Według sondażowych (exit poll) wyników wyborów, zwycięzcą jest Prawo i Sprawiedliwość (38%) z dużą przewagą nad PO (23,4%). Co jeszcze można wnioskować z opublikowanych wyników?

1. Polacy nie chcą lewactwa. Wydawało się, że Leszek Miller i inni decydenci w SLD rozumieją to doskonale, trzymając się od tego z daleka. Jednak sukces Palikota w poprzednich wyborach chyba zmącił im w głowie.

Wbrew wyrażanym gdzieniegdzie nadziejom, sejm nie będzie pozbawiony lewactwa – bo PO wyraźnie skręciło w tą stronę. Tyle, że może to być powód do rozpadu tej partii. Pożyjemy – zobaczymy.

2. Polacy okazali się generalnie odporni na propagandę. Poparcie dla mocno wspieranej przez media mafii na poziomie 20%, przy frekwencji około 50% to naprawdę więcej niż można oczekiwać przy tak zmasowanej propagandzie.

3. Niestety nadal jest popyt na uczoną głupotę – choć „nowoczesna platforma” to raczej karykatura jej poprzedniczki. Zapowiada się 4 lata ubawu po pachy (choć człowiekowi w swetrze w stosunku do JKM nie staje ani prezencji ani intelektu – ale skoro takie są wyroki „demokracji” to trudno).

Zaczęło się już w wieczór wyborczy, gdyby przedstawiciel tej partii zaczął pouczać PiS. Zażądał, by to Kaczyński został premierem - bo tak jest w „dojrzałych demokracjach (a kto ma o tym wiedzieć, jeśli nie Sfetru) oraz aby PiS nie zmieniał konstytucji… Gdyby telewizja była bardziej ambitna – zrobiłaby satyryczny program "Sfetru komentuje" – materiału na pewno nie braknie.

4. PSL na granicy (różnica między ich wynikiem a progiem wyborczym jest na granicy błędu statycznego). To budzi podziw. Udało im się przywłaszczyć 120 lat tradycji ruchu ludowego i zbudować niezliczone sitwy lokalne. Aby doprowadzić do sytuacji, w której ich sejmowy byt jest niewiadomą, przy takim zapleczu, trzeba było czynów niezwykłych - na miarę Janka Burego.

Zawsze jest ten sam schemat. Najpierw szok i niedowierzanie. Potem złość i bunt przechodzące w wielki żal i smutek. W końcu dochodzimy do akceptacji i pogodzenia się ze stratą, a nawet pewnego zobojętnienia.

Chyba każdy, kto rozumie jak funkcjonuje III RP musi być zszokowany. Choć przyznać trzeba, że trudno jest tutaj o taki poziom szoku, by nic nie potrafiło nas zaskoczyć. Nawet najgorszemu cynikowi chyba trudno uwierzyć w to, że rząd może knuć z człowiekiem, który chciałby zniszczenia całej branży polskiej gospodarki i zawładnięcia energetyki kraju sąsiedniego. Być może w Polsce rzeczywiście polityk nie zna słowa 'zdrada', ale może jednak przynajmniej mamy jakieś resztki przyzwoitości? Tak może myśleć ktoś, kto nie dowierza. Skutkiem jest bunt i próba przeciwdziałania. Ludzie protestują, piszą listy, chodzą na wybory, wyrażają swoje zdanie, które spotyka się tylko z kpiną i szyderstwem. Ta kpina i szyderstwo ma wartość terapeutyczną. Tylko pogłębienie żalu może bowiem prowadzić do akceptacji tego, czego zmienić się nie da.

A nie da się z trupa jakim jest III RP zrobić nagle żywotnego państwa. Trup musi obumrzeć do końca, aby można było czekać z nadzieją na zmartwychwstanie Ojczyzny. Jeśli ktoś liczy na to, że 25 października może zrodzić się nowy wspaniały kraj na miarę naszych marzeń i pragnień, ten jest w grubym błędzie – bo nie pogodził się jeszcze ze stratą. Może natomiast dokonać się agonia IIIRP – państwa establishmentu, które nigdy nie miało w praktyce na względzie dobra wszystkich obywateli. Nie pozbędziemy się „onych” i żaden z nich nie wyjedzie z kraju (nawet młoda Kopaczowa). Bo tylko tutaj oni są kimś…. Nikt (poza małymi dziećmi) nie wierzy też w cudowną moc „dobrej zmiany”. Ta zmiana jest dobra i oczekiwana – jako koniec właśnie, a nie nowy początek. Na „początek” (zmartwychwstanie) może pojawić się tylko (i aż) mała szansa. Nic więcej. Tylko wytężona praca pozwoli tą szansę wykorzystać, a nie powyborcze fajerwerki ( o ile nastąpią).

