Do takich wniosków można dojść po lekturze tekstu Sławomira Cenckiewiczazatytułowanego „Antypapieże XXI wieku”. Co prawda ilustracja pokazuje dwóch Papieży: Benedykta XVI i Franciszka, ale głównym oskarżonym jest Jan Paweł II: By się przekonać, z jakich źródeł czerpie swoje pomysły grupa Franciszka i kardynała Waltera Kaspera, wystarczy raz jeszcze przyjrzeć się tańcom liturgicznym półnagich uczestników mszy papieskich, prześledzić historię wprowadzania komunii świętej udzielanej na rękę, przestudiować dyrektoria ekumeniczne. Wystarczy prześledzić dorobek różnorakich komisji międzyreligijnych […]. Nie mówiąc już o spotkaniu religii w Asyżu w 1986 r., które dla wielu katolików było prawdziwym wstrząsem.

Tekst Cenckiewicza był jednym z trzech tekstów dotyczących Kościoła, które w ostatni weekend opublikowała „Rzeczpospolita”. To swoiste rekolekcje przedadwentowe. Zaczynają się od wywiadu z Antonio Socci, pisarzem katolickim, ostro krytykującym Papieża Franciszka. Ta krytyka nie jest nowa – pisał o niej rok temu Grzegorz Górny. Jednak wywiad w „Rzeczpospolitej” jest pozbawiony wątpliwości i brzmi nieomal jak prawda objawiona. Potem następuje wspomniany tekst Cenckiewicza. Dzieło wieńczy Tomasz Krzyżak wieszczący kryzys w polskim Kościele.

Czy można wygrać wojnę, gdy zabijanie wroga powoduje radykalizację postaw opartych na religijnym fanatyzmie i poczuciu krzywdy? Pogarda dla życia i terrorystyczne metody walki sprawiają, że póki istnieje choć jeden gotowy zabijać muzułmanin, trudno będzie mówić o zwycięstwie. Czy zatem sprawa jest beznadziejna?

Aby w ogóle mówić o szansach na zwycięstwo, należy zrozumieć jakie są cele stron konfliktu. Wojny kończą się wtedy, gdy strona zwycięska osiąga założone cele, a przegrani tracą możliwości lub sens prowadzenia walki. Obecna wojna nie różni się pod tym względem od innych. Tyle, że sytuacja jest trochę bardziej zagmatwana.

Zazwyczaj wojny prowadzą do polaryzacji i powstania dwóch wrogich obozów. To jednak jedynie przedstawienie. W tle nowożytnych wojen zawsze były ukryte cele i motywy ośrodków, które nie były bezpośrednio zaangażowane w walce. Song Hongbing w słynnej książce „Wojna o pieniądz” przytacza opinię seniorki rodu Rothschildów Gutle Schnaper, która tuż przed śmiercią powiedziała: „Gdyby moi synowe nie chcieli wojen, nie byłoby nikogo, kto by je kochał”.

Chiński ekonomista zauważa przy tej okazji: Planowanie i wspieranie konfliktów zbrojnych leży w fundamentalnym interesie bankierów - i nie inaczej jest w przypadku Rothschildów. Poczynając od rewolucji francuskiej aż do I wojny światowej, przez wszystkie nowożytne konflikty zbrojne, na zapleczu zmagań wojennych prawie zawsze pojawia się ich cień.

W innym miejscu pisze: Wojna oznacza wydawanie pieniędzy: im jest większa, tym więcej kosztuje. Oto prawda znana każdemu. Pytanie brzmi: kto wydaje czyje pieniądze? Z uwagi na brak prawa do emisji pieniądza, rządy w Europie i Ameryce zmuszone są do zaciągania pożyczek u bankierów. Wojna konsumuje dobra i materiały z szybkością płomienia. Wojna prowadzi do sytuacji, w której rząd, bez względu na koszty, nie negocjując warunków, zwraca się do bankierów po finansową pomoc. Nie dziwi więc fakt, że bankierzy tak kochają wojny - planują je, podżegają do nich i finansowo je wspierają. Oszałamiające i oświetlone biurowce banków od zawsze wznoszone były na gruzach, śmierci i chaosie.

Donald Trump, który ma największe szanse na zwycięstwo w prawyborach z ramienia republikanów w USA, po atakach terrorystycznych w Paryżu opowiedział się za zbudowaniem bazy danych pozwalającej rejestrować i śledzić miejsce pobytu wszystkich amerykańskich muzułmanów. Opowiedział się także za tym, aby uzależnić traktowanie uchodźców z Syrii od wyznawanej religii. Amerykańscy muzułmanie są oburzeni tymi aktami „islamofobii” i propozycjami ograniczania swobód obywatelskich.

1. W Europie takie rejestrowanie wybranych grup ludzi przywodzi na myśl czasy wojny i antysemicką politykę Niemiec. Jednak w USA nie robi problemów z tym, że analogicznie rejestruje się i śledzi pedofilów. Czy jednak zrównanie wyznawców islamu z potencjalnymi terrorystami nie spowoduje z jednej strony radykalizacji postaw, a z drugiej groźby pogromów? W USA żyje kilka milionów muzułmanów (około 2 mln praktykujących). Jest to więc z jednej strony problem bardzo poważny, a z drugiej nie stanowią oni siły politycznej zdolnej przesądzić o wynikach wyborów.

2. Polska ma doświadczenia z podobną sytuacją, gdy trwały walki z terrorystami (jakby ich dzisiaj nazwano) z UPA. Ich koniec nastąpił, gdy w ramach akcji Wisła przesiedlono większość ludności narodowości ukraińskiej. To oczywiście było dużo bardziej dolegliwą szykaną, ale komuniści się tym nie przejmowali.

3. Najmniej wątpliwości budzi segregacja uchodźców według religii. Taka segregacja ma bowiem już miejsce i wystarczy przyjąć do wiadomości oczywisty fakt: to chrześcijanom grozi śmierć z ręki islamistów, a nie odwrotnie. W czasie nowego ataku terrorystów - na hotel w Mali - zakładnicy którzy potrafili zacytować wersety Koranu zostali uwolnieni.

 

 

Religie były od najdawniejszych czasów wykorzystywane jako siła mobilizująca. Gdyby dzisiejsi fanatycy w Syrii i Iraku byli chrześcijanami lub żydami, mogliby zamiast wersetów Koranu cytować Biblię, Na przykład „Księga Powtórzonego Prawa” (7,1-2): Gdy Pan, Bóg twój, wprowadzi cię do ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść, usunie liczne narody przed tobą: Chetytów, Girgaszytów, Amorytów, Kananejczyków, Peryzzytów, Chiwwitów i Jebusytów: siedem narodów liczniejszych i potężniejszych od ciebie. Pan, Bóg twój, odda je tobie, a ty je wytępisz, obłożysz je klątwą, nie zawrzesz z nimi przymierza i nie okażesz im litości.  

Według Andrzeja Wójcika usprawiedliwieniem dla takiego postawienia sprawy jest zdanie: Do Boga, Stwórcy należy ziemia i On jest Tym, który ją odbiera narodom i nadaje w posiadanie. Uważa on, że osoby kwestionujące to „prawo właściciela” tak naprawdę buntują się przeciwko suwerenności Boga a także wykazują niezrozumienie nadrzędnej roli Boga nad mechanizmami determinującymi wielkość obszaru ziemi zajmowanego przez poszczególne narody!

Dalej Wójcik dowodzi, że pomimo okrucieństwa kampanii podbojów, prowadzonej przez Jozuego, wspierający Izrael Bóg nie przestał być Bogiem miłości: Wydanie klątwy i zniszczenie narodów Kanaanu było aktem miłości wszechwiedzącego Boga, który okazał im większe dobro, gdyż uchronił je od popełnienia większego zła. […] Nazwanie tego, czego Bóg dokonał w Kanaanie, brakiem miłości, jest niezrozumieniem prawdziwego, Bożego pojęcia miłości i oddzieleniem Jego miłości od sprawiedliwości i świętości. Miłość Boga nie może istnieć w oderwaniu od jego świętości i sprawiedliwości, ponieważ miłość bez sprawiedliwości jest ukochaniem bezprawia, natomiast miłość bez świętości jest ukochaniem grzechu!

Przedstawiona argumentacja jednak jest mało przekonująca, a momentami ociera się o herezję: „Równolegle do działań militarnych w Kanaanie toczyła się wojna duchowa. Zagłada przeklętych przez Boga narodów pokazała, że ich bogowie byli bożkami o mocy mniejszej niż Jahwe”.

Bożki jako symbole nie istniejących bóstw raczej nie mają żadnej mocy więc pisanie o „mniejszej mocy” jest bez sensu. Ważniejsze jest jednak to, że hipotezę „słusznej odpłaty” na której opiera się cała argumentacja odrzucił Jezus Chrystus: Myślicie, że owych osiemnastu, na których zawaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie (zob. Czy katastrofa jest karą od Boga). Skoro nie byli większymi winowajcami, to czemu zginęli? Czemu Jozue zabijał małe dzieci, których jedyną winą była przynależność do narodu objętego klątwą? Jahwe chciał ich ustrzec przed złym wychowaniem?

