- Szczegóły
- Kategoria: Konserwatywna Polska
Dopiero dzisiaj widać jak wielką zbrodnią na polskim narodzie była gruba kreska. Żałosny spektakl sejmowy (z posłem Nitrasem grzebiącym w cudzych rzeczach) to jest pozbawiony retuszu obraz naszych elit odziedziczonych po PRL-u. Obraz, który budzi przerażenie. „Liderem” tego warcholstwa jest Ryszard Petru – uosobienie czegoś co nazywa się „polską ekonomią”. Takiego osobnika sportretował w filmie Miś Stanisław Bareja:
„On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa To jest Miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to jest nasze, przez nas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo!”
- Szczegóły
- Kategoria: Krótko
Pucz to jest zastosowanie siły, żeby obalić rząd – wyjaśnia prof. Domański - „Jarosław Kaczyński ma swoją definicję puczu, która odbiega od definicji badawczej”.
Według cenionego słownika języka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego słowo „pucz” oznacza próbę przewrotu politycznego, zamachu stanu przygotowywaną przez niewielką grupę spiskowców. Dokładnie w takim znaczeniu użył słowa „pucz” Jarosław Kaczyński. Nie był on zresztą jedyny (wcześniej podobnie wypowiadała się Premier Szydło). Widać więc, że profesor Domański nie ma racji, w kwestii definicji autorstwa Kaczyńskiego.
Dużo ciekawsza jest końcowa część wypowiedzi profesora, odnosząca się do „definicji badawczej”. W normalnej nauce „badawcze” mogą być hipotezy. Nauka uprawiana przez polskich profesorów widać ma swój własny język. Dzięki ich działalności język polski może się znacznie wzbogacić. Kto wie, czy z czasem słowo „profesor” nie stanie się synonimem „idioty”, wzbogacając i tak bogaty repertuar polskich inwektyw.
- Szczegóły
- Kategoria: Stan Bezprawia
Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Tak mówi Kodeks Karny ustanowiony nam miłościwie przez nasze prawnicze autorytety (art. 135. § 2). Nie ma chyba większej zniewagi Prezydenta, niż pomówienie go o to, że łamie prawo, a Konstytucję w szczególności. Tymczasem prawnicze autorytety robią to gremialnie. W tym gronie mamy promotora Prezydenta prof. Zimmermanna (który przy okazji wyraził ubolewanie – że Prezydent jest absolwentem UJ), koledzy Zimmermanna apelowali o o uszanowanie prawa – sugerując, że je łamie. Mamy profesoro-magistra Stępnia, który odgraża się Trybunałem Stanu). Mamy też innego prezesa TK, Andrzeja Zolla. I wielu, wielu innych. Ostatnio znów dał o sobie zasłużony w betonowaniu prawniczej postkomuny profesor Strzembosz.
Może jednak Prezydent jest przestępcą – bo te wszystkie prawnicze autorytety mylić się nie mogą? Gdy kiedyś ówczesny (i obecny) Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro publicznie oskarżył o łamanie prawa Doktora G. - te same autorytety jednoznacznie orzekły, że nie można rzucać takich oskarżeń bez wyroku sądu. Prezydentowi należy się chyba co najmniej taka ochrona jak doktorowi G. (ostatecznie skazanego zresztą przez sąd)? Tymczasem nie podjęto przeciw Prezydentowi nawet żadnych kroków prawnych. Dlaczego? Czyżby autorytety zapomniały w naszym systemie prawnym zapewnić możliwości przeciwdziałania łamaniu prawa? A może oni doskonale wiedzą, że ich oskarżenia nie mają podstaw? Dlaczego więc je rzucają? Czy może być w tym inny cel, niż poniżanie Prezydenta.
Jeśli tak – to rodzi się kolejny problem: zgodnie z treścią art. 304 § 2 KPK instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swą działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub policję oraz przedsięwziąć niezbędne czynności do czasu przybycia organu powołanego do ścigania przestępstw lub do czasu wydania przez ten organ stosownego zarządzenia, aby nie dopuścić do zatarcia śladów i dowodów przestępstwa.
Uniwersytet Jagieloński jest instytucją państwową, a jej władze w związku ze swoją działalnością musiały wiedzieć o pomówieniach profesorów prawa. Przestępstwo to jest zaś ścigane z urzędu. Dlatego ewidentnie zostało złamane prawo zarówno przez władze Wydziału Prawa i Administracji UJ, jak i władze tej uczelni.
