Napisałem poniższy list w październiku 2021, jako mój głos w ramach synodu. Nie chciałem go upubliczniać, by nie stać się jednym z wielu krytyków Kościoła. Jednak po ostatnim liście KEP widzę, że bez aktywnej krytyki Episkopatu - będzie coraz gorzej.

 

Destrukcja Kościoła Katolickiego w Polsce

Jerzy Wawro, 10-2021

 

Od wielu lat z przykrością obserwuję proces destrukcji Kościoła w Polsce. Ośmielony wyzwaniem synodalnym, postanowiłem podzielić się swymi refleksjami na ten temat.

 

Od razu zaznaczę, że nie spodziewam się, aby moje wysiłki zostały dostrzeżone, a tym bardziej docenione. Ciągle jednak mam przed oczami Jana Pawła II, który nie mogąc już mówić podejmował na oczach świata beznadziejny wysiłek. Te nieudane próby wypowiedzenia choćby słowa w oknach Watykanu, znaczyły dla mnie więcej niż potoki słów wylewające się z kolejnych „listów pasterskich”.

 

Z czasem doszedłem do wniosku, że te listy są takie miałkie dlatego, że ich autorzy nie mają do przekazania niczego, poza prostym odwołaniem do Katechizmu. Prostym – bo unikającym prób rozjaśnienia światłem Ewangelii największych problemów z jakimi musimy się mierzyć.

Prawda czy PR?

Każdy krytyczny obserwator rzeczywistości dostrzega, że największym wyzwaniem współczesności jest powszechne odrzucanie prawdy, jako miary wartości naszych słów i czynów. Dla katolika wydaje się bezdyskusyjne to, że „poznanie prawdy staje się możliwe dzięki dwóm drogom: drodze rozumu (drodze filozoficznej) i drodze wiary (spotkaniem z żywą Osobą)”1

 

Nawiązując do przypowieści o siewcy stwierdzić można, że bez intelektualnego wysiłku spotkanie ze źródłem prawdy pozostaje ziarnem rzuconym na ziemię skalistą. Cóż z tego, że mamy wiarę i spotykamy Chrystusa w Eucharystii, skoro nie potrafimy zrozumieć i przyjąć jego słów?

W ewangelicznej scenie przemienienia Chrystusa, Święty Piotr składa propozycję budowy namiotów „chce utrwalić ten stan szczęścia, który przeżywa w bliskości Jezusa”2. Jednak na daremno. Muszą zejść z góry i zmierzyć się z rzeczywistością Golgoty. Spotkanie z Chrystusem ukształtowało pierwszych chrześcijan. Jednak dopiero ich samodzielne podążanie drogą prawdy stało się siłą napędzającą rozwój Kościoła. Czy współczesny Kościół podąża tym samym śladem?

Można mieć co do tego sporo wątpliwości.

 

Erozja doktryny

Jan Paweł II był papieżem, który doskonale rozumiał fundamentalne znaczenie prawdy i rolę religii w jej odkrywaniu. Akceptował On i cenił autonomię nauki, która dąży do opisu naszej rzeczywistości w sposób racjonalny, spójny i zgodny z doświadczeniem. Dostrzegał jednak także ograniczenia metody naukowej oraz niebezpieczeństwa jakie niesie oderwanie nauki od personalistycznego kontekstu. Jego zdaniem dopiero połączenie nauki z wiarą pozwala uniknąć sytuacji w której osiągnięcia naukowe prowadzą do deprecjonowania wartości człowieka jako osoby.

 

Jego dzieło kontynuował Benedykt XVI, który w encyklice „Caritas in Veritate” pisze: „tylko w prawdzie miłość nabiera blasku i może być przeżywana autentycznie. Prawda jest światłem nadającym miłości sens i wartość. Jest to światło zarówno rozumu jak i wiary. [...] Bez prawdy wizja życia staje się empiryczna i sceptyczna, niezdolna wznieść się ponad praxis, ponieważ nie szuka wartości — a czasem nawet znaczenia — które pozwoliłyby ją ocenić i ukierunkowywać. Wierność człowiekowi wymaga wierności prawdzie, która jako jedyna gwarantuje wolność (por. J 8, 32) i możliwość integralnego rozwoju ludzkiego”.