 

Zdecydowana większość Polaków uważa się za chrześcijan. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w boskość Chrystusa, to uznaje chrześcijański system wartości. Ponieważ do tego systemu odwołuje się polska Konstytucja, można nawet postawić tezę, że odrzucająca go niewielka mniejszość mieszkająca w Polsce to nie są Polacy (niezależnie od narodowości).

Skoro tak, to dlaczego podziały w polskim społeczeństwie są tak głębokie? Dlaczego wydają się one wręcz nie do przezwyciężenia, zaś przywołanie Ewangelii bardziej dzieli niż łączy. Bo upowszechniły się u nas dwie wersje Ewangelii. Jedna – ta oryginalna - jest bardziej popularna na południowym wschodzie kraju, zwanym czasem „ciemnogrodem”. Druga, którą można w pewnym uproszczeniu nazwać „Biblią według Michnika” jest powszechnie uznawana przez tak zwane „elity” z wielkich miast.

Teksty odczytywane z obu Ewangelii brzmią identycznie. W jednej i drugiej jest „nie zabijaj”, „miłuj bliźniego swego” i tak dalej. O ile jednak Chrystus stawia nam zadania, Michnik podaje gotowe rozwiązania. Na przykład obok słów Chrystusa o miłowaniu bliźniego można znaleźć pytanie: „kto jest moim bliźnim?”. U Michnika znajdujemy odpowiedź: bliźni to wszyscy ludzie. W świetle tego czymś zupełnie naturalnym staje się pijaństwo w Magdalence i postrzeganie komunistycznych zbrodniarzy jako „ludzi honoru”.

Biblia według Michnika to rodzaj kodeksu. Jeśli nie ma w nim wprost zapisanych (w punktach) rozwiązań dla wszystkich moralnych dylematów, to tylko z powodu ograniczonej objętości. Jednak na stawiane pytania zawsze istnieje prosta i jednoznaczna odpowiedź. Wystarczy zapytać Adama Michnika – on ją wskaże. Podobny walor (prosta odpowiedź na każde pytanie) ma ideologia komunistyczna (obecnie zastępowana przez ideologię „praw człowieka”) oraz liberalizm. Nie należy się dziwić, że Janusz Korwin-Mikke jako wyznawca liberalizmu też wie wszystko. Nie ma też nic dziwnego w tym, że z centrum Kościoła Praw Człowieka w Brukseli płyną ciągłe pouczenia i połajanki od ludzi, którzy wiedzą lepiej jak mamy żyć.

Chrześcijanin bardziej ufający Chrystusowi niż ludziom wie, że powinien przyjąć całe nauczanie Chrystusa, aby w każdej sytuacji móc postępować roztropnie. Roztropność (jedna z chrześcijańskich cnót kardynalnych) to właśnie umiejętność rozwiązywania moralnych dylematów w zgodzie z Ewangelią. Dla człowieka roztropnego zupełnie naturalną jest zasada ordo caritatis, przypomniana niedawno przez Jarosława Kaczyńskiego. Człowiek roztropny potrafi także pogodzić miłość bliźniego z koniecznością zabijania wrogów na wojnie.

Brak roztropności jaka cechuje wyznawców „Biblii gotowych odpowiedzi”, można wprost nazwać głupotą (vide ewangeliczna przypowieść o pannach mądrych i głupich). Taka głupota jest ciężkim grzechem - piętnowanym przez Chrystusa. Naturalną konsekwencją tej głupoty jest uznanie ograniczoności stosowania Ewangelii (bo jak inaczej wyjaśnić brak gotowych recept). Stąd rodzi się przekonanie, że moralność nie obowiązuje w biznesie lub polityce (zob. idiotyczne hybrydy konserwatywno-liberalne).

Powszechność wyznawania michnikowej wersji Ewangelii nie wynika z tego, że ludzie nagle zgłupieli. Gazeta Wyborcza, podobnie jak większość mediów głównego nurtu pełni rolę misyjną. Udało się w ten sposób „nawrócić” znaczną część społeczeństwa. Tą działalność misyjną nazywa się często „lewactwem”, gdyż najczęściej ma ona na celu zmianę obyczajów. Jednak to szkodnictwo ma szerszy zasięg i prowadzi do wypierania ze świadomości społecznej niewygodnych dla „misjonarzy” treści. Taka walka z prawdą jest bardzo niebezpieczna, gdyż godzi w fundament chrześcijaństwa: utrudnia uznanie winy, pokutę i wybaczenie.

Polacy mają trudną historię, pełną krwawych wojen, które pozostawiły wiele wyrządzonych krzywd. Człowiek żyjący w prawdzie dojrzewa do przebaczenia i pojednania. Bez prawdy o II wojnie światowej nie byłby możliwy skierowany do Niemców pojednawczy list polskich biskupów. Z drugiej strony brak prawdy o czasach sowieckich i rzezi wołyńskiej ciągle kładzie się cieniem na nasze relacje ze wschodnimi sąsiadami.

Ukrywana prawda zawsze wyjdzie na jaw, atakując nas z tym większą siłą i rodząc nienawiść. Szlachetny rys dawnych wojen wiązał się z brakiem nienawiści i szacunkiem dla wroga. To z całą pewnością uproszczenie i na każdej wojnie mogło dochodzić do czynów haniebnych. Jednak dzięki chrześcijaństwu Polacy mają prawo do dumy ze swej historii. Kształtowali ją bowiem patrioci kierujący się miłością bliźniego. Może dlatego teraz wmawia się nam nacjonalizm zbudowany na nienawiści do obcych.

W czasie, gdy w Polsce trwa ożywiona dyskusja sprowokowana hasłem Marszu Niepodległości „Polska dla Polaków. Polacy dla Polski”, Francja ogłasza stan wyjątkowy i zamyka granice. W Paryżu doszło do serii zamachów terrorystycznych.

W pobliżu stadionu, na którym Prezydent Francji oglądał mecz towarzyski Francja-Niemcy terrorysta-samobójca zdetonował silny ładunek wybuchowy. Potem doszło do strzelaniny w kilku miejscach miasta.

Terroryści wzięli ponad 100 zakładników. Gdy rozpoczęli ich rozstrzeliwanie, policja rozpoczęła atak. Ostatecznie ofiar może być około 150.

. Na ulicach Paryża pojawiło się wojsko. Zawrócono samoloty lecące do Francji.

Słyszano okrzyki terrorystów „to za Syrię” oraz „Allah akbar”. Islamiści się cieszą.

Czy w tej sytuacji nadal krytycy hasła narodowców będą mówić, że „Polska dla wszystkich”? Jeśli dla wszystkich, to dla terrorystów też.

Nie ma się czego bać. W myśl idei „wiecej wiedzy mniej strachu” telewizja publiczna powinna nadawać od jutra wywiady z ujętymi w Paryżu terrorystami.

A może by tak Polacy byli raz mądrzy przed szkodą?

Amerykanie w czasie II wojny światowej zrobili obozy internowania dla potencjalnej „piątej kolumny”. U nas nie trzeba aż takich środków. Wystarczy zakaz publicznego wypowiadania się dla głupich eliciarzy (przy okazji dostosuje się ilość profesorów do zmniejszającej się ilości studentów).

Papież Paweł VI przestrzegał: Odnosimy wrażenie, że przez jakąś szczelinę, wdarł się do Kościoła Bożego swąd (dym) szatana. Jest nim zwątpienie, niepewność, zakwestionowanie, niepokój, niezadowolenie, roztrząsanie. Brak zaufania do Kościoła. Natomiast darzy się zaufaniem pierwszego lepszego świeckiego “proroka" wypowiadającego się przy pomocy prasy lub przemawiającego w jakimkolwiek ruchu społecznym i żąda się od niego formułek dla prawdziwego życia! Nie myśli się przy tym, że my te formuły już posiadamy!

Po tym co zrobił publicysta „Tygodnika Powszechnego” ksiądz Charmasa nikt z katolików nie ma już chyba wątpliwości, że „swąd szatana” na dobre zagościł w tym tygodniku. Ksiądz – gej nie tylko chwali się tym, że współżyje z innym mężczyzną, ale na dodatek żąda aby to Kościół opamiętał się i zaprzestał swojej paranoicznej działalności wobec mniejszości seksualnych.

Jak reaguje Kościół? Kiedy wokół Tygodnika Powszechnego szatańska narastała próba rozbicia Kościoła (kościół otwarty – łagiewnicki i zamknięty – toruński), Episkopat pochylał się z troską nad Radiem Maryja. Nie spotkały żadne restrykcje ani upomnienia księży i biskupów (Pieronek, Życiński) próbujących „unowocześniać” tysiącletnie formuły o których mówił Paweł VI. Gdy ksiądz-pedzio (jak się wkrótce okazało) kierowany względami osobistymi zaatakował przeciwnika homolobby księdza Oko, Konferencja Episkopatu Polski wydała neutralne oświadczenie: Obaj duchowni w swej polemice nie reprezentują oficjalnego stanowiska Kościoła katolickiego i czynią to na własną odpowiedzialność. Jak wyjaśnił ks. Charamsa, przedstawione w jego artykule opinie mają charakter prywatny i nie reprezentują stanowiska Kongregacji Nauki Wiary.

