W jednej z komercyjnych telewizji biznesowych miało miejsce zbiorowe rwanie włosów z głowy nad losem przedsiębiorców gnębionych przez państwo.

Informowano o tym, że zgodnie z nowymi przepisami:

  • naczelnicy Urzędów Skarbowych urządzają „egzamin na przedsiębiorcę” – dopytując się, czy ma kwalifikacje, kapitał, magazyny etc…;
  • wydłużyła się z kilku dni do 3 miesięcy procedura rejestracji przedsiębiorstw;
  • co roku rejestruje się w Polsce 300 tys przedsiębiorstw i część z nich na pewno zrezygnuje z powyższego powodu, a ich ilość wprowadzi wielkie zatory;
  • pełnomocnicy przedsiębiorców odpowiadają przez pół roku za zaległości podatkowe nowych podmiotów, dlatego nie pomogą przy rejestracji (a jak widać bez nich to prawie niemożliwe).

Co z tego jest prawdą? Ściśle rzecz biorąc - nic. Chodziło o ustawę zmieniającą zasady rejestracji przedsiębiorstw jako płatników VAT. Nie ma więc mowy o rejestracji nowych przedsiębiorstw, którą teraz można zrobić przez internet, ale przeciwdziałanie postawanu firm – wyłudzaczy VAT (i tylko płatników VAT to dotyczy).

Według danych dane GUS rocznie powstaje góra 250tys nowych podmiotów gospodarczych, z których tylko niewielki odsetek to płatnicy VAT. Każdy kto dłużej prowadzi działalność gospodarczą w Polsce wie, że z wszystkich instytucji otoczenia biznesu właśnie urzędy skarbowe przeszły największą metamorfozę. Jeśli gdzieś jest urząd w którym naczelnik wykorzystuje prawo do upewnienia się, że zgłaszająca płacenie VAT firma rzeczywiście działa do urządzania „egzaminu na przedsiębiorcę” - to powinno być napiętnowane (konkretnych przykładów nie podano).

Najbardziej kontrowersyjną kwestią jest odpowiedzialność pełnomocnika za pośrednictwem którego zarejestrowano płatnika VAT. Dotyczy jednak ona jednak tylko sytuacji, w której zaległości podatkowe płatnika, związane są z nierzetelnym rozliczaniem podatku w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Pełnomocnik odpowiada wówczas solidarnie ze swoim mocodawcą do kwoty 500 000 zł, pod warunkiem, że zaległości te powstały z tytułu czynności wykonywanych w ciągu 6 miesięcy od dnia zarejestrowania. Jest to więc odpowiedzialność za współudział w przestępstwie, które musi stwierdzić sąd. Można dyskutować nad tym, czy to dobrze, ale biorąc pod uwagę skalę wyłudzeń VAT – nadzwyczajne środki są konieczne.

Rozpoczęła się formalnie procedura wyjscia Wielkiej Brytanii z UE (choć nowoczesny Rysiek sądzi, że opuszcza tylko strefę euro). W okolicznościowych komentarzach najczęściej pojawiają się opinie, że UE będzie dążyć do tego, by wyjście było kosztowne – aby nie zachęcać kolejnych państw do pójścia w ślady Brytyjczyków. Nikt nie wie co nas czeka, ale jednego możemy być pewni: przewidywania ekonomistów będą tak samo trafne jak zwykle ;-). Na razie wiemy, że nie nastąpiła spodziewana po samym głosowaniu katastrofa na rynku nieruchomości, spadek wydatków konsumenckich i głęboka recesja. Osłabiła się brytyjska waluta, ale to poprawia konkurencyjność gospodarki. Bezrobocie jest wyjątkowo niskie. Brexit to także okazja do modernizacji kraju (reindustrializacji). Większa swoboda w polityce migracyjnej na pewno zostanie wykorzystana ściągania z uboższych regionów najlepszych specjalistów (pewnego rodzaju drenaż mózgów). Pomaga w tym cieszące się renomą szkolnictwo Wielkiej Brytanii. Londyn nadal pozostanie światowym centrum finansowym i ewentualne wycofanie instytucji unijnych rozliczeniowych niczego w tej materii nie zmienią. Wsparcie USA pozwoli szybko zbudować potężną alternatywę wolnorynkową dla zbiurokratyzowanej Unii Europejskiej, rozsadzanej dodatkowo obłudną polityką Niemiec. Wychodząc z UE Wielka Brytania odcina się od problemów UE. Unijni przywódcy słusznie więc obawiają się bardzo prawdopodobnego sukcesu Wielkiej Brytanii.

Z drugiej jednak strony Brexit to także wielka szansa na reformy, które dotąd nie były możliwe – na przykład wprowadzenie podatku od transakcji finansowych. O wiele większe znaczenie miałaby jednak odnowa społecznej gospodarki rynkowej.

 

 

Jeśli ktoś się dziwił, że „polscy ekonomiści” praktycznie ignorują działania premiera Morawieckiego zmierzające do pobudzenia polskiej gospodarki, to niesłusznie. Należało się z tego cieszyć. Wczoraj podpisano „Deklarację Warszawską”, która otwiera współpracę w ramach Grupy Wyszehradzkiej w dziedzinie wspierania innowacyjności. Stało się to okazją do uczonych komentarzy. Jeden z telewizyjnych ekonomistów wyśmiał przy tej okazji projekt polskiego samochodu elektrycznego. Taka krytyka wobec jednego ze pomysłów Ministra Morawieckiego powoli staje się stanowiskiem wspólnym ekonomistów. Koronnym argumentem mają być miliardy wydawane przez Teslę i inne „Volkswageny”. No bo jak wydają miliardy, to na pewno zrobią coś, co my będziemy mogli kupić, zamiast kombinować po swojemu…

To jest zadziwiająca głupota - nawet jak na standardy polskich ekonomistów. Na szczęście normalni ludzie mają więcej rozsądku. W jednym z komentarzy czytamy: „Autor naczytał się o wydatkach koncernów i siedzi oszołomiony... Ludzie dzielą się na tych, którzy działają i impotentów siejących defetyzm. Wszystkie znane firmy powstały w garażu. Kiedy IBM wydawał miliardy na rozwój Jobs ośmielił się opracować komputer. A samochody współcześnie, oprócz nadwozia składa się z klocków produkowanych przez wyspecjalizowane firmy. I Polska jest dużym eksporterem takich klocków do samochodów koncernów europejskich”.

Z tym IBM’em historia ma zresztą ciąg dalszy. Jego odpowiedzią na dzieło Apple był IBM PC, którego klony zdominowały rynek komputerów. Ale większość tych klonów była produkowana w Azji. Takich przykładów jest zresztą więcej. Kiedyś fiński programista Linus Torvalds nie pomyślał o tym, że koncerny wydają miliardy na rozwój systemów operacyjnych i stworzył Linuksa. Dziś ten system zdominował świat informatyki (zwłaszcza internet i urządzenia mobilne). Później jeden z polskich ekspertów wyraził przekonanie, że w systemach operacyjnych jest już „pozamiatane” : pozostanie Windows, Linux i system Apple. Google nic o tym nie wiedział i zrobił Androida….