Wspomniana encyklika podejmuje tematykę nauki społecznej kościoła i w tym kontekście Papież snuje rozważania o prawdzie: „Kościół jej szuka, niezmordowanie głosi ją i rozpoznaje, gdziekolwiek się pojawia. Tej misji prawdy Kościół nie może się wyrzec. Jego nauka społeczna stanowi szczególny element tego głoszenia: jest ona służbą prawdzie, która wyzwala”.

Prawda może „pojawiać się” także w dialogu ekumenicznym. Papież przestrzegał przy tym przed fałszywą tolerancją, która jest oparta o relatywizm (każdy ma swoją prawdę).

Jego zdaniem taka postawa zaczyna jednak dominować: „w oczach nowoczesnego człowieka fakt, że głosimy, iż posiadamy prawdę, jawi się jako coś niedemokratycznego, nietolerancyjnego, niemożliwego do pogodzenia z niezbędnym sceptycyzmem naukowca; (...) w oczach nowoczesnego człowieka prawda nie istnieje albo jest rozbita na kawałki. Demokratyczne rozumienie życia i łącząca się z nim idea tolerancji sprawiły, że pytanie, czy możemy nadal podtrzymywać nasze chrześcijańskie rozumienie ludzkiej istoty, stało się rzeczywiście palącą kwestią”.

Czyli chrześcijański dorobek intelektualny nie tylko został zmarginalizowany, ale kwestionowana jest jego przydatność dla współczesnego człowieka. Może dlatego Papież akcentuje postawę otwartości, poszukiwania prawdy (rozpoznaje, gdziekolwiek się pojawia) i koncentruje się na nauce społecznej kościoła, gdzie trudniej o zderzenie ze „sceptycyzmem naukowca”.

 

Dalej w tym kierunku poszedł obecny papież – Franciszek. Według niego: „Jezus jest właśnie tym: Prawdą, która w pełni czasów «stała się ciałem» (J 1, 1. 14), przyszła do nas, abyśmy ją poznali. Prawdy nie bierze się jak rzecz, prawdę się spotyka. Nie jest to posiadanie, lecz spotkanie z Osobą”3. Niestety zarzuty braku jasności wypowiedzi Papieża Franciszka wydają się tu zasadne.

Prawdę się tylko „spotyka”, czy też przyjmuje? Jeśli się ją przyjmuje – to w pewnym sensie się ją posiada. Nie tak „jak rzecz” – ale tej tezy nikt nie stawia (mamy więc fałszywą alternatywę). W innym miejscu4 ten sam Papież mówił „Chrześcijanin, który pragnie głosić Ewangelię, musi rozmawiać ze wszystkimi, świadom, że nikt nie jest wyłącznym posiadaczem prawdy, bo prawdę otrzymujemy w spotkaniu z Jezusem”.

 

Czy nie ma tu zatem ustępstwa na rzecz relatywizacji? Już nie tylko stajemy się poszukiwaczem prawdy, ale znajdujemy ją w intymnej relacji z Bogiem. Taka prawda nie ma charakteru obiektywnego i trudno oczekiwać, by miała uniwersalny charakter.

Możemy nadal prowadzić dialog z innymi ludźmi - w nadziei, że pomimo dzielących nas różnic, uznajemy te same fundamentalne wartości. Tyle, że to pogląd skrajnie naiwny – zbudowany na negowaniu istnienia zła (i związanego z nim kłamstwa).