- Szczegóły
- Kategoria: Monitor gospodarczy

Porażka projektu radykalnego uproszczenia podatków została przez większość komentatorów przyjęta z ulgą. Upraszczać – oczywiście, ale bez przesady. Żeby tak zupełnie pozbawić nas możliwości biadolenia nad komplikacją? Zupełnie bezwstydne są komentarze byłego wiceministra finansów, tworzącego te komplikacje i zarabiającego na nich Witolda Modzelewskiego.
Jednym z założeń jednolitego podatku była likwidacja najbardziej niesprawiedliwej daniny, jaką jest składka ZUS płacona nawet wówczas, gdy drobny przedsiębiorca nie ma przychodów. Jednak bez zmniejszania budżetu siłą rzeczy ktoś musiałby zapłacić więcej. Proponowano, by maksymalny podatek wynosił 40%. Uderzyłoby to przede wszystkim w najlepiej zarabiających na etatach – a więc najbardziej wpływowych „ekspertów”. To przesądziło o tym, że w obecnej sytuacji politycznej byłby kolejny powód do bezpardonowej wojny z rządem. Przykład podatkowej „post-prawdy” można znaleźć na portalu T. Lisa: Osoby, które co miesiąc wystawiają swojemu pracodawcy fakturę na kwotę 6 tysięcy złotych netto (plus VAT), stracą pond 350 zł. Możemy przyjąć, że w tej chwili zostanie im w portfelu co miesiąc 3951,99 zł. Z naszej symulacji wynika, że im więcej przedsiębiorca zarabia, tym więcej będzie musiał dołożyć po zmianie podatku. Komuś, kto wystawia miesięcznie fakturę na 10 tysięcy netto, zostanie w kieszeni o niemal 1200 złotych mniej.
Już samo pisanie o fakturach VAT wystawianych pracodawcy brzmi w polskim systemie prawnym dziwacznie. Uogólnienie zaś sytuacji samozatrudnionych na wszystkich przedsiębiorców jest zwyczajną manipulacją. Przedsiębiorcy bowiem większe możliwości odliczania kosztów działalności, a w przypadku wyższych przychodów mogą przekształcić przedsiębiorstwo w spółkę prawa handlowego.
Jak widać uproszczenie podatków bez szerszych reform i dużo silniejszego niż obecnie rządu nie jest w Polsce możliwe. Propozycja rezygnacji z podatku dochodowego pozostaje więc w sferze marzeń.
- Szczegóły
- Kategoria: Konserwatywna Polska
W TVP Info odbyła się rozmowa z księdzem Henrykiem Zielińskim, który przełożył ogólniki używane przez biskupów w świątecznych homiliach na język konkretów. Wyraził on wprost obawy: „Chyba wolą tych, którzy tę prowokację urządzili, było zerwanie Sejmu [...]. Przypomniał, że między wiekami XVII a XVIII Sejm zrywano 73 razy i doprowadziło to do upadku państwa”. Mówił też o możliwej mediacji Kościoła – o ile wszystkie strony konfliktu uznają jego autorytet i przyjmą taką mediację.
Tymczasem opozycja nie darmo siedzi w święta w sejmie. W samą Wigilię „uchwaliła” swój własny „Dekalog” (pięknie „zaorany” przez posłankę Pawłowicz). Czy to tylko wyraz głupoty, czy też rodzi się totalna opozycja także wobec Kościoła z jego kamiennymi tablicami?
Ten liberalny „Dekalog” wraz z komentarzem księdza Zielińskiego i stanowiskiem jakie zajmują biskupi to prawdziwy opis obecnej sytuacji. Jeśli jednak trafna jest teza o post-prawdzie jako głównym tworzywie polityki, to prawda nie ma znaczenia. Nie jest zatem możliwy dialog prowadzony w prawdzie i prowadzący do sensownego kompromisu. Wystarczy poczytać komentarze pod wskazanym wyżej opisem rozmowy z księdzem Zielińskim, by to zrozumieć.
Jeśli rzeczywiście ktoś zarządza tym konfliktem, to na pewno w tej strategii są przewidziane różne warianty rozwoju sytuacji i żadna porażka nie jest ostateczna. Takiego planowania uczy się teraz na kursach zarządzania projektami. Projekt „obalania tyranii PiS” (a de facto poniżenia Polski, której zachciało się suwerenności) na pewno zawiera obszerne rozdziały zarządzania ryzykiem i zarządzania interesariuszami. Machina ruszyła i nie widać siły, która mogłaby ją zatrzymać.