Rozumiejąc to wszystko, nie mamy żadnych powodów do związanych z oczekiwaniami stresów. Nie musimy się dziwić, że ujawnienie wspomnianej wyżej zdrady nikogo nie rusza. My już nie jesteśmy na tym etapie, by się buntować. Nowoczesny Rysiek odstawia „ekspercką” szopkę szukając głupków, których zdoła nabrać? No i co z tego – na pewno niejednego znajdzie. Tak samo jak kolejne generacje komunistów znajdą amatorów na antykościelne hasła i lewackie mądrości. Zero stresu. Jak śpiewał Młynarski (zanim jeszcze przepoczwarzył się w „onych”): róbmy swoje, może to coś da. Jeśli rodacy zdecydują się w niedzielę pogrzebać trupa III RP – będzie łatwiej. Ale żadna ich decyzja nie powinna szczególnie wzruszać nikogo, kto już odbył swoją żałobę.

W ramach robienia swego, tuż po wyborach w Jarosławiu odbywa się konferencja pod tytułem „Ekonomia solidarności strategią rozwoju lokalnego”. Jeśli ktoś ma blisko, to w imieniu organizatorów zapraszam – na pewno będzie arcyciekawie. Konferencja odbędzie się bez względu na wynik wyborów ;-). Róbmy swoje, może to coś da…..

 

W czasie telewizyjnej debaty przedwyborczej padło zdumiewające stwierdzenie: sposobem na naprawę służby zdrowia ma być podział NFZ na fundusze „konkurujące ze sobą”. Pomysł ten wygłosił z całą powagą polityk najbardziej nowoczesny, najbardziej kompetentny i w ogóle najbardziej …. Warto więc potraktować go poważnie.

O co miałyby te fundusze konkurować? O pacjenta oczywiście. Czym? Lepszą ofertą? Na czym miałaby ta „lepszość” polegać? Na mniejszym „marnotrawieniu pieniędzy”. Fantastyczne, prawda? Jeden fundusz zapłaci lekarzowi za zabieg stówkę, a drugi tylko 50 złotych – no to oczywiście wszyscy przepiszą się do tego, który płaci mniej, a marnotrawca pójdzie z torbami!

No to pozostaje tylko jedno pytanie: gdzież są ci mądrzy ekonomiści, którzy wnikliwie analizują programy partii, rwąc włosy z głowy – ileż to będzie nas kosztować? Przeprowadzanie takich eksperymentów „eksperta” to będzie bezpłatne? Cztery fundusze, to czterech prezesów, cztery zarządy, pomnożona razy 4 biurokracja. Nic was to nie boli? Elito polskiej ekonomii: daj głos!

Być może najnowocześniejszy, najbardziej kompetentny i w ogóle najbardziej … polityk wcale nie jest kretynem, ale nie mówi nam wszystkiego? Bo fundusze finansujące leczenie rzeczywiście mogą ze sobą konkurować – tak jak w USA. Na przykład jeden zapłaci za dentystę 100%, ale za leczenie szpitalne już tylko 80%. Inny zaś sfinansuje nawet kobiecie zamrożenie jajeczek, by mogła zajść w ciążę jak już będzie na emeryturze. Jeden będzie „marnotrawił” pieniądze płacąc pielęgniarkom, inny zaś zainwestuje je u mocodawców Sfetru. Zawsze jakiś element konkurencji można wprowadzić – choćby walkę prezesów na ringu o finansowanie z budżetu ;-). Ale o tym Sfetru nam nie mówi. Może na swych wyborczych spotkaniach „nowoczesnych Polaków”?

Słyszał ktoś?

 

 

 

Program powyborczy

Wydaje się, że na tydzień przed wyborami, Polacy są wyjątkowo dobrze do nich przygotowani. Każdy ma swoich wrogów dobrze określonych. Dla tych nielicznych, którzy jeszcze się wahają, krótki przewodnik wyborcy – dlaczego mamy (nie)głosować na poszczególne ugrupowania:

  • PO – żeby córusia znanej z prawdomówności Ewy Peron nie musiała wyjeżdżać z „tegokraju”.