Między fanatyzmem a heroizm

Dla pełniejszego zrozumienia problemu warto przyjrzeć się mu oczami przeciwników Jana Pawła II. Relatywizm ma swoje silne argumenty. Posługując się antropologią religii Mircea Eliadego – możemy stwierdzić, że żyjemy w świeckiej rzeczywistości (profanum), w której napotykamy hierofanie - objawienie się sacrum (świętości / absolutu). Sacrum daje człowiekowi poczucie sensu i absolutnej pewności - objawione prawdy mają charakter absolutny. Człowiek religijny poszukuje sacrum a religia chroni go przed tym, by się w swych dążeniach całkowicie nie zatracił (poprzez odrzucenie rzeczywistości świeckiej). Pojawia się w tym procesie niebezpieczeństwo fanatyzmu. Dlatego wiele zła wyrządzono w imię religii. Lekarstwem na to ma być świętość rozumiana jako czynienie dobra w imię miłości (sanctum):

Tischner twierdził jednak stanowczo, że kontakt z sacrum nikogo nie czyni jeszcze świętym. Zdaniem krakowskiego filozofa dzieje się tak dlatego, że w obrębie sacrum nie pojawia się nakaz heroicznej miłości bliźniego. Autentyczne chrześcijaństwo jest zatem wedle Tischnera religią, która na poziomie swych własnych powinności – raczej od sacrum się odsuwa lub nawet je znosi. Sacrum, na co wskazywał Lévinas, jest właściwością religii naturalnych. [...] Świętość, jako odpowiedź na dobro (objawiona w etycznych powinnościach Prawa), i czynienie dobra wydarza się jednak zawsze w obrębie profanum”5.

Sądzę, że tak rozumiana świętość znajduje powszechne uznanie – od popkultury ("All You Need Is Love" śpiewali Beatlesi) przez akademicki utylitaryzm po lewicową wrażliwość. Jakie znaczenie ma w takim razie hierarchiczny Kościół? Folklor, tradycja, no i propagowanie miłości. Odpowiedzią na ten kiczowaty obraz świata6 jest encyklika Benedykta XVI „Caritas in Veritate” („Miłość w prawdzie”), w której Papież pisze „Miłości bez prawdy łatwo można wziąć za zapas poczciwości, pożytecznej we współżyciu społecznym, lecz marginalnej. [...] Miłość bez prawdy zostaje zamknięta w ścisłym kręgu prywatnych relacji. Nie jest brana pod uwagę w projektach i procesach budowy ludzkiego rozwoju o uniwersalnym zasięgu, w dialogu wiedzy i działania”.

To rozum chroni człowieka przed fanatyzmem, a nie odrzucenie sacrum, którego człowiek potrzebuje. Czy heroiczność jaką obserwujemy u ludzi głęboko religijnych bierze się z miłości, czy doświadczania sacrum? Czy to w ogóle da się rozdzielić?

Dlaczego prawda jest tak ważna?

W szkole dowiadujemy się, że prawda ma zastosowanie w ocenie naszych wypowiedzi. Zdanie jest prawdziwe, gdy w rzeczywistości jest tak jak mówi to zdanie. Możemy to uogólnić: prawdziwe są te opisy, postawy i sądy, które są zgodne z rzeczywistością. Skąd jednak wiemy, jaka jest rzeczywistość? Jak jest naprawdę? Gdy człowiek żył blisko natury, nie miał takich problemów. Spekulacje na temat prawdy pojawiały się w sferze kultury. Odpowiedzi na pytanie o prawdę dostarczała filozofia i religia. Rozwój nauki sprawił, że to tak zwany konsensus naukowców (zgoda specjalistów) jest uważany za źródło prawdy (prawdziwej wiedzy o świecie).

Każda teoria naukowa opiera się jednak o pewne założenia, które mogą się w przyszłości zmienić (gdy pojawi się teoria lepiej opisująca rzeczywistość). To nie jest prawda objawiona i nie jest absolutna.