Po bezpośrednim ataku na Kościół Watykan zareagował stanowczo: prałat Charamsa nie będzie mógł pełnić swych dotychczasowych funkcji w Kongregacji Nauki Wiary oraz papieskich uniwersytetach, a pozostałe aspekty jego sytuacji należą do kompetencji ordynariusza jego diecezji”

A jak zareagował ordynariusz? Upomniał ks. Krzysztofa Charamsę, aby wrócił na drogę Chrystusowego Kapłaństwa.

Czyli Charmasa może nadal występować jako katolicki kapłan. I z tego prawa korzysta, prezentując światu swojego „narzeczonego”. Co się dzieje z polskim Kościołem? 

Papież Franciszek w czasie pobytu w Ameryce Północnej wystąpił przed Kongresem USA i na forum ONZ. Obydwa te wystąpienia tworzą całość.

Mówiąc do Amerykanów, Papież wspomniał o kryzysie migracyjnym. W Ameryce większość ludzi to potomkowie imigrantów, dlatego – jego zdaniem - jest tam większe zrozumienie dla obcych. Papież sam jest synem imigranta.

Poza kurtuazyjnymi w sumie pochwałami amerykańskiego społeczeństwa, w przemówieniu znalazły się dwa lekkie „przytyki”. Pierwszy dotyczył handlu bronią: „dlaczego sprzedawana jest śmiercionośna broń tym, którzy planują wyrządzić niewypowiedziane cierpienia jednostkom i społeczeństwom? Niestety, jak wszyscy wiemy odpowiedź brzmi: tylko dla pieniędzy: pieniędzy, które przesiąknięte są krwią, często niewinną krwią. W obliczu tego haniebnego i karygodnego milczenia naszym obowiązkiem jest zmierzenie się z tym problemem i powstrzymanie handlu bronią”.

Najważniejszy chyba fragment przemówienia dotyczył rodziny: „Pragnę, aby podczas mojej wizyty rodzina była tematem powracającym. Jak istotną rolę odegrała rodzina w budowaniu tego kraju! Jakże godna jest nadal naszego wsparcia i zachęty! Nie mogę jednak ukryć mego niepokoju o rodzinę, która jest zagrożona, być może jak nigdy wcześniej od wewnątrz i z zewnątrz. Kwestionowane są podstawowe relacje a także same podstawy małżeństwa i rodziny. Mogę tylko podkreślić znaczenie, a przede wszystkim, bogactwo i piękno życia rodzinnego.

W szczególności chciałbym zwrócić uwagę na tych członków rodziny, którzy są najbardziej narażeni, na młodych. Dla wielu z nich jaśnieje przyszłość wypełniona niezliczonymi możliwościami, ale wielu innych zdaje się zdezorientowanych i pozbawionych celu, uwięzionych w beznadziejnym labiryncie przemocy, wykorzystywania i rozpaczy. Ich problemy są naszymi problemami. Nie możemy ich uniknąć. Musimy zmierzyć się z nimi razem, rozmawiać o nich i poszukiwać skutecznych rozwiązań, a nie ugrząźć w dyskusjach. Kosztem zbytniego uproszczenia możemy powiedzieć, że żyjemy w kulturze, która wywiera na ludzi młodych presję, by nie zakładali rodziny, ze względu na brak perspektyw na przyszłość. Jednak ta sama kultura proponuje innym tak wiele opcji, że również oni są odwodzeni od założenia rodziny”.

Spotkanie z Papieżem mocno przeżył republikański spiker Izby Reprezentantów, John Boehner. W czasie przemówienia płakał. Dzień później podał się do dymisji, ku zaskoczeniu wszystkich. Najczęściej komentatorzy wiążą to krytyką jego uległości wobec Demokratów i Prezydenta Obamy. Czy jednak te łzy nic nie znaczą? Zestawiając przemówienie Papieża z rzeczywistością, widać całą hipokryzję amerykańskich parlamentarzystów. Może Boehner nie chciał dłużej tego firmować?
Prezydent Obama komentując tą decyzję nazwał Boehnera "dobrym człowiekiem" i "Patriotą" który "troszczy się o Amerykę".

Polskojęzyczne media postanowiły zabrać się za wychowanie społeczeństwa, które nie dorosło do wielokulturowości. Ale broń Boże nie chodzi o propagandę! Tylko o informację. „Wychodząc z założenia, że strach wynika z niewiedzy, media wraz z Urzędem ds. Cudzoziemców przygotowały akcję informacyjną mającą przybliżyć obywatelom zasady, na jakich uchodźcy będą funkcjonować w Polsce, i odnośne przepisy prawne”. Rodzaj szerzonej „wiedzy” jest już zależny od na inwencji mediów. Na przykład GW-no swoim zwyczajem zastępuje katolikom katechizm: „ci, co plują nienawiścią na uchodźców nie mają nic wspólnego z naszą wiarą”.

Tylko prawicowe oszołomy wyłamują się z frontu walki ideologicznej. Portal niezalezna.pl publikuje przewrotny tekst: Decyzją władz wydziału prawa Uniwersytetu w Sztokholmie, ze ścian usuwane są wszystkie portrety zasłużonych dla uczelni naukowców. Powodem jest fakt, że obrazy „przedstawiają starych, białych profesorów”. Miejsce portretów zajął teraz... tęczowy łoś, który ma symbolizować wielokulturowość i tolerancję.

Akcja szerzenia wiedzy jest bez wątpienia szczytna i należy do misji zawodu dziennikarza (z jakiegoś powodu w Polsce bardzo deprecjonowanego epitetami w rodzaju „pismak”). Zobaczmy na jakimś jaskrawym przykładzie, jak wygląda wypełnianie tej misji. Oto jak media informowały o gangu pedofilów w Rotherham. Na portalu tvn24.pl piszą nawet o poprawności politycznej: „Było szeroko rozpowszechnione przekonanie pomiędzy wyższymi rangą urzędnikami i policjantami, by wygaszać kwestię etniczną. Urzędnicy z opieki społecznej byli zdezorientowani i nie wiedzieli, co mówić i jak opisać problem, z obawy przed oskarżeniami o rasizm - twierdzi autorka raportu”.

Słowo islam ani muzułmanie nie pada. To samo w „Wybiórczej” i „Polityce” (absurdalny tytuł „Gwałt klasowy”), „Fakcie”. Jedyny wyjątek, to „Dziennik”, w którym artykuł otagowano słowami „islam” i „muzułmanie”, a w tekście napisano: „Kiedy podczas nocnego nalotu na prywatny lokal policja natrafiła na dwie pijane 11-latki w towarzystwie kilku dorosłych muzułmanów, aresztowała nie ich, lecz dziewczęta. Skandal w Rotherham ujawnił dwa problemy, z którymi boryka się teraz brytyjska opinia publiczna. Pierwszy to obawy miejscowych władz, że interwencja zostanie poczytana za rasizm i zburzy misterną konstrukcję wielokulturowego społeczeństwa”.

Na koniec prawdziwy cymes – tłumaczenie brytyjskiego artykułu w „Polska The Times”. Można się uczyć, jak wygląda poprawność polityczna po angielsku. W artykule podano wszystkie istotne fakty. Schemat artykułu dokładnie taki sam jak w głupich amerykańskich filmach. Skupienie na historii wybranych osób, która niezależnie od wielkości tragedii zmierza do happy endu. Bo w końcu „Teraz ktoś je wysłuchał. Ogromna radość. W końcu ludzie uwierzyli, że mówiły prawdę”. Radość tym większa, że także dziennikarze atakowani za szerzenie islamofobii, oraz oskarżani, że dają się wykorzystywać skrajnej prawicy zyskali wsparcie „od osób nieoczekiwanych. Odezwali się myślący postępowo duchowni islamscy oraz przewodniczący komisji ds. równości i praw człowieka w Izbie Gmin”. Wielki sukces – bo w końcu się okazało, że ludzie są dobrzy, a jeśli są źli to głównie ci z prawej: „Jak na ironię jedyne anonimowo grożące mi śmiercią dwa listy, jakie otrzymałem, pochodziły od zwolenników skrajnej prawicy. Według autorów "The Times" miał rzekomo dyskredytować teorię Griffina, że przestępstwo sposobienia młodziutkich dziewcząt do seksu stanowi część islamskiego spisku mającego na celu szerzenie kalifatu poprzez zapłodnienie wszystkich brytyjskich nastolatek”.

Pójdźmy tym śladem i popatrzmy na obecną akcję propagandową równie pozytywnie. Internet to w końcu wspaniała rzecz. Można sporządzić listę pismaków, biorących udział w akcji (+polityków wspierających import islamistów do Polski). A gdy już się upowszechnią islamskie obyczaje (gwałty, bomby i temu podobne rozrywki wyznawców proroka) – nie będzie wątpliwości wobec kogo stosować zasadę „oko za oko, ząb za ząb”. Bo przecież PiS zmierza do władzy: Macierewicz w skórzanym płaszczu będzie urzędował na Szuch a orliki zamienią na miejsca straceń.

PS.

