Związek Banków Polskich zaprezentował raport na temat „gospodarczych dokonań Polski”, które „wyglądają dobrze szczególnie na tle innych krajów”. Prezes ZBP mówi, że w przeciwieństwie do wielu innych członków Unii Europejskiej, Polska może pochwalić się prawie 20-procentowym wzrostem gospodarczym w czasie kryzysowych lat.

 

W tym samym czasie Polska zostaje sklasyfikowana na 18-tym miejscu według „indeksu biedy” (liczonego jako bezrobocie + inflacja), a młodzi ludzie uważają siebie za „stracone pokolenie”. . I

 

Równocześnie polscy menadżerowie (w przeciwieństwie do bankowców) z pesymistycznie postrzegają perspektywy rozwoju.

No to mamy sukces, czy nie?

Problem z tego typu wskaźnikami polega na tym, że zawsze opisują one uproszczony model, który może opisywać rzeczywistość dokładnie, ale niekoniecznie dogłębnie.

Opisy historii pojedynczych osób mogą być nie tyle przeciwwagą, co uzupełnieniem dla takich uproszczonych miar. Wczoraj na przykład w TVP pokazano historię pewnej rodzinnej firmy, walczącej z fiskusem. Gdy w maju br. po raz siedemnasty sąd administracyjny skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia, zdesperowana Krystyna Chojnacka popełniła samobójstwo.

Dla państwa Chojnackich odpowiedź na pytanie o sukces lub porażkę ma jasną odpowiedź. Czy takie jednostkowe przypadki mają znaczenie dla całościowej oceny? Tak. I nie chodzi tylko o ich ilość. Chodzi o to, że ludzkie tragedie w Polsce często nie wynikają z czyjejś niezaradności lub pecha, ale są wynikiem świadomej polityki państwa. Na poparcie tej tezy można przytoczyć obiektywne dane, zebrane pracowicie na stronie http://polskabieda.com/polskabieda.pdf. Dla kwota wolna od podatku relatywnie zmalała z prawie 8% do poniżej 2% najniższego wynagrodzenia. Co to oznacza? Stale rosnący fiskalizm w stosunku do najbiedniejszych. Na dodatek te obciążenia nie rozkładają się równo. Wysoki VAT sprawia, że ludzie którzy ledwo wiążą koniec z końcem ¼ swoich przychodów muszą oddać państwu. Opodatkowanie pracy przedsiębiorcy (zwane składką ZUS) od przedsiębiorcy nie zależy od jego przychodów. W ubogim regionie mała firma usługowa musi na to przeznaczyć około 1/3 swojego dochodu, gdy dla takiej samej firmy w stolicy może to być 1/5. To są bardzo istotne różnice, które sprowadzają się do jednego: dużej ilości obywateli państwo odbiera środki niezbędne do godnego życia. Dlaczego to robi? Aby zapewnić „sukces” tym, którzy potrafią się przyssać do tego strumienia pieniędzy. Nie znaczy to wcale, że w Polsce nie jest możliwe osiągnięcie autentycznego sukcesu poprzez ciężką pracę i dobry pomysł poparty odrobiną szczęścia. Można też wygrać w totka. I trudno rozstrzygnąć która z tych dwóch opcji jest bardziej prawdopodobna.

 

Rosnące nierówności to nie jest tylko polska specyfika. Są one postrzegane jako zagrożeni dla gospodarek zachodu. Jednak to co gdzie indziej jest postrzegane jako problem, u nas prezentuje się jako sukces. Ten punkt widzenia można zaakceptować tylko przy założeniu, że to „ich” sukces. Że mamy jasny podział na „my” i „oni”. Na tych, których stać na kolację za 2tys i tych, którzy mogą sobie o tym przeczytać w gazecie.