Nauki przyrodnicze rozwijane w oparciu o matematykę mają silne fundamenty. Próby użycia charakterystycznej dla nich metody naukowej w innych dziedzinach budzą wątpliwości. Stąd pojawia się postmodernizm i relatywizm. Dlaczego one są szkodliwe? Bo bez absolutnej prawdy nie ma logiki, a bez logiki nie ma wolności. Doświadczyły tego ofiary posługujących się dialektyką komunistów. Co z tego, że logicznie rzecz biorąc miałeś rację, skoro dialektyczna prawda była inna? Dlatego religia jako źródło prawdy absolutnej jest tak ważna. Nie zmienia tego fakt, że w przeszłości poglądy religijne kształtowały wiedzę o przyrodzie, która okazała się fałszywa (jak krążenie Słońca wokół Ziemi). Opisany powyżej proces zmian doktrynalnych w zasadzie redukuje rolę religii w poznawaniu świata do prawdy o człowieku i jego relacji z Bogiem. To jednak nie oznacza konieczności zamknięcia religii w sferze kultury. Gdy socjolog pragnie dogłębnie wyjaśnić kształtowanie się różnych postaw, musi sięgnąć po biologię. Biolog opisując procesy zachodzące w organizmach żywych musi odwołać się do fizyki i chemii. W tym łańcuchu zależności różnych dziedzin jest miejsce na religię i filozofię (na przykład wtedy, gdy pojawiają się pytania o cel i sens istnienia).

Religia i filozofia są potrzebne w kształtowaniu światopoglądu współczesnego człowieka – chyba bardziej niż kiedykolwiek7. Bez nich tak zwany „światopogląd naukowy” stanie się nowym bałwochwalczym zabobonem, a postępy sztucznej inteligencji zostaną użyte jako argument przeciw nadzwyczajnej i niezbywalnej wartości osoby ludzkiej. Dlatego teza Św. Augustyna „jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na właściwym miejscu” przyjmie każdy roztropny człowiek – bez względu na siłę jego wiary.

Tezę Świętego Augustyna można dość często usłyszeć z ust kaznodziejów. Prawie zawsze jednak w kontekście uporządkowania życia prywatnego człowieka, gdy tymczasem Kościół jako wspólnota (a nawet – szerzej – społeczeństwo) potrzebuje takich właśnie norm regulujących8.

Chrystusa spotykamy w Eucharystii. Jeśli nie przyjmiemy jego prawdy i nie wyjdziemy z nią poza sferę sacrum – społeczne znaczenie Kościoła będzie maleć. Pojawiają się intelektualne potworki w rodzaju konserwatywnego liberalizmu. Zbigniew Herbert trafnie zauważył (w swej krytyce Adama Michnika), że złu nie należy przyprawiać maski. Także złu liberalizmu. W Polsce przestrogi Jana Pawła II zostały świadomie zignorowane (jedna z ostatnich Jego myśli wypowiedzianych na polskiej ziemi, dotycząca liberalizmu, na pewno była przemyślana i wyselekcjonowana). Kiedyś sądziłem, że hierarchów oślepiła mamona (zajmowali się wówczas odzyskiwaniem majątków nie patrząc na równolegle dziejące się krzywdy ofiar „transformacji”). Po przestudiowaniu przemian w aspekcie prawdy widzę, że problem jest dużo większy i groźniejszy.

Kościół nie potrzebuje PR-u

Gdyby Kościół Katolicki był mocno posadowiony na fundamencie prawdy, obecne wichry by nim nie zachwiały. Wygląda jednak na to, że tak nie jest. Arcybiskup Polak za jedno z trzech najważniejszych wyzwań dla Kościoła uważa odbudowę wiarygodności: „chcemy poprzez jasne stawiane problemów, z którymi się zmagamy na różnych polach, znaleźć konkretną drogę by ta wiarygodność Kościoła w Polsce była większa9. Sam fakt, że Prymasem Polski jest człowiek o mentalności PR-owca nie najlepiej świadczy o Kościele hierarchicznym. Zadaniem Kościoła nie jest budowanie wiarygodności, ale głoszenie Ewangelii. Jej wiarygodność została zbudowana na krwi przelanej przez Chrystusa i tysiące męczenników umierających w imię prawdy. Jakich innych dróg chce poszukiwać Ksiądz Prymas?

Mężne głoszenie prawdy we współczesnej Polsce nie wiąże się z groźbą krwawych prześladowań. Można za to co najwyżej przeczytać jakieś paskudne komentarze w Tygodniku Powszechnym, lub innym szmatławcu. Dlaczego więc mamy z tym problem? Może dlatego, że proste prawdy Ewangelii stały się zbyt trudne dla osób, które utraciły kontakt z „maluczkimi”?