Gdyby ktoś zainteresował się co to też jest ta "teoria Griffina" wspomniana w tekście, to nie ma sensu szukać informacji - daremny trud. W tym zakresie szerzenie wiedzy zawiodło? Griffin to taki brytyjski Macierewicz z Rydzykiem razem wzięci. Słowem: personifikacja zła. Mówisz "Griffin" i już wiadomo, że chodzi o "wszystkie zbrodnie z zakresu nieposzanowania inności, pod który podpadają rasizm, antysemityzm, szowinizm, ksenofobia, homofobia, islamofobia i agorafobia" [Koniec białej Europy].

 

Na ilustracji zestawienie zagrożenia terroryzmem (po lewej) oraz upowszechnienia islamu (po prawej) w Europie. Źródła:www.independent.co.uk, commons.wikimedia.org

Gdyby Państwo Islamskie nie istniało, muzułmanie mogliby nadal opowiadać wbrew faktom, że islam to religia pokoju, a krytycy po prostu są nietolerancyjni. Światowe media obiegła niedawno informacja, że „Zniewolona kobieta zabiła jednego z dowodców IS”. Na czym polegało to zniewolenie? Kobieta została zmuszona „do poślubienia kilku bojowników tej organizacji”. Tak naprawdę doszło tam do zbiorowego gwałtu, przed którym gwałciciele "poślubiali" na chwilę ofiarę.  Bo przecież muzułmanie nie robią takich rzeczy, bo islam to religia pokoju, nakazująca szanować kobiety i tak dalej…. Muzułmanie są generalnie bez skazy (jak ten zbira, który zabił „swoją kobietę” w Łodzi - czy te oczy mogą kłamać?). To po prostu okrutny żart, a nie jakaś religia.

Czy po zaimportowaniu do Polski liberalizmu, następnym krokiem ma być szatańska multi-kulti?

Każdy, kto czytał „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa, pamięta zapewne, jak znakomicie bawił się szatan w ZSRR. Było to więc prawdziwe imperium zła. Jeśli ta literacka fikcja miała w sobie coś z prawdy, to szatan najwyraźniej przeniósł się za ocean i rozrabia na całego. Prości ludzie są tak samo terroryzowani przez bojówkarzy pod tęczową flagą, jak w czasach komuny byli u nas i terroryzowani przez gówniarzy w czerwonych krawatach. Poniższe zdjęcie [źródło] przedstawia amerykańską gówniarzerię z plakatem „Small Town – not – Small Mind” który chyba należałoby przetłumaczyć: w małym miasteczku nie musisz mieć małego rozumu:

Osobą o małym rozumie jest niejaka Kim Davis – urzędniczka, która odmówiła udzielenia „ślubu” pedałom. W czasach, gdy urodzenie dziecka grozi finansową katastrofą nietrudno zrozumieć, czemu pedalstwo rośnie w siłę i jest coraz bardziej wpływowe. Rolę haseł w rodzaju „imperialistyczne sługusy” mogą odgrywać skróty (hashtag) na Twitterze. Na przykład #doyourjob. Wykonuj swoją pracę! Zbrodniarze w Norymberdze też tłumaczyli, że oni tylko wykonują swoją pracę. Kim Davis powiedziała, że woli iść do więzienia. Została zatem skazana za „obrazę sądu”.

Każdy problem ma sensowne rozwiązanie. Najlepsze są takie, które są wygraną każdej ze stron (win-win). W przypadku imigrantów z Syrii, którymi UE chce Polskę uszczęśliwić takie rozwiązanie istnieje. Obawy Polaków budzą przede wszystkim różnice kulturowe. Nie chcemy tu muzułmanów. Ale oni nie mają powodu uciekać z Syrii: „bo mamy dziś do czynienia na Bliskim Wschodzie z wojnami religijnymi. I nieprzyjmowanie chrześcijan, którzy są najbardziej prześladowani, to działanie dyskryminacyjne. […] ONZ nieraz wskazywała, że islamiści mordują nawet chrześcijańskie dzieci. Nie można zamykać oczu na to, że właśnie ta grupa najbardziej potrzebuje pomocy”. Z drugiej strony w Polsce mamy wynarodowione elity, które cierpią z powodu tego, że nie dorośliśmy do „zachodu”. Sami się męczą i innym zadają cierpienia swymi pouczeniami. Wielu z nich to ludzie majętni, profesorowie uniwersytetów. Bez problemów poradzą sobie na umiłowanym przez siebie „zachodzie”. Poparcie jakim się tam cieszą każe przypuszczać, że będą ich witały transparenty „Welcome home” („Witaj w domu”). Przyjmie ich z pewnością międzynarodowa społeczność naukowa. A nam kamień z serca….

Szanowny Panie Prezydencie,

 

W związku z pojawiającymi się w Unii Europejskiej głosami, nawołującymi do uzależnienia sposobu funkcjonowania Polski w strukturach europejskich od przyjęcia przez nas imigrantów z Afryki, uważamy, że należy powtórzyć referendum dotyczące akcesji do struktur UE. Nadchodzące wybory są doskonałą okazją do tego, by Polacy zdecydowali, czy chcą być członkami UE w sytuacji, gdy będzie to uwarunkowane budową w Polsce gett dla obcych nam kulturowo ludzi.

Warunki uczestnictwa jakie przedstawiono Polakom w roku 2003 zostają obecnie podważone1. Dotyczy to nie tylko przyjmowania przez Polskę odpowiedzialności za skutki wojennych konfliktów, które zostały wywoływane w interesie innych państw, ale także dążenie do dużo większej integracji politycznej z uwagi na kryzys w strefie euro. Dlatego ponowne otwarcie dyskusji na temat naszego uczestnictwa w UE jest konieczne. Pozwoli to ustalić w sposób demokratyczny skalę ustępstw, na jakie polskie władze mają mandat społeczny.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że:

1. Polska od roku 1989 prowadzi politykę integracji z „zachodem”, co w dużym stopniu determinuje nasze polityczne decyzje. Jednym z podjętych działań jest ograniczanie naturalnej współpracy Polski i Ukrainy2. Polityka ta doprowadziła do problemów po obu stronach wschodniej granicy, łagodzonych specjalnymi funduszami z UE (niestety nie dotyczy to Ukrainy, na której załamanie gospodarcze było jedną z przyczyn wojny). Groźba utraty tych funduszy wymaga przemyślenia na nowo naszej polityki i podliczenia zysków i strat – nie tylko finansową. Kampania referendalna byłaby do tego doskonałą okazją.

2. Utrwalanie i powiększanie dysproporcji rozwojowych poszczególnych subregionów UE stoi w jawnej sprzeczności z deklarowanymi celami polityki spójności. Mamy więc do czynienia albo ze skrajną niekompetencją, albo skrajnym zakłamaniem. Za tą drugą opcją mogą przemawiać podejmowane przez największe państwa UE decyzje, które nie tylko nie liczą się z interesami sąsiadów, ale wręcz im szkodzą. Do takich decyzji z pewnością należą plany rozbudowa rurociągu North Stream. W tej sytuacji odwoływanie się przez nich do „solidarności” jest zwykłą obłudą.

3. Polska jest obecnie państwem o stosunkowo niewielkich mniejszościach. Wynika to z naszej historii, w której wielokrotnie doświadczaliśmy wrogich działań ze strony mniejszości - wymierzonych nie tylko w interesy państwa, ale wręcz podważające jego niepodległy byt3. Nie wiadomo jakie będą dalsze losy „wojny cywilizacji”, którą wbrew błaganiom polskiego Papieża Jana Pawła II rozpętały mocarstw zachodu. Sprowadzanie do Polski potencjalnych wrogów godzi w naszą rację stanu. Przyjmowanie przez nasz kraj konsekwencji polityki wspomnianych mocarstw, bez ich rozliczenia, jest niesprawiedliwością na którą nie powinniśmy się godzić. Zastanawiające jest także to, że tej chwili wśród uchodźców przybywających do Europy dominują młodzi mężczyźni. Kto nam zagwarantuje, że nie jest to część obłudnej strategii inwazji fanatyków na Europę?

4. Przybywający do Europy uchodźcy wcale nie chcą przyjeżdżać do Polski. Przemieszczanie ich wbrew ich woli jest nawiązaniem do najgorszych tradycji europejskich. Tak robił Stalin i Hitler. Tragedia humanitarna jaka ma miejsce w północnej Afryce wymaga interwencji. Jednak jeśli mamy zaangażować się w pomoc tym krajom, to należy rozpocząć od ustalenia fundamentalnych przyczyn obecnego stanu rzeczy. Inaczej fala uchodźców będzie jedynie rosnąć i każda pomoc będzie traktowana jako zachęta dla innych. Potrzebna jest szczera dyskusja na temat przyczyn i możliwych środków zaradczych. Niezależnie od zainicjowania wspomnianego na wstępie referendum Pan Prezydent mógłby taką dyskusję zainicjować.

Jerzy Wawro

 

Zachęcam do poparcia powyższej petycji na stronie petycje.pl

 

Przypisy:

1Mówi o tym wprost Szef niemieckiej komisji parlamentarnej Elmar Brok http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/499314,pomysl-niemieckiego-polityka-uderza-w-polske-europosel-pis-to-polityczne-gangsterstwo.html, oraz cytowana przez niemieckie media szefowa MSW Austrii Johanna Mikl-Leitner (http://www.dw.com/pl/radykalna-propozycja-austrii-w-sprawie-uchodźców/a-18684213). Takie sugestie pojawiają się u czołowych niemieckich polityków.