  • PSL – bo lokalne sitwy też powinny mieć reprezentację w parlamencie.

  • PiS – bo prezes Kaczyński swoje lata ma – jak nie teraz to kiedy ma budować państwo na miarę marzeń Piłsudskiego?

  • Kukiz'15 – jak Paweł Kukiz dostanie subwencje, to na pewno jakiś program polityczny napisze.

  • ZL – bo znikające resztki spadkobierców PRL'u są żywym świadectwem historii, a ich muzeum uświetnia człowiek ze sztucznym penisem.

  • Nowoczesna PL – bo w Polsce politycy jeszcze nie siedzą w kieszeni bankierów tak głęboko jak w USA – Ryszard Petru to krok w dobrym kierunku (wszak wszystko co amerykańskie jest „nowocześniejsze”).

  • KORWIN – bo obecny sejm jest zdecydowanie za mało rozrywkowy.

Szczerze mówiąc normalny człowiek na tej podstawie nie znajdzie swojego kandydata (to tylko żartobliwe podsumowanie). Jednak najgorsze, co może zrobić taki człowiek, to włączyć telewizor.

Były kandydat na Prezydenta Paweł Tanajno, który rozmawiał o współpracy z Ryszardem Petru, tak relacjonuje efekty tej rozmowy: „W zestawieniu pewnych faktów ujawnionych w trakcie naszej ówczesnej rozmowy z wydarzeniami ostatnich dni, między innymi 2 mln zł kredytu udzielonego partii Petru (w kontrze do http://www.wprost.pl/…/Banki-nie-ufaja-Palikotowi-Ruch-nie…/) uważam, że okoliczności funkcjonowania tej partii powinny w chwili obecnej stać się przedmiotem kontroli ABW. Nie twierdzę, że Ryszard Petru i Nowoczesna.pl działają nie legalnie. Działają tak samo legalnie jak rosyjski kapitał chcący przejmować wrogo spółkę Azoty za pośrednictwem najróżniejszych innych podmiotów finansowych z całego świata.

W interesie Polski jest ochrona naszych mechanizmów demokratycznych w stopniu większym niż ochrona bezpieczeństwa gospodarczego, np. energetycznego. […]

Partia Petru Nowoczesna.pl nie ma nawet należności z subwencji a w mojej ocenie kredyt jej udzielony ma charakter inwestycji i to z elementami hazardu, opcji. Wszelkie zewnętrzne zabezpieczenia kredytu - poręczenia osób fizycznych, osób prawnych np. fundacji Petru, są nielegalne. Ponieważ Partia Petru nie miała szans na zdobycie majątku wartego 2 mln zł, uzyskanie takiego kredytu i wykorzystanie w kampanii jest wątpliwe prawnie i może być niebezpiecznym precedensem, furtką przez którą międzynarodowe korporację będą mogły wpływać wprost na politykę w Polsce”.

W jednym Pan Tanajno racji nie ma. Banki w Polsce mają bardzo dużo do stracenia. Te dwa miliony na partię, która będzie ich reprezentować w sejmie to naprawdę dobra inwestycja, a nie jakiś hazard. Biorąc zaś pod uwagę powiązanie inwestycji finansowych może to być także ochrona swojego człowieka, który przysłużył się ograbieniu Polaków poprzez OFE i nieraz jeszcze przysłużyć się może….

Obecna kampania wyborcza przejdzie bez wątpienia do historii – także dzięki tej „nowoczesności”. Ujawnione maile polityków tej partii zawierają prosty przepis na kampanię: „już samo składanie obietnic szkodzi Polsce i ludziom”, „Skuteczne prowokowanie Jarosława to rzecz dla nas bardzo ważna", oraz "Duda zaczyna być coraz bardziej poobijany, trzeba obijanie kontynuować".