Mamy takie przykłady także w Polsce. W czasie gdy wielkie koncerny kosmetyczne wydawały miliardy na badania i promocję, Wojciech Inglot produkował kosmetyki wykorzystując sprzet kuchenny. Dziś firma „Inglot” to jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek, z siecią własnych (lub franczyzowanych) sklepów na całym świecie.

Wracając do samochodów elektrycznych – Polska posiada trzy rzeczy, które sprawiają, że ten projekt ma sens:

  1. Duży rynek wewnętrzny – napędzany nie tylko milionami samochodów używanych, ale i koniecznością walki ze smogiem.
  2. Wykształconą kadrę i wiele firm będących podwykonawcami koncernów samochodowych (Polska to już nie tylko montownia aut).
  3. Przedsiębiorcze społeczeństwo. Kiedy tylko pojawią się możliwości rozwoju drobnych przedsiębiorstw – one zostaną wykorzystane. Mamy na to bardzo wiele przykładów.

 Innym powodem do śmiechu dla ekonomistów jest wielkość Funduszu Wyszehradzkiego, który jest śmiesznie mały - nawet w zestawieniu z funduszami rozdawanymi przez NCBiR. Tyle, że głównym celem NCBiR nie jest finansowanie innowacyjności, tylko naukowców, którzy sprawdzają się na odcinku innowacji. A to dziura bez dna (i w większości bez perspektyw).

 

Przy porównaniu zawartości najpopularniejszych portali informacyjnych wp.pl oraz onet.pl od razu rzuca się w oczy większy optymizm portalu należącego do Polaków. A przecież Polacy to znani w kosmosie malkontenci ;-). Na Onecie słowo „sukces” może pojawić się przy wiadomościach z zagranicy, informacjach sportowych albo pisane z przekąsem. Dlatego czytając na „Wirtualnej Polsce” o gratulacjach dla rządu – można się spodziewać przewrotnego tytułu, będącego wstępem do totalnej krytyki. Bo przecież tekst dotyczy wycofania się z Polski jednego z największych serwisów internetowych. Ale chodzi o serwis bukmacherski, który nie płaci w Polsce podatków. Zgodnie z ustawą anty-hazardową jego działalność działa jest nielegalna. Ustawa przyjęta przez rząd Tuska była pisana przez lobbystów (vide afera hazardowa) – nic więc dziwnego, że pod jej rządami nastąpił rozkwit hazardu. Wystarczyło na przykład poświadczenie, że gry mają charakter „zręcznościowy” - by automat zalegalizować. Serwisy internetowe działały również całkowicie bez przeszkód – choć w celu ich likwidacji przeprowadzono nowelizację ustawy. Tymczasem okazało się, że jeśli chce się zlikwidować szkodliwą dla gospodarki działalność – to można. Ustawa jeszcze nie weszła w życie, a już są widoczne jej efekty.

Wirtualna Polska wcale nie wyłamuje się z frontu opozycji ludzi światłych wobec rządzącego „ciemnogrodu”. Oni po prostu podają normalne informacje, wśród których bywają pozytywne – zwłaszcza jeśli chodzi o gospodarkę. Na przykład o tym, że wcześniejsze informacje resortu pracy okazały się […] bardziej pesymistyczne od rzeczywistości, a wynagrodzenia poszły mocno w górę (kolejny dobry miesiąc dla pracownika).

Optymizm we współczesnej gospodarce pełni bardzo ważną rolę, gdyż przekłada się na skłonność do inwestycji. Dlatego wskaźnik optymizmu jest regularnie badany (na podstawie ankietowania przedsiębiorców). Okazuje się, że obecnie „polscy producenci są wśród najwiekszych optymistów i spodziewają się dalszej poprawy sytuacji rynkowej. Dlatego nie dziwi, że „totalna opozycja” składa wotum nieufności dla najgorszego rządu po 1989 roku. Dziwią jedynie wyniki sondaży, które wskazują iż Polacy wierzą w te propagandowe brednie :-(.

Od czasów Hitlera nie było w Niemczech takiego entuzjazmu, tylu marszów i takiego przekonania o cywilizacyjnej misji wobec wschodu Europy. Tyle, że zamiast ponurej gęby Hitlera mamy uśmiechniętą twarz Schulza. Oczywiście żadnemu Niemcowi do głowy nie przyjdzie takie porównanie, a sam Schulz zapewne uznałby to za podłą potwarz. To on jest przecież od tego, by decydować kto jest obecnie spadkobiercą Hitlera („Alternatywa dla Niemiec” oraz państwa sprzeciwiające się niemieckiej polityce migracyjnej). 

Skoro żyjemy w epoce post-prawdy, to bezpardonowy atak na Polskę i Węgry można nazywać „obroną wartości” - zwłaszcza solidarności. Piąta kolumna w Polsce poświadczy, że to słuszne. A jeśli ktoś ma wątpliwości, to morda w kubeł – bo kto ma fundusze, ten ma rację.

To jest najciekawszy element całej układanki. Skąd się bierze to samozadowolenie w bogactwie? Poniższy wykres wyjaśnia wszystko:

Pokazuje on jak banki centralne „drukują” bogactwo poprzez mechanizmy finansowe. Czarnym kolorem zaznaczono na nim Europejski Bank Centralny drukujący euro. Wykres pochodzi z artykułu w którym autor broni tezy, że banki to zło. W Europie zło znów mówi po niemiecku.

Tym razem Polska nie była pierwsza. Ten przywilej spotkał Grecję. To jest bardzo ważna lekcja. „Polskim ekonomistom” może się wydawać, że wystarczy potulnie spełniać niemieckie zachcianki i jak najszybciej przyjąć euro – to EBC będzie drukował bogactwo także dla nas. Jeśli zestawimy te 100 bilionów euro „wydrukowane” przez EBC (dla niepoznaki nazwano to "luzowaniem ilościowym") z 300 miliardami greckiego długu, to pojawia się pytanie: dlaczego nie pozwala się Grekom wyjść z tej pętli zadłużenia? Czyż nie dlatego, że odważyli się być zbyt hardzi wobec Wielkich Niemiec?

 

 

Poza blaskiem kamer i efektownym – choć bez większego znaczenia (*) bojem o stołki, odbywa się żmudna praca ludzi starających się przedstawić obiektywny stan rzeczy. Taki cel ma opublikowany niedawno raport KE zatytułowany „Ocena postępów w zakresie reform strukturalnych, zapobiegania zakłóceniom równowagi makroekonomicznej i ich korygowania oraz wyniki szczegółowych ocen sytuacji”.

Unijni eksperci piszą w nim między innymi:

1. Polska gospodarka nadrabia zaległości w bardzo szybkim tempie. W 2015 r. wskaźnik PKB na mieszkańca wyrażony według standardów siły nabywczej osiągnął w Polsce poziom 69 % średniej UE, wzrastając z poziomu 53 % w 2007 r. Równolegle do wzrostu dochodów i poziomu życia zwiększyło się zatrudnienie. Wskaźnik zatrudnienia jest najwyższy w historii, a stopa bezrobocia – rekordowo niska.