2 Wystarczy przeanalizować dynamikę zmian udziału w PKB naszej wymiany handlowej z Ukrainą: Waldemar Kalita, Katarzyna Puchalska, Anna Barwińska-Małajowicz, „Ocena polsko-ukraińskiej wymiany handlowej z uwzględnieniem obszarów transgranicznych” https://www.ur.edu.pl/file/6541/07-Kalita,Puch,Barw.pdf

Tak się zdarzyło, że w rocznicę powstania „Solidarności” rozgorzała dyskusja na temat uchodźców z Afryki. Jak to ujęła jedna z gazet „Niemcy uczą solidarności”. Skoro Niemcy biorą się za „uczenie” opornych, to sprawa jest poważna. Na szczęście mamy czasy, gdy zamiast czołgów („tanks”) używa się banków („banks”), więc propozycja jest taka: „Przynależność do Wspólnoty Europejskiej to nie tylko profity – podkreśliła szefowa autriackiego MSW, kierując słowa do opornych. Według niej, w tak trudnej sytuacji, z jaką mamy do czynienia obecnie, musimy też przyjąć na siebie odpowiedzialność; na opierające się kraje można wywrzeć nacisk finansowy, redukując bądź wstrzymując unijne dofinansowanie”.

Premier Słowacji Robert Fico jako jedyny polityk odważył się powiedzieć prosto z mostu: „to nie Słowacja zrzucała bomby na Syrię i Libię”. Ale na to Niemcy także mają odpowiedź: to nie interwencja Zachodu przyczyniła się do zmiany sytuacji, lecz to, że Zachód odwrócił się plecami w chwili, kiedy chodziło tam o stworzenie minimalnych struktur państwowości. Nie agresja Zachodu, lecz bezmyślne wycofanie wojsk doprowadziło region do eksplozji. Obecny kryzys ponagla Zachód, a konkretnie Europę, nie do osłabienia interwencjonizmu, lecz do wzmocnienia interwencji na całym świecie.

Jaki znowu „zachód”? Operowanie ogólnymi kategoriami to ulubiona metoda łgarzy. Żaden „zachód” nie zbroił islamistów, ani nie bombardował Libii. To konkretne państwa i konkretni ludzie. Całkiem możliwe, że Tony Blair odpowie za swe czyny. Zbrodniarze z USA pozostaną bezkarni, a ich sługusy znad Wisły będą im dalej nadskakiwać.

Wracając do niemieckich pouczeń – są one dość bezczelne – choć raczej nie grozi nam powrót „nauczycieli kultury” w mundurach wermachtu. Czy jednak państwo, które podejmuje tak wrogie wobec sąsiadów działania, jak rozbudowa rurociągu North Stream i stosuje gospodarczy terror dla osiągnięcia celów politycznych (vide Grecja) ma prawo mówić o solidarności?  

Dlaczego Polska musi przyjąć uchodźców?

Fala uchodźców to cena za głupotę. A głupota tania nie jest – więc skoro jej potrzebujemy, trzeba płacić. Był między nami kiedyś mądry człowiek. Błagał by nie rozpoczynać nowej wojny kultur. Dzisiaj widać trafność jednej z opinii na ten temat: „On chyba coś wie, On chyba widzi coś bardzo niedobrego, bo tak się zaangażował”. Jego mądrość została odrzucona, a polscy politycy głosili, że to także „nasza wojna”. Jan Paweł II nie tylko w kwestii wojny miał rację. Trafnie zdiagnozował wszystkie fundamentalne przyczyny obecnego kryzysu:

W sierpniu 1976 r. kard. Karol Wojtyła, odwiedzając Stany Zjednoczone, wypowiedział ważkie słowa: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a anty-Kościołem, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności. To czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”.

Te słowa przypomniał wczoraj Arcybiskup Michalik w Kalwarii Pacławskiej. Słuchały go tysiące pielgrzymów, przybyłych na trzydniowe uroczystości Wniebowzięcia NMP:

źródło grafiki: http://przemyska.pl/galeria/?album=27&gallery=344

Lukrowany obraz rzeczywistości, prezentowany w naszych mediach może być równie nieznośny, jak kiczowata telenowela. Zwłaszcza gdy mamy świadomość, że to może być element manipulacji. Polskie audycje informacyjne są okraszane chwytającymi za serce historiami, które mają mobilizować społeczeństwo do charytatywnej działalności. Niezależnie od intencji autorów, te materiały służą zmiękczaniu widzów, aby łatwiej uwierzył w sączoną dzień w dzień propagandę. Takie gombrowiczowskie „upupianie” (brak autentyzmu). Postawiona w „Ferdydurke” teza, że „przed pupą nie ma ucieczki” bywa podważana przez ludzi przekonanych, że autentyzm można odnaleźć w sztuce. Okazuje się jednak, że nie tylko. Autentyczna jest także nienawiść. Możemy żywić przekonanie, że nienawiść jest obca prawdziwej naturze człowieka. Jednak człowiek posiada zdolność do autentycznego jej przeżywania. Jej rezultaty coraz częściej pojawiają się w przestrzeni publicznej w coraz bardziej szokujących informacjach: zaszczuty nastolatek popełnił samobójstwo, pojawiły się jakieś obrzydliwe ataki na Jana Pawła II, albo ktoś szydził z czyjejś śmierci. To już niestety nie są pojedyncze wybryki. Wśród osób kontestujących „system” pojawiają się internetowe subkultury ludzi zafascynowanych szerzeniem zła. Często gromadzą się one wokół portali typu imageboard. Tworzą swój własny język i traktują „hejtowanie” i „trolling” jako zupełnie normalny sposób ekspresji. Pojawiają się nawet określenia w rodzaju „wybitny troll”.

Były brytyjski minister do spraw europejskich i autor książki ”Brexit: How Britain Will Leave Europe” (Brexit: jak Wielka Brytania opuści Europę), Denis MacShane w wywiadzie dla PAP wylicza powody, dla których nie dojdzie do "Grexitu”:

  1. Obawa Berlina o wzrost antyniemieckich nastrojów w Europie.

  2. Angela Merkel nie chce przejść do historii jako polityk, który wyrzucił Grecję z eurolandu.

  3. W przypadku Grexitu, Brexit byłby nie do uniknięcia

  4. Grexitowi przeciwstawiają się USA, gdyż Grecja jest ważnym elementem południowej flanki NATO.

MacShane wyjaśnia też dlaczego Grecja przystała na drakońskie warunki: Gdyby Cipras tak nie postąpił, od przyszłego tygodnia greckie banki musiałyby zacząć posługiwać się pieniędzmi podobnymi do tych, których używa się w grze Monopoly. Nie byłaby to nawet nowa drachma, bo włączenie w obieg prawdziwej nowej waluty zajęłoby co najmniej pół roku. Grecja w praktyce zostałaby więc usunięta z ekonomicznej mapy świata.

Najważniejsza część tego wywiadu dotyczy jednak przyszłości Wielkiej Brytanii w UE:

To, co się działo w Grecji było manną z nieba dla brytyjskich eurosceptyków. Od tygodni obrazki z Grecji są przez nich używane jako antyreklama Unii. Kolejki do bankomatów po 60 euro dziennie, rekordowe bezrobocie, minister finansów Grecji Janis Warufakis oskarżający Brukselę i Berlin o próbę uduszenia jego kraju. To młyn na wodę dla tych, którzy chcą, żeby Wielka Brytania wyszła z Europy.

Ponieważ dodatkowo eurosceptykom udało się połączyć obecność w UE z gorącym ostatnio problemem imigracji, chętnych do obrony idei zjednoczonej Europy jest coraz mniej.

Podobna jest sytuacja we Francji, w której rośnie w siłę skrajna prawica. Jej przywódca Marine le Pen zapowiedziała: Jestem demokratką i o demokrację walczyć będę do samego końca. Jeżeli UE nie zadośćuczyni żądaniom Francuzów, wezwę ich do opuszczenia struktur wspólnoty i wtedy będziecie mnie mogli nazywać "Madame Frexit".

Nawet w Niemczech rosną antyunijne nastroje. Zmiany te opisuje w najnowszej "Rzeczpospolitej" Tomasz Gabiś: „Wśród zwykłych Niemców obraz Unii jest coraz gorszy. Pozytywnie podchodzi do niej dziś 58 proc. Niemców: to poniżej średniej unijnej i niewiele więcej niż w Wielkiej Brytanii (51 proc.). Według zeszłorocznych badań aż jedna czwarta Niemców wolałaby, żeby Niemcy znalazły się poza Unią. Wzrasta w Niemczech poziom nieufności do instytucji unijnych. Jedna trzecia Niemców uważa, że sprawy w UE idą w dobrym kierunku, jedna trzecia, że w złym, jedna trzecia jest niezdecydowana. W ostatnich latach z powodu kryzysu unii walutowej Niemcy przestali wierzyć, że instytucje unijne są zdolne do uratowania euro. Narasta wśród nich irytacja, ponieważ wspólny pieniądz okazał się czym innym niż to, co kilkanaście lat temu obiecywali niemieccy politycy”.

