zachowanie to zwalnia to nas z odpowiedzialności moralnej za czyny, które popełniliśmy?” można było w praktyce ignorować. Jednak niezwykła kariera pojęcia „płci kulturowej” (gender) uświadamiła nam, że europejska kultura porzucając chrześcijaństwo, pozbawiła się mocnego uzasadnienia wyznawanych wartości.

Jest czas pokoju i czas wojny....

W czasie wojny komunikacja między ludźmi i narodami nie zanika. Staje się nawet bardziej intensywna. Zmienia tylko swój charakter. W czasie pokoju konflikty rozwiązuje się szukając kompromisu drogą dialogu. Tam gdzie kończy się dialog zaczyna się wojna. Wojna XXI wieku toczy się przede wszystkim w sferze informacji. Informacja służy mobilizacji społeczeństw i kształtowaniu nienawistnego obrazu wroga.

Mędrcy tego świata podsumowują kończący się rok, przypominając wiele istotnych wydarzeń. Mało kto zwraca uwagę na wydarzenie absolutnie wyjątkowe: wystąpienie Prezydenta Obamy, w którym na nowo zdefiniował przywódctwo USA. Była to odpowiedź na dyplomatyczne zabiegi Iranu, który próbował wykorzystać trudną sytuację na Bliskim Wschodzie do „resetu” w stosunkach z USA. Odpowiedź Obamy była arogancka. To Stany Zjednoczone mają najpotężniejszą armię i tylko to państwo jest w stanie zmierzyć się z zagrożeniami dla pokoju.

Zupełnie innego zdania są Rosjanie, którzy widzą w USA główne zagrożenie dla pokoju na świecie. Ich obawy mogą być zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę nie skrywane marzenie wielu polityków zachodu, aby Rosja rozpadła się jak niegdyś ZSRR.

Mamy dwa punkty widzenia, ale nie ma nawet próby porozumienia. Powstała w czasach zimnej wojny gorąca linia między Moskwą i Waszyngtonem pozostaje dzisiaj zimna.

Dlaczego?

Bo jeśli dialog zastąpimy jednostronnymi komunikatami, mamy dużo więcej swobody w kształtowaniu przekazu. Niestety także przekazu kłamliwego.

Niewielka frekwencja na marszu 13 grudnia stała się powodem frustracji niektórych uczestników. Można by rzec, że ten problem z mobilizacją jest jedynie problemem złej strategii partii i jej prezesa, gdyby nie kolejna histeria naszych „elit”. Manipulowanie polskim społeczeństwem wydaje się coraz łatwiejsze i coraz głupsze pseudo-argumenty do tego wystarczają. W demokratycznym państwie każdy może wyrażać swoje niezadowolenie w przewidziany prawem sposób: gdzie chce i kiedy chce. Tymczasem w Polsce musi się liczyć z tym, że zostanie obszczekany przez „elitę”, bo „zawłaszcza” sobie jakąś datę. To tak głupie, że nawet komentowanie tego jest żenujące. A jednak „elita” ocenia, że takie właśnie argumenty wyznaczają poziom naszego społeczeństwa i wiele wskazuje na to, że ma rację.

Krótka odpowiedź chrześcijanina na tytułowe pytanie musi brzmieć: NIE. Należy jednak przy tym poczynić pewne zastrzeżenia. Trudniejsze od samego pytania jest zagadnienie „osądzania”. Wszak Chrystus przestrzegał: nie osądzajcie, a nie będziecie osądzeni. To zagadnienie jest bardzo trudne – zwłaszcza w Polsce. Nie tylko z powodu wielu nie rozliczonych krzywd, ale przede wszystkim – szerzącej się „michnikowszczyzny”, która zabrania osądzania postaw.

Zakaz Chrystusa nie dotyczy jednak sądów dotyczących postaw. Wręcz przeciwnie. Nie tylko sam Chrystus stanowczo osądzał różne postawy, ale i zachęcał do tego uczniów (jeśli nawet Kościoła nie posłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik [Mt 18]). Jeśli przyjmiemy personalistyczny punkt widzenia, nie ma w tym żadnej niekonsekwencji. Dynamizm rozwoju człowieka-osoby, zakłada prawo do błądzenia. Nie możemy więc z całą pewnością powiedzieć, że jakiś człowiek zostanie potępiony. Możemy jednak sądzić, że jego zbawienie wymaga zmiany postawy.

Weźmy jaskrawy przykład żołnierzy Hitlera. Zdarzały się wśród nich przypadki nawet heroiczne – gdy pojedyncze osoby wybierały własną śmierć, nie godząc się na postępowanie niezgodne z własnym sumieniem. Możemy jednak mówić o tym, że to była organizacja zbrodnicza, a służenie jej z oddaniem zasługiwało – w świetle Ewangelii – na wieczne potępienie. Nie może być przy tym mowy o usprawiedliwieniu z powodu braku zrozumienia, lub ślepego posłuszeństwa. Nie bez przyczyny głupota jest według Ewangelii ciężkim przewinieniem.