Werner Heisenberg był genialnym fizykiem. Jego wkład w rozwój fizyki XX wieku jest nie do przecenienia. Sformułowana przez niego zasada nieoznaczoności jest równie fascynująca jak prawa Newtona, zastosowanie transformaty Lorentza w szczególnej teorii względności, czy zasada równoważności energii i materii Einsteina. Heisenberg był nie tylko wielkim fizykiem, ale i myślicielem. Gdy dzisiaj czyta się jego wspomnienia – nie robią one takiego wrażenia, gdyż współczesny system pojęć zaadaptował kształtowane z początkiem XX wieku koncepcje. Sto lat temu współczesny światopogląd dopiero się kształtował, a Heisenberg był jedną z osób mających wielki wpływ na ten proces.

Czy Heisenberg był mądrym człowiekiem? Biorąc powyższe pod uwagę, to pytanie wydaje się niedorzecznością. Czy mądrość tak wielkiego naukowca wymaga potwierdzenia? Problem w tym, że Heisenberg – tak jak większość ówczesnych elit niemieckich, poparł Hitlera. Nawet zakładając, że nasz odbiór wodza III Rzeszy jest wypaczony przez wojenną propagandę, a ludzie wówczas mieli mniejszą wiedzę i mniej wrażliwe sumienia, Hitler był postacią wystarczająco mroczną, by się go bać. Heisenberg był na tyle uczciwy, że nie próbował tłumaczyć, że o niczym nie miał zielonego pojęcia. Jednak nie stać go było, by porzucić legendę jaką sobie zbudował na swój temat. Twierdził na przykład, że rozumiejąc komu służy nie miał motywacji i dlatego niemiecka broń jądrowa nie powstała. Najwyraźniej nie rozumiał tego, że gdyby nie jego prace, Amerykanie mogli nie rozpocząć projektu Manhattan i nie zginęłoby kilkaset tysięcy ludzi w Hiroszimie i Nagasaki.

Biorąc to pod uwagę czujemy jakiś dyskomfort, nazywając takiego naukowca „mądrym człowiekiem”.

Może jednak te dylematy wynikają jedynie z opacznego rozumienia mądrości? Czym zatem jest mądrość? Przyjmijmy na początek definicję używaną w naukach związanych z przetwarzaniem informacji: Mądrość to umiejętność praktycznego wykorzystywania wiedzy.

Obrazuje to piramida wiedzy:

Wczorajsze przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na konwencji w Jarosławiu zwiastuje prawdziwy przełom. W zasadzie fundamentalna zmiana już się dokonała poprzez sam fakt wygłoszenia takiego przemówienia. Czas pokaże na ile jest to zmiana trwała.

Co powiedział Jarosław Kaczyński?

1. Zaczął od kwestii wiarygodności władzy. Władza wiarygodna musi spełniać obietnice z którymi idzie do wyborów, a nie – jak obecnie rządzący – pod koniec kadencji obiecywać to samo na przyszłość.

2. Dla partii głoszącej program prospołeczny – taki jaki głosi PiS – kwestia wiarygodności jest szczególnie ważna. Takiego programu nie da się zrealizować bez stałego poparcia i zaangażowania całego społeczeństwa, gdyż potężne siły będą chciały przeciwstawiać się zmianom. Obecna władza boi się silnych i woli mówić, że nic nie da się zrobić i na nic nie ma pieniędzy – no chyba, że czegoś zażąda Bruksela (o tym Kaczyński nie wspomniał – ale to oczywistość).

3. Absolutnym przełomem jest sposób, w jaki PiS chce osiągnąć założone cele. Jarosław Kaczyński nareszcie zrozumiał, że tak duże wyzwania nie mogą być realizowane odgórnie. Jedynie władza wsparta społecznym ruchem jest w stanie dokonać przełomu. Jarosław Kaczyński przypomniał niesamowity oddolny rozwój kapitalizmu w Polsce w roku 1989. Powstało wówczas w sektorze prywatnym 6 milionów miejsc pracy. Teraz potrzebujemy nowej wielkiej fali polskiego kapitalizmu. Władza wsparta społecznym ruchem jest w stanie usunąć bariery i dać szanse rozwoju. Polacy – przede wszystkim młodzi ludzie - muszą chcieć skorzystać z szansy która zostanie stworzona.

4. Jedną z podstawowych barier jest brak uczciwości w gospodarce. Większość społeczeństwa i przedsiębiorców pragnie uczciwości – bo wtedy można konkurować produkcją, a nie układami.