Atak zachodu na kolebkę cywilizacji nie jest ani przypadkowy, ani nie jest jedynie próbą realizacji interesów gospodarczych. Nie można go rozpatrywać wyłącznie w kategoriach ekonomicznych, choć kryzys ekonomiczny jest dominującym aspektem ostatnich wydarzeń. Przygniatający Grecję dług liczony w liczbach bezwzględnych jest niewielki. Daleko im do rekordzistów (nie ma ich nawet w pierwszej 20-tce).

Nawet jeśli policzymy procentowo względem PKB lub na głowę mieszkańca – grecki dług nie jest największy:

[źródło]

Tylko niewielka część zadłużenia jest obecnie bezpośrednio wobec prywatnych banków, które z pewnością poczyniły z tego tytułu odpowiednie rezerwy. Tu nie chodzi więc o pieniądze ani o stabilność systemu walutowego. Bliższe prawdy jest stwierdzenie, że chodzi o władzę banksterów, którzy nie mogą okazywać pobłażliwości.

Jednak patrząc na to z jeszcze szerszej perspektywy – widzimy, że ten kryzys ma o wiele większe znaczenie. Niezależnie od tego jak on się zakończy – jest to porażka Europy, jako wspólnoty wartości, opartej przede wszystkim na racjonalizmie i dialogu. Najwyraźniej „gnijący zachód” zatraca instynkt samozachowawczy, a Europejczykom brak odwagi w rozumnym poszukiwaniu rozwiązań pojawiających się problemów.

Rozum jest atrybutem wyróżniającym człowieka wśród wszystkich stworzeń. Nie zawsze jednak odgrywał on w dziejach ludzkości taką samą rolę. Dla cywilizacji Wschodu refleksja prowadziła do zrozumienia sytuacji człowieka we Wszechświecie. Racjonalne postępowanie polegało na działaniu w zgodzie z naturą. To nadawało życiu sens i pozwalało minimalizować towarzyszące życiu cierpienia. Grecy byli łącznikiem między cywilizacją wschodu i cywilizacją zachodu. Potrafili się zachwycić samym zdobywaniem wiedzy i odkrywaniem harmonii w otaczającym nas świecie. Poszukiwali nie tylko praw przyrody, ale także zasad rządzących ludzkim myśleniem, komunikacją i działaniem. Takie podejście do rzeczywistości upowszechniło się przez wieki, pozwalając na dynamiczny rozwój techniki i nauk przyrodniczych.

Polskie media zrobiły sensację z samobójstwa dręczonego przez kolegów ucznia gimnazjum. Jest okazja aby piętnować „polską ciemnotę” i brak tolerancji. Dlatego podkreśla się, że nazywano go pedziem. Najczęściej nie wspomniano ani słowem o tym, że Dominika systematycznie gnębiła jedna z nauczycielek. TVP wśród tysięcy wpisów na Facebooku wygrzebała jeden, w którym ktoś podający się za kolegę Dominika żałuje, że już nie będzie kogo gnębić. Okazji nie przegapili gendryści i bojownicy „tolerancji”. Gazeta Wyborcza propaguje stanowisko „Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej”, tym razem nie dostrzegając „grania trumnami”: "Bierność klasy politycznej wobec różnych przejawów dyskryminacji, w tym homofobii sprawia, że bezpieczeństwo i życie uczniów jest zagrożone". Aktywiści zażądali od Minister Kluzik Rostowskiej potępienia homofobii. Oczywiście ich żądaniom stało się zadość.

Amerykański Sąd Najwyższy uznał, że zakaz zawierania „małżeństw” homoseksualnych jest sprzeczny z Konstytucją. Wszystkie stany będą więc musiały zmienić swoje prawo, tak by uznać takie związki za rodziny. Zwycięstwo pedalstwa jest tym większe, że nie ma mowy o jakichś tam bzdurach o dziedziczeniu, prawie do opieki, informacji w szpitalu itd… Homoseksualne stadło ma prawo być uznane za małżeństwo, bo ich związek tworzyć coś więcej niż dwie osoby: tworzy rodzinę, która jest „kamieniem węgielnym naszego porządku społecznego”. Bo uosabia najwyższe ideały miłości, wierności, oddania, poświęcenia. W tej sytuacji nie ma oczywiście mowy o jakiejkolwiek „dyskryminacji” - na przykład w kwestii adopcji.

Pod informacją na ten temat w polskiej gazecie pojawił się komentarz, nad którym warto się zadumać: Usa to największy roznosiciel patologii kulturalno obyczajowej na świecie.

Na pewno Amerykanie przodują w kultywowaniu przemocy. Patologie z tym związane stały się niepostrzeżenie jednym z głównych tematów ich filmów. Minęły czasy gdy przemoc pojawiała się przy okazji walki dobra ze złem (z reguły zwycięskiej). Teraz przemoc bywa tematem wiodącym, a reszta fabuły tylko pretekstem. Nikt normalny nie nakręciłby takiego filmu, jak na przykład „Kill Bill”. Amerykanie – jak każdy naród – są dumni ze swych osiągnięć. W czym według nich samych są najlepsi na świecie? Wśród odpowiedzi na to pytanie pojawia się między innymi uzbrojenie, pornografia i bycie „cool”.

Bogusław Jeznach przetłumaczył ważną analizę Rościsława Iszczenki, analityka strategicznego, przewodniczącego Centrum Analizy Systemowej i Prognoz, opublikowaną przez Klub Wałdajski 11 lutego 2015.

Tekst ten bardzo dobrze opisuje sytuację geopolityczną. Autor snuje przy tym prognozy bardzo groźne dla Europy (a więc i dla Polski).

Punktem wyjścia jest opis, który nie powinien budzić żadnych kontrowersji (to wręcz elementarz polityczny): Wojna to tylko pośredni etap, który oznacza niemożność osiągnięcia kompromisu. Jej celem jest stworzenie nowych warunków, w których kompromis będzie już możliwy, albo pokazanie, że nie jest on już potrzebny, bo jedna ze stron konfliktu przestanie istnieć. Kiedy przyjdzie czas na kompromis, kiedy skończą się walki i wojsko wróci do koszar, a generałowie zaczną pisać pamiętniki i gotowić się do kolejnej wojny, wtedy dopiero politycy i dyplomaci przy stole negocjacyjnym określają prawdziwy wynik konfrontacji. […] Aby zrozumieć jak, kiedy, i na jakich warunkach mogą się zakończyć działania zbrojne, musimy wiedzieć czego chcą politycy i jak postrzegają oni warunki powojennego kompromisu. Stanie się wtedy jasne, dlaczego działania wojskowe przerodziły się w wojnę domową o niskiej intensywności, przerywaną od czasu do czasu rozejmami, tak jak to ma miejsce nie tylko na Ukrainie, ale również w Syrii.

Sens współczesnych konfliktów staje się zrozumiały, jeśli ustalimy do czego dążą politycy mający siłę do inicjowania procesów i sterowania nimi. Dla Iszczenki znaczenie mają wyłącznie USA i Rosja: Nie interesują nas, rzecz oczywista, poglądy polityków z Kijowa, bo oni o niczym nie decydują. Faktu, że Ukraina jest zarządzana z zewnątrz już się nawet nie ukrywa. I nie jest ważne, czy ministrami są tam Estończycy, czy Gruzini, bo i tak są to Amerykanie. Byłoby także błędem interesować się tym jak widzą przyszłość przywódcy Donieckiej czy Ługańskiej Republiki Ludowej (DRL i ŁRL). Republiki te istnieją tylko przy rosyjskim poparciu i tylko dopóty, dopóki Rosja je popiera. Interes Rosji musi być tam chroniony nawet przed ich własnymi niezależnymi decyzjami i inicjatywami. Stawka jest tam za duża, aby pozwolić np. Zacharczence lub Płotnickiemu, lub komukolwiek innemu na samowolne i niezależne decyzje.

Kapitalizm i demokracja wydają się idealnie do siebie pasować. Demokratyczne społeczeństwa stanowią jednakowe dla wszystkich prawa, w obrębie których rozwijają się przedsiębiorstwa, współzawodniczące według jasnych reguł.

Przedsiębiorstwa nie mogą stanowić wprost swoich praw, a głos miliardera waży tyle samo, co głos nędzarza. Oczywiście poprzez lobbing, marketing i finansowanie partii politycznych, biznes ma wielki wpływ na politykę. Jednak po pierwsze nigdy to nie jest wpływ bezpośredni – zawsze wymagane jest przekonanie demokratycznej większości. Po drugie lobbing biznesu zazwyczaj musi być uzasadniony ekonomicznie (jeśli biznesmen lobbuje za jakimiś rozwiązaniami odległymi od gospodarki – robi to prywatnie). Po trzecie zaś wolna prasa czuwa, aby cały ten proces był transparentny.

Wszystkie kontrowersje związane z funkcjonowaniem biznesu w społeczeństwie można było ignorować akceptując odrębność lub neutralność aksjologiczną biznesu, albo odwołując się do fundamentalnych norm wspólnych dla całego społeczeństwa. To było stosunkowo łatwe, gdy akceptacja norm chrześcijańskich była w świecie zachodnim powszechna.