Analogiczna sytuacja występuje w przypadku ekonomistów – choć oni nie tworzą jednolitej struktury zła. Bycie ekonomistą nie jest samo w sobie moralnie naganne (tak jak na przykład bycie prostytutką). Jednak oddanie czynieniu zła jest wśród ekonomistów tak powszechne i tak bezgraniczne, że nie powinniśmy się wahać przed formułowaniem stanowczych ocen. Nawet jeśli można się z tego powodu spodziewać różnych przykrości. Obserwowana reakcja ekonomistów na krytykę jest zresztą dość znamienna. Jeśli chodzi o ocenę etyczną opartą o religijny system wartości, to rozsądne byłoby liczyć na jedną z dwóch postaw: jeśli naszą opinię skierujemy ku osobom nie wierzącym w Chrystusa (o co na podstawie ich czynów można podejrzewać większość ekonomistów), to powinniśmy spotkać się z obojętnością. W przypadku chrześcijan należałoby spodziewać się przynajmniej chwili refleksji (wszak chodzi o duszę!). Tymczasem ekonomistów rozpiera pycha: co mi tu będziecie wyjeżdżać z jakimiś teoryjkami. To my wiemy i rozumiemy. Czytaliśmy Smitha i Friedmana. A jeśli ktoś ma wątpliwości, to jest ignorantem i/lub tępym komuchem. Dla większości ludzi objawem opętania są nieludzkie wrzaski, miotanie przekleństw i strach przed symbolami wiary. W mądrych księgach dotyczących duchowości można jednak znaleźć wiele argumentów za tym, że to właśnie pycha stanowi najskuteczniejszą broń szatana i jej należy się obawiać najbardziej.

 Większość ludzi żyjących dłużej na tym świecie ma swoje wstydliwe sekrety. Sekrety niektórych mają znaczenie społeczne. Na przykład może to być uwikłanie we współpracę z tajnymi służbami. Większość ludzi potrafi w sposób racjonalny uporządkować tego typu problemy od tych, które są wyłącznie sprawą sumienia „winowajcy” do tych, które powinny być ujawnione i osądzone.

Polskie pseudoelity, wśród których pełno jest ludzi uwikłanych w jakieś formy współpracy z SB, zrobiły wszystko co możliwe, aby w społeczeństwie zabić tą naturalną zdolność rozróżnienia czynów szlachetnych od nagannych i podłych. Nieoceniony pod tym względem Michnik głosił, że nie ma możliwości obiektywnego ocenienia tego rodzaju czynów. Rekcją na michnikowszczyznę było budowanie klanu ludzi niezłomnych, do których zalicza się Antoni Macierewicz i jeszcze parę osób – znienawidzonych przez większość za swe poczucie wyższości i skłonności właściwe komisarzom ludowym.

No i teraz jest problem, bo człowiek niezmiernie szanowany przez sympatyków klanu niezłomnych – profesor Witold Kierżun - okazał się agentem. Redakcja tygodnika „Do Rzeczy” uznała, że należy to ogłosić całemu światu. Dlaczego akurat teraz i akurat ten przypadek? Możliwą odpowiedź można znaleźć w relacji jednego z dziennikarzy. Ma to być mianowicie część „polemiki” dotyczącej Powstania Warszawskiego, którego Profesor jest zaciekłym obrońcą. Profesor Kierżun „winny” jest także tego, że jest surowym krytykiem neoliberalizmu (napisał głośną książkę o patologiach polskiej transformacji, którą udało się polskiej pseudoelicie nie zauważyć).

Dyskusja, która rozgorzała w wielu środowiskach po publikacji „Do Rzeczy” budzi przerażenie. Winy profesora stały się sprawą narodową. Byłoby to głęboko zasadne, gdyby te winy miały związek z jego poglądami, dotyczącymi kwestii dla społeczeństwa żywotnych. Neoliberalizm okazuje się jednak odporny na krytykę (jego wyznawcy głoszą tolerancję i zrozumienie dla odmiennych poglądów i bezrefleksyjnie robią swoje). Natomiast spór o Powstanie Warszawskie we współczesnej Polsce jest nieuprawniony. Jego sens sprowadza się bowiem do ofiary na ołtarzu Niepodległej Polski. Aby ten spór był sensowny, należałoby się wpierw upewnić, czy pojęcie „Niepodległa Polska” nie jest semantycznie puste. Wystarczy włączyć na chwilę polską telewizję, by się przekonać, że dla pseudoelity to tylko „kamieni kupa”. Ubolewanie tej hołoty nad tym, że nie jesteśmy jeszcze zachodem jest tak obrzydliwe, że człowiek ma ochotę krzyczeć: spuść pan panie Putin wreszcie ta bomba......

Podkategorie