2. Gospodarka jest w fazie silnego wzrostu, pomimo dość niskiego poziomu inwestycji. Przewiduje się, że realny PKB – napędzany przede wszystkim popytem krajowym, w tym zwłaszcza spożyciem prywatnym – będzie rósł w latach 2017 i 2018 w szybkim tempie wynoszącym od 3,1 % do 3,2 % rocznie, czyli znacznie powyżej średniej

3. Ogólne perspektywy gospodarcze są pozytywne, a ryzyko dotyczy głównie polityki krajowej. […] Po spadku w2016 r. spodziewane jest silne odbicie inwestycji publicznych dzięki postępom w realizacji projektów finansowanych z funduszy strukturalnych UE. Projekcje inflacji wskazują na jej umiarkowany wzrost pod wpływem cen surowców na światowych rynkach i słabej presji na ceny krajowe. Dynamika eksportu powinna pozostać silna, ale prognozowany wkład eksportu netto we wzrost PKB ogółem będzie bliski zeru ze względu na silny popyt krajowy, który napędza import.

4. Perspektywom wzrostu w długim okresie zagrażają poważne problemy o charakterze strukturalnym. Utrzymanie stałego wzrostu poziomu życia stanowi większe wyzwanie, gdy liczba ludności w wieku produkcyjnym maleje, a wzrost wydajności – pobudzany w początkowym okresie przez procesy transformacji i integracji gospodarczej – staje się trudniejszy do uzyskania. W tej sytuacji coraz ważniejsze jest dalsze zwiększanie współczynnika aktywności zawodowej oraz stworzenie warunków sprzyjających inwestycjom i wzrostowi wydajności.

5. Kluczowe wyzwania w dziedzinie polityki fiskalnej to powrót na ścieżkę konsolidacji budżetowej w krótkim okresie oraz podjęcie działań mających na celu zapewnienie długoterminowej stabilności finansów publicznych. Szacuje się, że deficyt nominalny sektora instytucji rządowych i samorządowych osiągnął w 2016 r. najniższy poziom od 2007 r., ale obecnie przewiduje się jego ponowny wzrost – o ile nie zostaną wprowadzone środki naprawcze, deficyt wyniesie w 2018 r. 3 % PKB. Ponadto wzrost deficytu jest oczekiwany w warunkach silnego wzrostu PKB. W związku z tą zmianą przewiduje się znaczne pogorszenie salda strukturalnego w latach 2017–2018. W krótkim okresie stabilności finansów publicznych Polski nie zagraża żadne poważne ryzyko.

6. Sektor bankowy pozostaje stabilny, a rynek kapitałowy jest największy w regionie. Instytucje kredytowe przyczyniają się do dobrych wyników gospodarczych dzięki zrównoważonemu tempu wzrostu akcji kredytowej, a rynek kapitałowy stanowi ważne źródło finansowania dla przedsiębiorstw. Wpływ nowego podatku od instytucji finansowych na rentowność banków pozostaje ograniczony.

7. Wydaje się, że dynamika inwestycji jest hamowana przez niepewność dotyczącą nowych inicjatyw i inne bariery. Pewność prawa, zaufanie do jakości i przewidywalności prawa, polityki podatkowej i pozostałych polityk, a także organów regulacyjnych i podatkowych oraz innych instytucji mają duże znaczenie i mogą przyczynić się do wzrostu stopy inwestycji.

8. Utrzymanie dużej dynamiki wzrostu wydajności staje się coraz większym wyzwaniem. Przyrosty wydajności są trudniejsze do osiągnięcia, ponieważ Polska stopniowo skraca dystans w stosunku do bardziej rozwiniętych państw członkowskich UE.

9. Badania naukowe i innowacje są w coraz większym stopniu postrzegane jako siła napędowa długoterminowego wzrostu gospodarczego w Polsce, ale w tej dziedzinie pozostaje jeszcze wiele do zrobienia.

Możemy podejrzewać, że ludzie inwestujący własne pieniądze zaczęli pilnie śledzić polską prasę w poszukiwaniu opinii nadwiślańskich geniuszy ekonomii. Poczytają i zakładają, że jest dokładnie odwrotnie. Dla „polskich ekonomistów” zupełnie jasne jest, że duże transfery socjalne prowadzą do katastrofy, a odejście od strategii „elastyczności kodeksu pracy” podroży niewyobrażalnie koszty zatrudnienia. Tymczasem zagraniczne inwestycje płyną strumieniem do Polski i na Węgry (druga „czarna owca”). Nie straszne im nawet to, że z powodu gwałtownie malejącego bezrobocia zaczynamy mieć „rynek pracownika”. Polska giełda pod względem wzrostów od początku roku jest druga na świecie.

Jest jeszcze coś tak skandalicznie niewyobrażalnego, że aż trudno o tym informację: Ministerstwo Finansów sprzedało obligacje 30-letnie za 2mld PLN:

Sprzedaż "najdłuższych" papierów - serii WS0447, zapadających w kwietniu 2047 r., wyniosła 2 108 mln zł przy 2 543,59 mln zł popytu. Cena minimalna wyniosła 956,20 zł, a rentowność 4,257%. To drugie 30-latki w historii MF. Poprzednie zostały wyemitowane w czerwcu 2007 r. przy rentowności 5,5%.

Ministerstwo już w lutym zapewniło sobie 47% „potrzeb pożyczkowych”. A przecież mamy chwilowo sporą nadwyżkę w budżecie (nie – to musi być jakiś trik).

Skoro ktoś nam pożyczył pieniądze na 30-lat, to zakłada wyjątkową stabilność Polski w tych niespokojnych czasach. Rentowność nie jest oszałamiająca. Ale mimo wszystko jest to bardzo optymistyczna wiadomość. Najwyraźniej ludzie inwestujący w Polsce zakładają, że strategia rozwoju społecznego jest dobra także dla tych, którzy po prostu chcą mieć zyski. Nareszcie po 30 częściowo zmarnowanych latach powoli zaczynamy naśladować Niemcy.

Mateusz Morawiecki uczestniczył w spotkaniu ministrów finansów Trójkąta Weimarskiego. Spotkania te odbywają się cyklicznie i służą poprawie współpracy w sferze gospodarki między Polską, Niemcami i Francją. Tym razem rozmawiano między innymi o zapobieganiu oszustwom podatkowym i skutkach Brexitu. Sensacyjną jednak okazała się informacja ogłoszona przez Ministra Finansów Niemiec, że Mateusz Morawiecki jako przedstawiciel Polski został zaproszony na szczyt grupy G20.
Od kilku lat podnoszony jest postulat, by Polska, która formalnie mieści się wśród 20-tki największych gospodarek świata, była w tym gremium reprezentowana (chyba pierwszy mówił o tym Prezydent Lech Kaczyński wroku 2010). Mimo tego zaproszenie skierowane wprost do Mateusza Morawieckiego jest raczej elementem politycznej rozgrywki, niż ostateczną decyzją (choć nie wykluczone, że takowa zostanie na szczycie podjęta).