Co jednak zrobić w sytuacji, gdy finansowa i gospodarcza elita różni się w swych poglądach od (jeszcze) bogobojnego społeczeństwa? Czy ktoś zarabiający miliony dolarów miesięcznie nie powinien mieć dla tysięcy pracowników, których praca zależy od jego kaprysu, statusu równego Bogu?

To nie jest pytanie retoryczne, o czym boleśnie przekonały się ostatnio władze amerykańskiego stanu Indiana.

Historia ta jest związana z promowaniem „małżeństw homoseksualnych”. Na wielu drobnych przedsiębiorców padł strach w związku z agresywną promocją tej szopki, w której nie chcą oni uczestniczyć. Posypały się kary dla hotelarzy, którzy nie chcieli gejów traktować jak małżeństwa czy kwiaciarni, która nie chciała dostarczyć kwiatów na "gejowski ślub".

Amerykańska telewizja HBO zrealizowała film przy którym pracowało aż 160 prawników!!! Stacja spodziewa się bowiem lawiny pozwów „ze strony scjentologów, którzy znani są z wkraczania na sądowe ścieżki wojenne”. Film pod tytułem „Going Clear” demaskuje kulisy działania „kościoła scientologicznego”, do którego należą wielkie gwiazdy Hollywood. Ukazały się już demaskujące książki na ten temat. Jednak film ma obecnie znacznie większą siłę przekazu. Autorka jednej ze wspomnianych książek opowiada: Moc kościoła scjentologicznego bierze się przede wszystkim z kontroli, jaką Kościół ten sprawuje nad swoimi wyznawcami. Gdyby tylko zaryzykowali oni opuszczenie jego struktur, mogliby stracić nie tylko rodzinę i najbliższych przyjaciół, ale także szansę na wieczność, którą ta "religia" im obiecuje. Siłę tą wzmacnia dodatkowo fakt posiadania całkowitej, szczegółowej wiedzy o dosłownie każdym z wyznawców. Należy dodać, że formą kontroli jest także już sam fakt zainwestowania w Kościół i tworzącą go społeczność swojego czasu, swoich pieniędzy oraz swoich uczuć, emocji.

[…]

Trzeba mieć pieniądze, by móc zapłacić za rozmaite "usługi religijne", dlatego wielu ludzi decyduje się nawet na zastawienie własnego domu, byle zdobyć środki na ten cel, co nieraz doprowadza ich do poważnych kłopotów finansowych. A jaka jest rola celebrytów w tym Kościele? Cóż, oni są rekrutowani nie tyle dla pieniędzy, jakie posiadają, ale ze względu na wpływ, jaki mogą wywierać na rzesze ludzi.

Oni nie wyznają wiary w żadnego boga, oni uczą, że każdy może stać się swoim własnym wszechwiedzącym i wszechmogącym bogiem. Celem scjentologii ma być w istocie sprowadzenie człowieka do jego naturalnego stanu całkowitej wolności poprzez oczyszczenie ludzi "skażonych przez chwile cierpienia, jakich doświadczyli".

Widać w tych regułach wpływy hinduizmu. Rozwój kościoła scientologicznego jest też w pewnym sensie potwierdzeniem racji Jana Pawła II, który z dystansem odnosił się do religii wschodu. Mówił on (m.in. w biograficznej książce „Przekroczyć próg nadziei”), że chrześcijanie powinni duchowych wartości szukać w swojej tradycji. Charakterystyczna dla chrześcijaństwa bezpośrednia relacja człowieka z Bogiem stanowi zabezpieczenie przed manipulacjami. Jeśli w religii brakuje Boga, to sakrum (świętość) zostaje usytuowane gdzie indziej – najczęściej w samym człowieku. Niemiecki faszyzm pokazał do czego to może doprowadzić. Innym rozwiązaniem – charakterystycznym dla sekt – jest podporządkowanie jakiemuś guru. W kościele scientologicznym najwyraźniej mamy do czynienia z działaniami charakterystycznymi dla sekty. Po premierze filmu, ujawnono kilka pokazanych w nim ciekawostek:

Przegrana przez Argentynę potyczka z amerykańskimi terrorystami, to fragment wojny między między "pracą" a lichwą. Argentyna jest jednym z państw, które zbuntowały się przeciw lichwie: Kraj ten może się pochwalić dynamicznym i wieloaspektowym rozwojem trzeciego sektora. Szczególnie dobrze wyglądają inicjatywy dotyczące spółdzielczości i integracji społecznej. Dzięki temu wzrasta kapitał społeczny i tworzone są struktury, dzięki którym Argentyńczykom łatwiej jest przetrwać trudne chwile recesji. Do sukcesów Argentyny możemy zaliczyć odrodzenie się spółdzielczości, powstanie nowych przedsiębiorstw rodzinnych, kooperatyw i lokalnych bazarów oraz odbudowanie sieci sprawiedliwego handlu i wymiany bezgotówkowej.

Społeczeństwa ogarniętych kryzysem państw południa Europy także się buntują. W mediach nazywa się to wzrostem populizmu albo buntem wobec establishmentu. Albo najlepiej: wzrost populizmu przeciw establishmentowi – tak jak w Hiszpanii.

Premier Izraela wzywa europejskich Żydów do powrotu do IzraelaBojownicy Państwa Islamskiego ścięli głowy 21 egipskich chrześcijan, a film z egzekucji umieścili w internecie. Wielu przywódców wyraziło swe oburzenie, a Egipt w odwecie rozpoczął bombardowania terenów zajmowanych przez islamistów. Co roku tysiące chrześcijan ginie za wiarę – w wielu miejscach świata ma to charakter regularnych prześladowań.

W Kopenhadze z kolei zabito jednego żyda. Premier Benjamin Netanjahu wzywa swoich współwyznawców z Europy do powrotu do Izraela: Izrael to wasz dom, przygotowujemy się i wzywamy do wchłonięcia masowej imigracji z Europy.

Najwyraźniej jego zdaniem wspomniany mord nie świadczy o przeniesieniu wojny izraelsko – arabskiej do Europy, ale o odradzaniu się europejskiego antysemityzmu.

Może rzeczywiście Europa po holocauście powinna być bardziej wyczulona na przejawy nienawiści na tle religijnym. Dlaczego jednak miałoby to dotyczyć tylko judaizmu? Czy antysemityzm jest czymś bardziej odrażającym, niż nienawiść do chrześcijan?

Stanisław Lem stwierdził kiedyś, że gdyby nie internet, nie zdawałby sobie sprawy z tego, ilu idiotów jest na świecie. Dzisiaj w zalewie informacji ta prawda jakoś nam umyka z pola widzenia. Dlatego od czasu do czasu potrzebna jest jakaś konwencja – jak ta o „o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”, aby pozwolić głupocie świecić pełnym blaskiem. Taka myśl zapewne też przyświecała redakcji blogowiska „Salon24”, która promowała co głupsze teksty. Na przykład ten, w którym autor wyraża radość: Kościołowi utarto nosa. Nie jakieś tam „przeciwdziałanie” jest ważne, tylko to – że „nosa utarto” Kościołowi. Czyli pewnie co najmniej połowie społeczeństwa (choć autor tego idiotyzmu najwyraźniej utożsamia Kościół z eposkopatem). W innym tekście informację o tym, że w regionach, gdzie panuje tradycyjny model rodziny (Podkarpacie) problem przemocy jest najmniejszy została skwitowana następująco:

Wynikałoby z tego, że Polska powinna zainicjować konwencję o powtórnym zaangażowaniu kobiet przy garach, aby uniknęły bicia ich przez mężczyzn, złoszczonych ich zdrożnymi aspiracjami do równouprawnienia. Osoby zaś zależne tej samej płci co mężowie mają siedzieć cicho, bo jak dostaną w nos, to z własnej winy. I w ten sposób też będzie załatwiony problem płci kulturowej.

W trakcie debaty przeciwnicy Konwncji niejednokrotnie odnosili się do jej wad, które wylicza Joanna Banasiuk w "Naszym Dzienniku":

  1. Jest sprzeczna z polską Konstytucją (szersze uzasadnienie znajdziesz tutaj).

  2. Prawdziwym celem konwencji jest wprowadzenie ideologii „gender”. „Polska niejednokrotnie spełnia wyższe standardy w kwestii polityki antyprzemocowej niż przewiduje to unijna Konwencja. I są one skuteczne. Dowodem na to są wyniki badań Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej, w świetle których wypadliśmy najlepiej na tle innych państw członkowskich UE – Polska jest tym krajem UE, w którym jest najniższy wskaźnik przemocy wobec kobiet. Nasze mechanizmy są dobre. Oczywiście możemy je ulepszać, ale do tego nie potrzebujemy ratyfikacji manifestu ideologicznego”.

  3. Konwencja ingeruje w procesy wychowawcze: nakazuje uwzględnianie informacji o niestereotypowych rolach genderowych na wszystkich etapach nauczania.

  4. Dokument stygmatyzując również naturalne role kobiece i męskie deprecjonuje naszą tradycję i kulturę.

  5. Konwencja przewiduje istnienie komitetu monitorującego, czyli organizacji która zapewne będzie przypisywał sobie prawo do wykładni traktatu – czyli kolejne pozakonstytucyjne źródło prawa.