 

To przemówienie pokazuje, że przełom nastąpił w samym PiS'ie. Polskie partie wszystkie są skażone PRL'em. Fundamentem ich działania jest przekonanie, że władza jest po to, by wyręczać społeczeństwo w wielu obszarach. Jedynym wyjątkiem jest kabareciarz Janusz Korwin Mikke – który chciałby w miejsce wszechmocnej władzy i uwolnienia społecznego darwinizmu. Tymczasem w polskiej Konstytucji zapisano, że naszym ustrojem jest społeczna gospodarka rynkowa. Jeśli za punkt odniesienia przyjąć pierwotne znaczenie tego terminu, to żadna partia nie ma tego w programie. Także PiS. Dlatego wczorajsze przemówienie jest tak niesamowite, bo pokazuje zmianę nastawienia najważniejszego obecnie polityka w Polsce.

Najważniejszym założeniem społecznej gospodarki rynkowej jest to, że aktywność obywateli w warunkach wolności gospodarczej, umożliwia im zaspokajanie swych potrzeb. W stosunku do liberalizmu i libertarianizmu różni się jednak tym, że potrzebne dla rozwoju instytucje są kształtowane przez państwo, które dba o przestrzeganie fundamentalnych zasad. Te zasady są tak pomyślane, by nie było sprzeczności między rozwojem gospodarczym a rozwojem społecznym. Zwycięstwo liberalizmu („koniec historii”) doprowadziło obecnie do koszmarnego kryzysu w skali światowej. Dlatego powrót do zasad społecznej gospodarki rynkowej jest potrzebny nie tylko Polsce, ale i całemu światu. Dostrzega to coraz więcej ludzi – zwłaszcza w Europie. Ale tylko w Polsce takie zmiany mają szansę zyskać silne poparcie społeczne. Bo ich nie da się zrobić wyłącznie przy pomocy politycznych decyzji.

Istotą przekrętu z OFE jest „ukryty dług”, który wygenerowali polscy ekonomiści. Oczywiście oni sami tego nie wymyślili. Ale wykonanie: perfect.

Aby zrozumieć na czym to polega zastanówmy się nad podobną reformą polskiej służby zdrowia.

W latach 90-tych ekonomiści spod znaku Balcerowicza proponowali wszystko sprywatyzować. Polscy lekarze oczywiście nie zdążyli się dorobić, aby wykupić całą infrastrukturę (szpitale, pogotowia etc). Ale dobry wujek z Ameryki ma taką cudowną maszynę drukarską, na której drukuje dolary i chętnie za te dolary wszystko kupi. Niestety mając ręce pełne roboty przy wyprzedaży innych aktywów, zostawionych przez ten straszny PRL, ze szpitalami Balcerowicz nie zdążył się uwinąć.

Teraz jest już za późno, bo po pierwsze w takiej prywatyzacji mogą uczestniczyć Polacy (niektórzy się dorobili), a po drugie społeczeństwo przestało wierzyć w cudowną moc „prywatyzacji”. Nadal jednak wierzy w cudowną moc „rynków finansowych”. Dlatego potrzebny Balcerowicz drugiej generacji – powiedzmy taki Ryszard Petru, który dokona „reformy”. Zamiast prywatyzacji infrastruktury, trzeba sprywatyzować fundusz finansujący jej utrzymanie. Wystarczy, by ludzie uwierzyli, że każde zobowiązanie jest długiem finansowym. Dla naszych genialnych ekonomistów nic trudnego.

 

Etap pierwszy: wygenerowanie „ukrytego długu”.

Co zrobić, aby służba zdrowia funkcjonowała lepiej? Państwo musi wydawać na nią co najmniej 100 mld rocznie. Oczywiście „opieka medyczna” nadal będzie w 100% bezpłatna. Zakładając, że przeciętna długość życia to 70 lat, na każdego obywatela państwo wydaje 184 tys. (70*100mld/38mln). Państwo ma wobec obywateli "ukryty dług" w wysokości 7bln PLN (184 tys. * 38mln). Łolaboga co to będzie? Jak my to spłacimy?

 

Etap drugi: pomoc „rynków finansowych”.

Balcerowicz drugiej generacji doznaje objawienia i głosi dobrą nowinę: nie martwicie się, rynki finansowe dokonają cudownego rozmnożenia. Wystarczy, że będziecie im płacić powiedzmy po 200mld rocznie na poczet tego „ukrytego długu”, a służbę zdrowia będziecie mieć z głowy. Prywatne NFZ, które będą te środki inwestować i z tego utrzymywać służbę zdrowia.