 

Nieporozumieniem może być to, że został zaproszony przedstawiciel „Polski pisowskiej” - którą przecież państwa Unii mają ukarać (za to że przestaje być Polską elit?). Powinien więc zostać zaproszony Leszek "Dyzma" Balcerowicz - który właśnie ogłosił – że „Polska stała się pośmiewiskiem”. Nic jednak nie wskazuje na to, że Mateusz Morawiecki ma wystąpić w roli błazna. Błaźni się za to – nie po raz pierwszy – Leszek Balcerowicz (o błazenadzie „Rzeczpospolitej”, która regularnie udostępnia swe łamy każdemu, kto zechce coą napleść na rząd Beaty Szydło – nie ma nawet co wspominać).

To będzie najtrudniejsza z reform rządu PiS. Do sejmu trafił projekt reformy służby zdrowia, zakładający powstanie sieci szpitali finansowanych według nowych zasad. Obecnie zawsze pod koniec roku mamy problem z limitami. Lekarze mogliby leczyć, ale po wyczerpaniu limitu NFZ musieliby robić to za darmo. Projekt zamiast zapłaty za każdego pacjenta wprowadza dla szpitali z sieci stabilne finansowanie ryczałtowe. Pozostałe będą uczestniczyć w konkursach. Według Profesora Chazana ta ustawa ma sens. Zapewnia finansowanie tych szpitali, których działalność jest kluczowa dla zapewnienia opieki zdrowotnej nad całą populacją. Opieka zdrowotna ma również ważne cele społeczne. Jej celem nie jest zapewnienie dochodu prywatnym czy państwowym przedsiębiorcom, którzy inwestują w służbę zdrowia, lecz zapewnienie równego dostępu do kompetentnej opieki w podstawowych dziedzinach medycyny. I to bez żadnych nierówności. Tak zwana „opozycja” jest jak zwykle totalnie na nie. Będzie chaos („trzęsienie Ziemi”?), drożyzna i upadające szpitale. No i oczywiście padają zarzuty, że to powrót do czasów PRL. Może do ludzi młodych taka argumentacja trafia. Powszechne łapówkarstwo w PRL’u nie ma się nijak do patologii NFZ. Nikt nie czekał na wizytę u specjalisty latami. Powrót do systemu w którym sieć szpitali zapewnia wszystkim pewien poziom opieki ma sens. Obecnie przeznaczamy na służbę zdrowia około 6% PKB (przy średniej 8% dla krajów OECD). Bogacące się społeczeństwo może wydawać coraz więcej – ale indywidualnie. Straszenie więc przez PSL wzrostem wydatków nie wydaje się trafionym argumentem. Celem reformy jest dobra i powszechna opieka przy obecnym poziomie wydatków. Rozwój medycyny sprawia, że zawsze będzie miejsce na kosztowne leczenie, wolny rynek, drogie ubezpieczenia i niebotyczne zarobki lekarzy. Ale państwo wszystkich nie uszczęśliwi ani nie uzdrowi. Nie ma doskonałego rozwiązania. Nie jest rolą państwa utrzymywanie przy życiu wszystkich i za wszelką cenę.

 

Sędzia federalny z Seattle wstrzymał wykonanie dekretu Prezydenta po tym, gdy wpłynął pozew w którym władze dwóch stanów w imieniu obywateli skarżą się na szkodzenie ich interesom ekonomicznym. Donald Trump ostro reaguje na Twitterze - zapowiada się batalia sądowa.

Dużo mniej medialnym jest dekret cofający „Ustawę o Reformie Wall Street i Ochronie Konsumenta”, zwaną od nazwisk autorów ustawą Dodda-Franka. Bez wątpienia WallStreet się ucieszy. Ale nie tylko bankierzy mieli tej ustawy dość. Ustawa jest złożona i nie dopracowana. Obowiązuje nie tylko w USA, ale dotyczy wszelkich podmiotów transakcji w których co najmniej jedna strona jest z USA. Szkodzi to na przykład niektórym państwom afrykańskim.

Szereg obowiązków ewidencyjnych nałożonych na banki zmiejsza niebezpieczeństwo nowego kryzysu. Dlatego usuwając te biurokratyczne ograniczenia Prezydent Trump powinien zaproponować rozwiązania systemowe. Na przykład powrót do ustawy Glassa-Steagalla – co przecież Republikanie obiecali w kampanii wyborczej. Ta ustawa z 1933 roku zabraniała bankom angażowania się bardzo ryzykowne instrumenty finansowe (w tym spekulowania oszczędnościami klientów – co w praktyce oznaczało rozdzielenie bankowości detalicznej i inwestycyjnej). Została ona uchylona w roku 1999. Choć cofnięcie tej ustawy nie było jedyną przyczyną – to na pewno jedną z głównych przyczyn kryzysu finansowego.

 

Jedną z największych firm na świecie jest chińska grupa Alibaba zajmująca się handlem internetowym. Jej założyciel Jack Ma wygłosił ostatnio kontrowersyjną tezę, że rozwój techologi takich jak obliczenia w chmurze, sztuczna inteligencja i przetwarzanie Dużych Zbiorów (Big Data) czyni realną gospodarkę planową. Z krytyką takiej tezy wystąpił promujący wolność gospodarczą „Instytut Misesa”. Krytyka ta została sformułowana przy pomocy pojęć klasycznej ekonomii i jest przez to mało przekonująca.

Jack Ma jak nikt inny rozumie znaczenie przetwarzania danych i możliwości jakie ono daje. Jego firma dysponuje potężną bazą danych. Jest też częścią gospodarki Chin – gdzie formalnie wciąż panuje komunizm.

Próba krytyki oparta na założeniu, że on się myli w ocenie znaczenia danych wydaje się więc mało poważna. Prawdą jest, że przetwarzane dane z przeszłości nie pozwalają trafnie przewidzieć preferencji konsumentów w przyszłości, a ich statystyczna natura nie oddaje rzeczywistych potrzeb realnych osób. Jednak Jack Ma z pewnością nie miał na myśli możliwości przewidzenia zachowań ludzi i przydzielania im pracy. Istotą gospodarki planowej była optymalizacja zasobów poprzez minimalizację ryzyka. Państwo które dysponowało informacją o całej gospodarce, mogło wpływać na jej funkcjonowanie. Państwa socjalistyczne robiły to dość skutecznie, póki nie nastąpił zwrot ku gospodarce innowacyjnej, której siłą napędową jest ryzyko, które starano się przecież eliminować.

To ryzyko wiąże się z wolnorynkowym mechanizmem kształtowania cen. Druga część krytyki sformułowanej przez Instytut Misesa jest bardziej istotna, bo zwraca uwagę właśnie na to, że planowana gospodarka to także planowane ceny. Jednak i w tym wypadku brak jakiejkolwiek refleksji nad różnicą w pojmowaniu cen w gospodarce współczesnej w stosunku do czasów Misesa. Dawniej cena była wynikiem negocjacji stron transakcji z których jedna dążyła do maksymalizacji zysku a druga maksymalizacji korzyści. Obecnie głównym czynnikiem determinującym ceny są strategie realizowane przez wielkie podmioty obecne w gospodarce. W kształtowaniu tych strategii informacja pełni rolę kluczową. Z punktu widzenia dostępu do informacji, mamy możliwe dwie skrajności: socjalistyczna gospodarka w której to państwo było głównym dysponentem informacji gospodarczej oraz gospodarka korporacyjna – w której gromadzenie i ochrona informacji służy uzyskaniu maksymalnej kontroli nad poszczególnymi segmentami gospodarki. W obu tych skrajnościach występuje problem marginalizacji indywidualnej wolności i przedsiębiorczości.