  6. Wdrożenie do polskiego prawa rozwiązań konwencyjnych będzie skutkowało ponoszeniem istotnych zobowiązań finansowych przez Polskę, których beneficjentami nie będą obywatele RP.

Rząd francuski sfinansuje wydanie kolejnego numeru Charlie Hebdo w milionowym nakładzie. Ciekawe, czy pojawią się w nim kolejne „dowcipy” w stylu „Tak dla burki – ale noszonej w d....”. Miejmy nadzieję, że w ramach szerzenia „europejskich wartości” prenumerata tego czegoś nie będzie obowiązkowa (przynajmniej w Polsce). Nasza „premierzyca” zamiast zająć się problemem górnictwa, pojechała bronić „wolności słowa do Paryża”. Do górników wysłała „dyplomatę” na miarę naszych możliwości, który doprowadził do zerwania negocjacji z górnikami wyzywając ich od „pajaców”. Mniejsza o to, że cham – ale tłumaczenie się, że „wszystkim puszczają nerwy” to już kompletny brak profesjonalizmu.

Wróćmy jednak do Charlie Hebdo. Jarosław Warzecha porównał to pismo do sowieckiego „Krokodila” i twierdzi, że możnaby zamianić rysunki między tymi pismami (ze stratą dla artystycznej wartości „Krokodila”). Nie ma racji. Taki obrazek z sowieckiej propagandy na 100% nie mógłby się pojawić w „Charlie Hebdo”:

Za sam cytat grozi nam oskarżenie o antysemityzm. Tymczasem żydowski dziennikarz Richard Silverstein ozdabia swoje refleksje po paryskim zamachu taką ilustracją:

Śmiać się z muzułmanów - według „zachodu” - to jest „wolność słowa”. Śmiać się z żydów – to antysemityzm. Tymczasem zdaniem Silversteina kryterium jest inne: można atakować wyznawców, ale nie religię. A już szczególnie religijne symbole należy uszanować.

Atak na redakcję satyrycznego pisma w Paryżu został uznany za akt terroru. W tej sytuacji trudno uciec od pytań o sens tych zdarzeń.

Zazwyczaj wobec śmierci niewinnych ludzi (niewinnych przynajmniej w tym sensie, że ich śmierć nie ma związku z ich działaniem), jedyną akceptowalną reakcją jest wyrażenie żalu lub oburzenia wobec sprawców. Utarło się nawet powiedzenie: „ciszej nad tą trumną”. Na refleksję jest czas później - po pogrzebie. Jednak w dobie pędzących niusów, później następują inne wydarzenia, przykuwające powszechną uwagę. Jakiś polityk korzysta z wróżki, innemu przemówienia pisze obcy dyplomata, jeszcze inny wykorzystuje stanowisko do reklamowania ciuchów – kto ma w nawale takich „wiekopomnych zdarzeń” czas by myśleć o dniu wczorajszym..... :-(.

Korzystajmy więc z chwili powszechnego oburzenia....

1. Chyba nie warto zwracać uwagi na to, co mówią „gadające głowy” w telewizji. Nawet jeśli pojawi się między nimi człowiek autentyczny, to skonfundowany dziennikarz szybko odbierze mu głos. Anonimowość internetu (nieważne - na ile prawdziwa) ma w tym wypadku pewne zalety - pozwala poznać autentyczne reakcje osób, które coś skłoniło do napisania komentarza. Komentarze te można z grubsza podzielić na trzy grupy:

  • Wyrażenie oburzenia: na terrorystów, na islam, albo bardziej generalnie – na religijnych fanatyków.

  • Refleksje ludzi o prawicowych poglądach, w których prócz potępienia czynu pojawia się krytyka działalności „satyryków”.

  • Polemika z prawicą. A raczej jej brak, który jak zwykle zastępują epitety w rodzaju „PISdzielcy”, „PISmatołki” albo po prostu „PIS stulic mordy !” (na podstawie komentarzy pod artykułem w Dzienniku”).

BBC jest znane w świecie dziennikarskim z wysokich standardów. Obecne standardy BBC wyznacza pomysł, aby jako antidotum na „nadmierną radość świąteczną” wydać album o samobójstwie i perwersjach. Najbardziej szokujący jest utwór Gruffa Rhysa, lidera zespołu „Super Furry Animals”. W piosence, o próbie samobójczej, Rhys śpiewa: "Zawiozłem cię do szpitala. Cięcia były głębokie, zasnąłeś. To był 1987 rok, właśnie zdiagnozowano u ciebie depresję maniakalną. Powiedziałeś: Następnym razem zrobię to lepiej. Idź do diabła – rzekłem”.

Album został wydany przez Demon Music Group, należącą do spółki BBC Worldwide.

To bynajmniej nie jest pojedynczy wybryk, na który należałoby spuścić zasłonę milczenia. Wręcz przeciwnie. To słynny dziennikarz BBC Jimmy Savile przez lata dokonywał seksualnych ekscesów – w tym z udziałem dzieci. W BBC o tym wiedziano i tolerowano. Dziennikarskie śledztwo w tej sprawie zostało wyciszone. Dopiero po jego śmierci (w 2011 roku) rozpoczęto normalne dochodzenie. Nie ulega więc wątpliwości, że w BBC Worldwide można liczyć na atmosferę sprzyjającą „alternatywnemu Bożemu Narodzeniu”.

Rozgłośnia BBC stała się stacją propagandową, wzmacniając przekaz legendą o swoich „standardach”. Co z nich zostało można się przekonać śledząc relacje na temat "globcio” (na przykład katastroficzne prognozy), albo „konfliktu na Ukrainie”.

Niedawno Barack Obama chełpił się, że USA ma najlepszą armię na świecie i poradzą sobie z każdym problemem. Mówił między innymi, że jeśli gdzieś na świecie jest problem, to nikt nie dzwoni do Moskwy lub Pekinu, ale do Waszyngtonu. Jedno z drugim nie musi mieć jednak wiele wspólnego. Najgroźniejszym bokserem jest obecnie Władymir Kliczko. Ale jeśli ktoś chce spuścić manto swoim wrogom, to raczej poszuka jakiegoś osiłka lubiącego przywalić poza ringiem.

Także sprawność tej „najlepszej” armii budzi coraz więcej wątpliwości. Oto opis wydarzenia z wiosny tego roku na Morzu Czarnym: 10 kwietnia niszczyciel „Donald Cook” z pociskami manewrującymi „Tomahawk” wszedł na wody neutralne Morza Czarnego. Pojawienie się amerykańskich okrętów wojennych na tych wodach jest sprzeczne z Konwencją Montreux - o rodzaju i okresie pobytu na Morzu Czarnym okrętów wojskowych krajów, które nie mają dostępu do tego morza.

W odpowiedzi Rosja wysłała nieuzbrojonego Su-24 do oblotu amerykańskiego niszczyciela. Jednocześnie, jak twierdzą eksperci, był on wyposażony w najnowszy rosyjski kompleks walki radioelektronicznej. Według tej wersji „Aegis” już z daleka zauważył podejścia z powietrza, zabrzmiał alarm bojowy. Amerykańskie radary oszacowały kurs kolizji z celem. I nagle wszystkie ekrany zgasły, „Aegis” przestał działać, pociski nie mogły otrzymać informacji z nakierowaniem. A Su-24 w międzyczasie przeleciał nad pokładem niszczyciela, wykonał manewr chandelle i zasymulował atak rakietowy na cel. Potem zawrócił i powtórzył manewr. I tak 12 razy.

Fragment homilii ks. kard. Stanisława Dziwisza w Toruniu, na uroczystości 23-lecia Radia Maryja:

Zdaję sobie sprawę, że mój przyjazd i dzisiejsze wystąpienie w Radiu Maryja spotka się z krytyką niektórych środowisk. Podjąłem jednak tę decyzję, kierując się poczuciem odpowiedzialności za jedność Kościoła w Polsce. Nie ma bowiem Kościoła Pawła i Apollosa. Nie ma Kościoła łagiewnickiego i toruńskiego. Jest jeden Chrystusowy Kościół. Dlatego musimy stale wsłuchiwać się w słowa Apostoła zachęcającego nas, „abyśmy żyli w zgodzie i by nie było wśród nas rozłamów; abyśmy byli jednego ducha i jednej myśli” (por. 1 Kor 1, 10). […]

Ojcze Prowincjale, Ojcze Dyrektorze, drodzy Ojcowie Redemptoryści, dziękuję wam i waszym współpracownikom za dzieło, które ofiarnie prowadzicie od dwudziestu trzech lat. Należy się wam wdzięczność Kościoła i ludzi dobrej woli. Macie w ręku wielkie dobro.

 

„Kościół łagiewnicki” został „założony” w roku 2006 przez polityków PO ku radości antypolskiej gazety Michnika. Informowała ona: Bezprecedensowe spotkanie abp. Dziwisza z Platformą Obywatelską. Donald Tusk: - Dziś duża część Kościoła otwarcie popiera PiS. Jest to efekt politycznego terroru ojca Rydzyka. Jan Rokita: - Niech w Polsce wygra "katolicyzm łagiewnicki" zamiast "toruńskiego".