 

Etap trzeci: kryzys demograficzny.

Ludzie będą się dziwić, że opieka medyczna jest coraz gorsza, choć płacą na NFZ dwa razy więcej, a na dodatek lekarze płaczą, że prywatne NFZ kontraktują coraz mniej. Trzeba to jakoś to wyjaśnić. Żyjemy coraz dłużej, a nowoczesna medycyna kosztuje coraz więcej. Społeczeństwo się starzeje, więc cieszcie się, że w ogóle jest jakaś bezpłatna służba zdrowia. A najlepiej to sobie samemu odkładać, by w razie czego leczyć się prywatnie. Poza tym pamiętajcie, że macie do spłacenia jeszcze kilka bilionów „ukrytego długu”, więc morda w kubeł – bo w każdej chwili możemy was zbankrutować.

 

Oczywiście podany przykład ma mieć wartość edukacyjną, więc jest prosty jak budowa cepa. W praktyce trzeba to jakoś udziwnić, aby ten przekręt nie był tak oczywisty.

 

Podoba się? No to głosujcie na Ryszarda Petru i jego ferajnę.

Partia Ryszarda Petru „Nowoczesna PL” opublikowała swoje „Kierunki programowe”. Dokument jest ciekawy z uwagi na sposób jego powstania – w oparciu o ankiety. „W ankiecie on-line, w której pytaliśmy Polaków o to, co przeszkadza im w kontaktach z państwem, otrzymaliśmy ponad 57 tys. spontanicznych odpowiedzi. Każda z nich została wnikliwie zanalizowana, a łącznie – stały się podstawą do nakreślenia kierunków programu. Od początku zakładaliśmy bowiem, że najpierw będziemy słuchać, a potem odpowiadać. I że będzie to pierwszy program oparty na prawdziwej, a nie udawanej rozmowie”.

Rzeczywiście diagnozę polskich bolączek zawartą w tym dokumencie można uznać za dość udaną. Większość recept na uzdrowienie nie wykracza jednak poza ogólniki. W miejsce rzetelnych obliczeń i konkretnych propozycji mamy coś na kształt powtórki z Unii Wolności:

Polityka uchodzi za brudną i złą. I taka w dużej mierze jest – teraz. Nie zmieni się to, jeśli nie wejdą do niej profesjonaliści, ludzie ze znajomością języków, doświadczeniami zawodowymi i sukcesami. […] Ile jeszcze lat będziemy się wstydzić za własny kraj i słuchać o potrzebie zmian, wiedząc, że będzie nadal tak, jak jest?

Dwa fundamenty Unii Wolności wypisz wymaluj: wstyd za własny kraj i przekonanie o tym, że stoi się na czele armii profesjonalistów (bo ci z innych partii to nieudacznicy).

Pojawia się jednak dwie wątpliwości. Po pierwsze - czy aby na pewno sprawdzono, czy te 50 tys osób, które odpowiedziały na ankietę, to sami fachowcy znający języki? Czy dysponująca kadrą fachowców siła polityczna nie powinna dysponować własną wiedzą, zamiast ryzykować posługiwanie się zbiorem opinii?

Druga wątpliwość bierze się stąd, że od 25 lat o kształcie polskiej polityki decydują ludzie, z którymi Petru jest związany i dla których jest naturalnym spadkobiercą.

Mieliśmy dwa okresy oddechu: rekordowych wzrostów (7%) w czasach gdy rządziło SLD a ministrem finansów był Kołodko oraz w latach 2005-2007 – gdy rządził PiS. Jednak to nie Jarosław Kaczyński i PiS nadali kształt III RP. Dlaczego więc ci, którzy stworzyli obecnego potworka mieliby go naprawiać?

 

Skoro jednak dokonano tyle pożytecznej pracy, warto się zapoznać z jej wynikami.

Partia „Prawo i Sprawiedliwość” opublikowała swój nowy Program 2014. Jest to dokument wart odnotowania, gdyż jest w nim stosunkowo dużo (jak na polskie standardy) konkretów. Niniejsza analiza ma odpowiedzieć na pytanie, czy program ten umożliwia budowę w Polsce (w zgodzie z Konstytucją) społecznej gospodarki rynkowej.