To właśnie indywidualna swoboda gospodarcza powinna wyznaczać kierunek działania, a nie doktrynerstwo (nawet wsparte autorytetem Misesa). Dlatego państwo w swych naturalnych dążeniach do uzyskania maksymalnej kontroli nad informacją powinno działać w imieniu obywateli. Czyli gromadzimy informacje po to, aby zapewnić swobodny do niej dostęp. W ten sposób zwiększa się poziom swobody gospodarczej. Cała reszta – łącznie z mechanizmem kształtowania cen i przewidywaniem trendów rozwoju to sprawy mniejszej wagi.

W Polsce powstaje centralna baza faktur. To czy będzie ona użyta dla zwiększenia wolności gospodarczej, czy też poziomu kontroli pozostaje kwestią otwartą. Na pewno taki rejestr pozwoli wyeliminować oszustwa, które są jednym ze zbędnych czynników ryzyka. Może dlatego reprezentanci polskich „wizjonerów biznesu” zaczynają postulować rezygnację z podatku VAT? No bo co to za podatek na którym nie można pokombinować?

 

 

Można bez przesady stwierdzić, że swoimi planami wizowymi zmierzającymi do ograniczenia napływu imigrantów do USA Trump wywołał wściekłość w Dolinie Krzemowej. To jest bowiem centrum technologiczne świata, a nie tylko region USA. Swoboda przepływu ludzi jest podstawą egzystencji firm tam zlokalizowanych. Jeszcze bardziej korporacje obawiają się wojny handlowej z Chinami. Nie chodzi tylko o to, że Chiny to obecnie fabryka świata, a przenoszenie produkcji do USA może być problematyczne. Drastycznie może się zmniejszyć sprzedaż do Chin produktów Apple. W Chinach jest 700 milionów użytkowników Internetu i firmy takie jak Apple, Facebook i Google nie chcą rezygnować z tego rynku. Facebook bezskutecznie – jak na razie – stara się o powrót do Chin po tym, gdy tamtejsze władze zablokowały możliwość korzystania z tego portalu społecznościowego. Ten przykład każe się zastanowić nad tym, czy czasem nie jest tak, że Chiny mogą istnieć bez Doliny Krzemowej ale odwrotnie niekoniecznie?

Facebook zablokowano – gdyż władze uznały, że to kanał informacyjny dysydentów (w 2009 roku). To też daje do myślenia – czyżby nie udało się zapewnić politycznej neutralności technologii?

Tu dotykamy problemu, który chyba nie jest doceniany w Dolinie Krzemowej.

O ile można zrozumieć biznesowe motywy działania firm informatycznych, to przekształcanie tego w wojnę ideologiczną znacząco osłabia ich pozycję. Hojne datki popłynęły z Doliny Krzemowej dla Amerykańskiego Związku Swobód Obywatelskich (ACLU) – który ma walczyć z Trumpem. Tymczasem ACLU to lewacka organizacja znana między innymi z walki sądowej ze świętem Bożego Narodzenia (na razie nie udało im się tego święta zdelegalizować, ale na przykład w Indianie zdelegalizowali krzyże na choinkach).

 

Kiedyś mówiono: co dobre dla General Motors – dobre dla Ameryki. Czyżby teraz doszliśmy do: co dobre dla Ameryki, nie jest dobre dla Doliny Krzemowej? Czyżby kierując się dobrem narodu Trump musiał walczyć z korporacyjną Ameryką?

 

Wicepremier Morawiecki znalazł sprzymierzeńca dla swojego planu, w potężnym koncernie General Electric. Zwracają też uwagę przygotowywania do wielkich inwestycji infrastrukturalnych: na kolei, rozwój żeglugi i rurociągów (PERN). Przy okazji reformy oświaty szkoły będą wyposażane w szerokopasmowy internet.

Sejm wprowadził drakońskie kary za wyłudzenia podatku VAT, co powinno dać duże oszczędności budżetowi. Oczywiście opozycja jest przeciw – bo „uderza w przedsiębiorczość”. Podobnie jak próba rozbicia lokalnych koterii (tu chyba o sukces będzie najtrudniej).

Można także już podsumować pierwsze efekty demograficzne programu 500+. W 2016 roku urodziło sie o 15tys dzieci więcej niż rok wczesniej. To znacznie więcej niż się spodziewano. Rząd zmierza więc do rozsądnego wyważenia inwestycji i polityki prorodzinnej.

 

Pierwszy dekret podpisany przez Donalda Trumpa dotyczy Obamacare. Rozpoczyna się w ten sposób demontaż flagowego projektu Obamy. Projekt niedrogich ubezpieczeń zdrowotnych dla wszystkich od początku wzbudzał wątpliwości – głównie z powodu obowiązkowych ubezpieczeń. System jest też dość skomplikowany, a więc podatny na „kombinowanie”. Z pozoru pomysł był bardzo dobry. Objęto systemem ubezpieczeń wszystkich Amerykanów, ograniczono maksymalny koszt leczenia dla pacjenta, wprowadzono subwencję dla najuboższych. Jednak połączenie obowiązku ubezpieczeń z niepełną odpłatnością i prywatnym systemem sprawia, że nie jest to ani wolny rynek, ani rynek regulowany przez państwo. Na części terytorium USA nie ma żadnej konkurencji, bo dostępny jest tylko jeden ubezpieczyciel. Do kosztów leczenia wlicza się leki, co otwiera pole do popisu potężnym koncernom medycznym.

Trump zapowiadał w kampanii, że zamierza skończyć z tą patologią – ale jakiś system powszechnej opieki medycznej musi w zamian zaproponować. Szczegółów podpisanego już dekretu nie podano. Cofnięcie do czasów sprzed Obamacare raczej nie wchodzi w rachubę, gdyż ten system był wskazywany jako jedna z przyczyn kryzysu 2008 roku. Ludzie którzy stawali przed wyborem zachować dom, czy się leczyć – raczej sprzedawali domy by mieć na leczenie. Wiele osób było zmuszonych ogłosić bankructwo.

W zestawieniu z tym systemem, polskie rozwiązanie z darmową opieką podstawową dla wszystkich wydaje się dużo lepsze (choć nie pozbawione wad). O wiele większym problemem jest medycyna specjalistyczna. W tej dziedzinie trudno znaleźć idealne rozwiązanie.

 

Ministerstwo Rozwoju chwali się działalnością swojego szefa podczas Forum Ekonomicznego w Davos. Jak mówi sam Minister Mateusz Morawiecki – takie nieformalne rozmowy potrafią owocować dużymi inwestycjami w naszym kraju. W tym roku wyjątkowo jest o co walczyć. Zapowiedź „Brexitu na twardo” może skutkować tym, że Londyn już wkrótce przestanie być centrum finansowych rozliczeń Unii Europejskiej. Kto na tym skorzysta? Warszawa nie jest bez szans. Na profity z rozliczeń finansowych nie ma co liczyć (Niemcy na pewno tego nie odpuszczą), ale do Warszawy mogą zostać przeniesione działy rozliczeniowe firm (back-office). Atutem Polski jest to, że dynamicznie rozwija się tutaj outsourcing dla firm.

Wyjątkowo ważne są także wizerunkowe efekty aktywności Ministra (PR). Szkody jakich narobiła pod tym względem „totalna opozycja” nie są łatwe do nadrobienia. Jednak aktywność kompetentnego i rzeczowego Ministra na pewno nie jest bez znaczenia. Zwłaszcza – że ma wiele do powiedzenia. Polska realizuje bowiem reformy, o których inni jedynie mówią.

Fenomenem jest to, że pomimo kompromitującej się opozycji i widocznych już pozytywnych efektów reform – poparcie dla partii rządzącej nie rośnie (gdyby dziś odbyły się wybory – prawdopodobnie straciłaby ona większość parlamentarną). Można mieć obawy, że społeczeństwo ma wobec rządu postawę: weźmiemy co da – bo „się należy”, a jak zrobicie błąd to was zgnoimy ile tylko można. Internetowe informacje o działalności Mateusza Morawieckiego regularnie są opatrywane komentarzami trolli. Brakuje podjęcia tematu nie tylko ze strony dziennikarzy, ale także tak zwanej „nauki” i polityków. Nawet umiarkowana opozycja (Kukiz’15, PSL) nie jest w stanie wznieść się ponad postawy negacji. To nie jest tylko zmartwienie rządu i PiS. W atmosferze totalnej krytyki nie uda się wytworzyć „pospolitego ruszenia” polskiej przedsiębiorczości – jakie miało miejsce w początkach lat 80-tych. Wojna politycznych klanów nie sprzyja rozwojowi, a brak rzeczowej dyskusji uniemożliwia znalezienie optymalnych rozwiązań. Przykładem są prace nad reformą podatków. Jak wyjawiła Premier Szydło – to na jej prośbę ta sprawa została „zdjęta z agendy”. Jak się okazuje – prace nad jednolitym podatkiem nie zostały przerwane, a jedynie zniknęły z przestrzeni publicznej. Rząd unika w ten sposób fali krytyki, ale niestety odcina się także od możliwości weryfikacji swych pomysłów.

Wyjaśnienie tej pogardy społeczeństwa dla pracy w imię dobra wspólnego jest takie samo, jak wyjaśnienie tolerowania zdrady i nadzwyczajna aktywność liberalnych „ekonomistów” (można ich poznać przykład po wrzucaniu do jednego worka z napisem „nieaktywni zawodowo” osób które nie mogą znaleźć pracy z matkami, które dzięki 500+ mogą poświęcić się wychowaniu dzieci). Wyjaśnieniem tym jest głęboko zakorzenione w polskiej tradycji przedkładanie dobra osobistego (lub grupowych interesów) ponad dobro wspólne. Gdy dominacja takich postaw prowadzi do katastrofy – pojawiają się postawy przeciwne: heroizm patriotów. Na tej huśtawce trudno znaleźć równowagę. Dlatego postacie takie jak Beata Szydło czy Mateusz Morawiecki nie są w stanie nadać tonu publicznej debacie. Jak pisał Poeta:

„nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku”

Czy oni są tego świadomi? Czy nie braknie im determinacji w „dochowaniu wierności”?

Mianem Ekonomii Trumpa (Trumponomics) określa się plany gospodarcze Prezydenta – elekta.

Obejmują one obniżenie podatków, renegocjację umów handlowych oraz środki stymulujące inwestycje (głównie w infrastrukturze i obronności). Większość analityków sądzi, że bodziec fiskalny Trumpa wpłynie pozytywnie na wzrost PKB Stanów Zjednoczonych. Zmniejszą się jednak wpływy z podatków (co najmniej 2,6 biliona dolarów w ciągu 10 lat). Całkowity dług publiczny USA, który wynosi ponad 19,8 biliona dolarów (czyli 106% PKB) raczej wzrośnie niż spadnie. Niektórzy przestrzegają także przed wzrostem bezrobocia i/lub inflacji.

Ten plan gospodarczy zmieniał się w trakcie kampanii i nie wiadomo jaki ostatecznie przybierze kształt. Zwłaszcza jeśli chodzi o politykę wobec sektora bankowego. Podjęcie współpracy z bankowcami zdaje się zapowiadać brak radykalnych zmian.

Zadziwiająca jest radykalnie różna reakcja ekonomistów i inwestorów na wyniki wyborów.

Po krótkim spadku na rynkach zapanowała euforia, a dolar bije rekordy (negatywny efekt utrzymuje się jedynie w odniesieniu do meksykańskiego peso). Ekonomiści tymczasem wróżą katastrofę, przed którą przestrzegali jeszcze przed wyborami. Ubiegłoroczny noblista Hart liczy na to że zerwanie traktatów i protekcjonizm to tylko takie gadanie – bo to złe rozwiązania dla USA i światowej gospodarki. Inny noblista Krugman ostrzega, że Trump nie będzie potrafił rozdzielić interesów prywatnych i publicznych, co doprowadzi do kleptokracji (rządów tych, którzy tak jak na Ukrainie wzbogacili się na zawłaszczaniu majątku publicznego). Jeszcze dalej idzie Stiglitz (także słynny laureat nagrody Nobla), który zarzuca Trumpowi brak elementarnej wiedzy ekonomicznej. Takie zarzuty wobec człowieka który prowadzi potężną firmę i to w realnej gospodarce, zakrawają na megalomanię. Tym bardziej, że poparte są tezą (którą może sformułować tylko profesor ekonomii): „On chce jednocześnie obniżyć podatki i obniżyć deficyt i zwiększyć wydatki inwestycyjne - to się nie składa księgowo”. Polityka gospodarcza państwa to nie tylko gromadzenie pieniędzy z podatków i kredytów, by je wydawać na inwestycje. Obniżka podatków i odbudowa przemysłu (powrót produkcji do USA) umożliwią zmniejszenie transferów socjalnych. Zmiana polityki obronnej może drastycznie obniżyć wydatki na wojsko. Stiglitz sam to zresztą postulował. Tak samo jak „stymulację podatkową”. Co mu się więc „nie składa”?

Ekonomiści mogą znajdować różne wyjaśnienia swej niewiary w sukces Trumpa. Istnieją jednak powody dla których należy to rozumieć nie jako brak wiary, ale jako życzenie niepowodzenia. Dlaczego ekonomiści mieliby źle życzyć swojemu krajowi? Niestety zawsze bliższa ciału koszula, a Trump jest dla ekonomii śmiertelnym zagrożeniem. Ta pseudonauka opiera się na założeniu wyższości teorii nad praktyką. Jeśli na przykład chcesz aby firmy sprzedające samochody Amerykanom produkowały je w USA, to należy teoretykom powierzyć opracowanie takiego systemu, który „mechanizmami rynkowymi” zachęci do tego producentów. Trump tymczasem zwraca się wprost do tych firm zapowiadając, co im grozi jeśli nie będą działać zgodnie z jego planami. Tak po prostu (by nie rzec „po chamsku”).

Zdaniem noblistów Trump powinien zacząć studiować ich dzieła, a gdy dojdzie do miejsca w którym już nic nie będzie rozumiał – zdać się na tych którzy wiedzą i rozumieją. Miejmy jednak nadzieję, że Prezydent-elekt pozostanie sobą i powie wprost gdzie on ma ich nagrody i dlaczego. Wiele osób obawia się, że CIA może zabić Donalda Trumpa, jeśli będzie zbyt samodzielny. Jeśli te groźby są realne, to wkrótce po objęciu urzędu Trump urządzi w CIA czystkę. Inni sądzą, że lewackiej „elicie” uda rozbudzić taką nienawiść do Trumpa, która doprowadzi do katastrofy. Jednak w dobie internetu, którym Prezydenta-elekt posługuje się bardzo sprawnie coraz trudniej jest manipulować opinią społeczną. Naprawdę groźnym przeciwnikiem pozostają jedynie „eksperci”. To są ludzie, którzy nie są w stanie przewidzieć ceny ropy za miesiąc (nie mówiąc już o ich przewidywaniach wyników wyborów), a chcieliby decydować o losach świata. Ich pycha jest nieziemska. Może nie tylko w przenośni (zob. „Czy ekonomiści mogą być zbawieni?”).

 

Zadziwiające jest to, że pomimo wielu przykładów nierzetelności i zwyczajnych kłamstw, GW jest nadal cenionym przez niektórych źródłem informacji. Tym razem organ Michnika puścił w obieg informację o niszczeniu projektu „Nowy Jedwabny Szlak” przez Antoniego Macierewicza. Tekst wywołał burzę we wszystkich mediach: od prawa do lewa. Stał się podstawą krytyki ze strony polityków lokalnych i posłów (głównie Kukiz’15).

Nieoczekiwanie w obronę Ministra wziął Radosław Pyffel - wicedyrektor Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). Odniósł się on do publikacji Wojciecha Jakóbika z Biznes Alert „Macierewicz wypisuje Polske z Nowego Jedwabnego Szlaku”. Prostując szereg błędów i nieścisłości napisał on między innymi: „zwracałem uwagę, że w Łodzi mamy do czynienia z przerostem PR-u nad treścią ( o co wiele osób miało do mnie pretensje). Optowałem też i optuję przede wszystkim za planem Morawieckiego i uważałem ( i nadal uważam) iż terminale Jedwabnego Szlaku na terenie RP tylko wtedy będą korzystne, kiedy jako Polska przeskoczymy pułapkę średniego dochodu i będziemy w stanie zapakować pociągi do Chin. Dziś eksportujemy tam głównie miedź i coraz więcej, artykułów spożywczych ( jednak w większości nie opłaca się ich transportować drogą lądową, tylko morską). Cała debata o polskim Jedwabnym Szlaku i emocjonalne reakcje związanych z budową terminalu na tej czy innej działce nie mają chyba sensu, jeśli nie uda nam się przeskoczyć pułapki średniego dochodu i stworzyć atrakcyjną ofertę dla konsumentów z regionu Pacyfiku ( w tym oczywiście Chin)”.

Odniósł się także do zarzutów wobec Ministra Macierewicza: „Stawianie moich poglądów w jednym artykule, niejako w kontrze do szefa MON jest nieporozumieniem. Tak samo jak łączenie wyrwanej z kontekstu wypowiedzi ( w zasadzie wycięcie 90 sekundowego fragmentu z 46 minutowej rozmowy) Antoniego Macierewicza dla polonijnych mediów z zamieszaniem wokół budowy terminalu w Łodzi. 
Rozmowa ta miała miejsce 3 października 2015 roku ( czyli kilkanaście miesięcy temu, kiedy Antoni Macierewicz nie był jeszcze szefem MONu). […] O tym czy Antoni Macierewicz jest przeciw Jedwabnemu Szlakowi, proponuję rozstrzygnąć po tym, jak wyda w tej sprawie jakieś oficjalne oświadczenie. Z całym szacunkiem, ale jeden artykuł w Gazecie Wyborczej, w którym cytuje się wypowiedz z Youtube sprzed kilkunastu miesięcy, a także „nieoficjalne źródła Biznes Alert” to dla mnie zdecydowanie za mało. Nawet w tej YouTubowej i wyrwanej z kontekstu wypowiedzi szef MONu mówi o tym, ze to jego prywatna opinia ( a nie partii) i że nie ma nic przeciwko, gdyby prowadziło to do „jakiś korzyści ekonomicznych”.
Cała teza o zablokowaniu Jedwabnego Szlaku jest więc albo nieprawdziwa, albo w najlepszym wypadku słabo udokumentowana”
.

Samą sprawę terminala w Łodzi wyjaśnił radny Włodzimierz Tomaszewski. To on prosił Ministra o unieważnienie przetargu, gdyż jego formuła pozwalała na przeznaczenie działki na dowolny cel. Chodziło mu o to, by ogłosić przetarg łączny na zakup gruntu i realizację konkretnego przedsięwzięcia. Minister do tej prośby się przychylił i tak jak to w Polsce w zwyczaju – dostał zamiast podziękowań wiadro pomyj (albo i wiele wiader).

Ludzie czytają brednie wypisywane przez tak zwanych „ekonomistów” i rwą włosy z głowy. Na przykład krytyka budżetu na rok 2017 wywołała komentarz: „najpierw 500 +, które zrujnuje Polskę a i tak nie przyniesie pożądanych efektów, kolejna zmiana w szkolnictwie-likwidacja gimnazjów, (...) Teraz jeszcze darmowa służba zdrowia dla nieubezpieczonych. O co tu chodzi?? Do tej pory bezrobotny zarejestrowany i tak miał prawo do darmowej służby zdrowia to dla kogo jest ta opcja teraz? Dla bezrobotnego,któremu nie chce iść się raz w miesiącu odhaczyć w urzędzie? Polski bezrobotny jest tak zapracowany, że nie może poświęcić tej jednej godziny raz w miesiącu?”.

Na szczęście ta krytyka jest jedynie świadectwem zamętu jaki w głowach rodaków czynią „eksperci” i „politycy”.

Niejaki Andrzej Jarmakowski z Chicago poruszony słowami Wałęsy („Moim zdaniem nic z tego nie będzie dobrego. PIS musi odejść, czym prędzej tym lepiej dla Polski. Nie wierzę, że oni są w stanie przeorientować swoje postępowanie”) martwi się okropnie: To budżet „grecki”. Może dlatego obecny reżim nie chciał, aby nad budżetem dyskutowano, aby nikt nie zauważył liczb, gdyż matematyki oszukać nie sposób. Może dlatego przepychano ustawę nielegalnie.

Wygłasza też swoje rozumienie polskiej racji stanu (przecież to styropianowy patriota!): „Mieszkając na Zachodzie powinniśmy poinformować banki i ich akcjonariuszy, które rządowi PiS pożyczają pieniądze, jak i agencje ratingowe, że w przyszłości Polska może nie spłacać pożyczek zaciąganych przez PiS w ramach nielegalnie uchwalonego budżetu”.

Donosicielstwo na własne państwo to polska racja stanu? Spokojnie panie Andrzeju! Donosicieli ci u nas dostatek – więc agencje wszelkie już na pewno wiedzą. No i teraz siedzą i się biedzą. Bo może by i chcieli to brać na poważnie, ale jak wierzyć w to, że nielegalnie uchwalony budżet może być podstawą odmowy spłaty pożyczek? Wczoraj co prawda dokładnie to samo powtórzył w sejmie genialny ekonomista Petru (a po nim szereg pomniejszych „opozycjonistów”), ale to tak niedorzeczne – że należałoby wszcząć śledztwo na obecność toksycznych substancji odurzających w gmachu sejmu. Nawet ta „opozycja” nie twierdzi, że z nielegalności budżetu wynika nielegalność rządu. A tylko wtedy mogłyby się zrodzić jakiekolwiek wątpliwości co do prawomocności jego działań i ważności podjętych zobowiązań.

Premier Beata Szydło zapewnia, że „budżet jest legalny, a każdy kto twierdzi inaczej sieje zamęt”. Wśród tych mącicieli jest Donald Tusk, który najwyraźniej stęsknił się za klaką jaką mu robili polscy „dziennikarze”.

Budżet na 2017 rok na pewno nie jest dla nikogo szczytem marzeń, ale ocenianie go wyłącznie w kategoriach finansowych jest głupotą, na jaką stać tylko „ekspertów”. Polska realizuje bezprecedensowy i ambitny program gospodarczo społeczny i tak jak w normalnych inwestycjach należy oceniać bezpieczeństwo w trakcie realizacji i planowany efekt końcowy. Skoro efektem ma być godne życie obywateli w stabilnym ekonomicznie państwie – to trudno przeciw temu oponować. Natomiast ocena bezpieczeństwa zawsze jest obarczona ryzykiem – jednak efekty gospodarowania obecnej ekipy w roku 2016 budzą zaufanie.

W wygadywaniu ekonomicznych bredni z miną wszechwiedzącego eksperta Ryszard Petru przebił nawet „szkodnika Balcerowicza”. Media ekscytują się kolejnymi wpadkami szefa Nowoczesnej i jego kumpli, ale święto „Sześciu Króli”, król „Belzebub” czy wigilijny pasztet to tylko żałosne świadectwo wyalienowania z narodowej tradycji. O wiele gorsza jest totalna ignorancja w kwestiach gospodarczych, połączona z reakcją tak zwanych dziennikarzy, traktujących wygadywane przez Petru głupoty jak słowo objawione. Już opublikowane w kampanii wyborczej „Kierunki Programowe” partii „Nowoczesna” opierały się o dziwaczną wizję gospodarki, ignorującą podmiotowość społeczeństwa któremu ta gospodarka powinna służyć. Wtedy jednak można było się jeszcze spodziewać, że to jedynie jakaś forma opętania liberalną ideologią. Jednak okazuje się, że nie przypadkiem „nowoczesna partia” kierowana przez „eksperta ekonomicznego” nie poradziła sobie z prawidłowym rozliczeniem kampanii wyborczej. Pan Petru może podobnie jak jego mistrz Balcerowicz uchodzić za eksperta, dopóki nie udaje się jego słów zderzyć z twardymi faktami. Większość tego typu ekspertów przynajmniej opanowało sztukę ograniczania się do ogólników. Ale nie Petru. On w swym zadufaniu potrafi wprost z sufitu ogłosić, że „istnieje poważne ryzyko, że deficyt będzie znacznie wyższy niż ten, który jest prognozowany”, gdy tymczasem mamy dużo wyższe od przewidywanych wpływy z zysku NBP - można się więc raczej spodziewać, że podobnie jak w roku 2016 deficyt będzie mniejszy niż zapisany w ustawie budżetowej. Ale o tym dowiemy się dopiero za rok. Dużo śmieszniejsze są krótkoterminowe przewidywania „eksperta”, które są natychmiast weryfikowane. Powołując się na swe doświadczenie ekonomiczne Petru ogłosił: bez budżetu nikt nie kupi polskich obligacji. Tymczasem: „W pierwszym czwartkowym przetargu inwestorzy kupili pięć rodzajów obligacji skarbowych o zapadalności od dwóch do dziesięciu lat za łączną kwotę 5 mld zł, przy popycie sięgającym prawie 13 mld zł. W uzupełniającym przetargu MF sprzedało jeszcze papiery za miliard złotych przy popycie przekraczającym dwa miliardy”.

Opiniotwórcze media donoszą z oburzeniem: „lekarz gratis jeśli oszukasz”: Wbrew oczekiwaniom lekarzy eWUŚ nie zniknie. Oświadczenia o posiadaniu ubezpieczenia również pozostaną, co potwierdziła w rozmowie z "GW" rzeczniczka MZ Milena Kruszewska: "Zmiana w ustawie zdrowotnej nie znosi obowiązku potwierdzenia prawa do świadczeń". "Jeśli więc osoba nieubezpieczona przyzna, że nie płaci składek, to lekarz ją przyjmie za pieniądze. Ale jeśli skłamie, że ma ubezpieczenia, to wtedy wizyta będzie za darmo".

Samo powoływanie się na „Gazetę Wyborczą” (która jest gazetą tylko z nazwy) jest kompromitujące. Niestety w Polsce brak jest systemowej ochrony obywateli przed takimi kłamcami udającymi dziennikarzy. Wystarczy 10 minut poszukiwań, aby ustalić fakty:

  1. Zmiana ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych z dnia 4 listopada 2016 r (Dz.U. 2016 poz. 2173) zawiera zapis: „osoba, której udzielono świadczenia opieki zdrowotnej, jest obowiązana do uiszczenia kosztów tego świadczenia, z wyłączeniem osoby, której udzielono świadczenia, o którym mowa w art. 15 ust. 2 pkt 1.”. A te świadczenia to właśnie podstawowa opieka medyczna (lekarze rodzinni). Ten sam akt prawny umarza także postępowania związane ze ściąganiem należności.
  2. Minister Zdrowia wielokrotnie mówił o tym, że „eWUŚ nie zniknie od razu, ale będzie „wygaszany” wraz z Narodowym Funduszem Zdrowia”. Przyczyna jest prozaiczna: ktoś musi lekarzom zapłacić za świadczenia wobec nieubezpieczonych. We wspomnianej wyżej ustawie przewidziano środki na ten cel. Musi więc istnieć system pozwalający na ustalenie, czy koszty ma pokryć NFZ czy skarb państwa. Obecne rozwiązanie jest przejściowe (urzędnicy MZ mówią, że prawdopodobnie już od 1 lipca do zarejestrowania u lekarza wystarczy PESEL).
  3. Z faktu, że eWUŚ nie zniknie nie wynika, że „jeśli więc osoba nieubezpieczona przyzna, że nie płaci składek, to lekarz ją przyjmie za pieniądze”. By to stwierdzić nie trzeba nawet szperać w przepisach – wystarczy odrobinę logiki (ale tego akurat od pismaków nie ma co oczekiwać). Znajomość przepisów przydaje się jednak lekarzom – by wiedzieć, że biorąc pieniądze za wizytę mogą złamać obowiązujące prawo.

Podkategorie

Kótkie opisy wydarzeń, które mogą wskazywać na kierunki działań w gospodarce.

Kredyty we frankach