Prawda czy mit?

Dla wielu osób trudność w akceptacji chrześcijaństwa jako źródła prawdy jest chrześcijańska mitologia. Czym ona się różni od innych mitologii, których fałszywość jest oczywista? Wyjątkowość chrześcijaństwa jest związana z osobą Chrystusa, który był postacią historyczną, a nie mityczną. Jak pisze Benedykt XVI „mity czekały na Tego, w którym przedmiot pragnień stał się rzeczywistością10. Realność Chrystusa jest faktem, a jego boskość jest fundamentem naszej wiary. A co z całą resztą? Mamy wierzyć w niebo pełne świętych, z Dziewicą Maryją słuchających anielskich pieśni i piekło z okrucieństwami jakich żaden zbrodniarz by nie wymyślił? Przychodzą mi na myśl dwa cytaty: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy Bóg przygotował tym, którzy Go miłują” oraz „postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my, nie nakładać na was żadnego ciężaru oprócz tego, co konieczne”.

Ja nie wiem jak wygląda Niebo i ta wiedza nie jest mi do niczego potrzebna. Z drugiej strony odrzucanie chrześcijańskiej mitologii, z powodu braku racjonalnych przesłanek świadczących o jej prawdziwości, uważam za przejaw pychy. Mity wyrażają prawdy, których inaczej przedstawić się nie da. Niemniej w swej misji ewangelizacyjnej moim zdaniem Kościół powinien się koncentrować na przesłaniu Ewangelii i jego współczesnym odczytaniu. To wymaga jednak wiedzy, mądrości i roztropności (nie tylko darów Ducha Świętego, ale wysiłków w celu zrozumienia współczesnego świata). Łatwiej opowiadać o aniołkach i diabełkach. No i o ludzkich popędach, które na szczęście się nie zmieniają, więc wiekowe mądrości pozostają w mocy. Chociaż w tej dziedzinie także przemiany cywilizacyjne są nie do pominięcia (kiedyś młodzi ludzie pobierali się i mieli dzieci u progu płciowej dojrzałości, obecnie średnia wieku osób zawierających małżeństwa zbliża się do 30).

Dary Ducha Świętego

Chrześcijańskie wychowanie dzieci sprowadza się do przekazania mu tego, że Bóg jest miłością. Roztropni rodzice muszą jednak przestrzec swe dzieci przed złem obecnym w świecie. Rozumiejąc różnicę między dobrem i złem oraz prawdą i kłamstwem, dziecko samodzielnie wybierze bezpieczne schronienie w chrześcijańskiej rodzinie i chrześcijańskiej wspólnocie. Czy wejście w dorosłość wraz z przyjęciem bierzmowania coś zmienia? Sądząc po głoszonych w kościołach naukach – niewiele. Rodzi się wielki problem, bo w życiu młodego człowieka następują drastyczne zmiany. Można więc zatracić się w religijności, odrzucając „zły świat” (obecnie rzadkość), można odrzucić Kościół - jako nienowoczesny, a można zakreślić granice dla naszej religijności (to nie tylko wspomniany konserwatywny liberalizm, ale każde traktowanie religii jak supermarketu z półkami pełnymi reguł do wyboru). Która z tych postaw jest najlepsza? Oczywiście żadna. Jesteśmy chrześcijanami i musimy o tym pamiętać w każdej sytuacji. Po to potrzebne nam są dary Ducha Świętego. Niestety nie każdy ma czas i zdolności potrzebne do podejmowanie roztropnych decyzji, więc pomoc ze strony Kościoła by się przydała. Czemu o nią tak trudno? Może z powodu braku rozeznania, a może z powodu deficytu wspomnianych darów.....

 Dla przykładu dorosły człowiek musi opanować sztukę podejmowania działań, które są postrzegane jako krzywdzące i niesprawiedliwe. Współczesne społeczeństwa zorganizowano w taki sposób, aby minimalizować przykrości z tego powodu, poprzez rozmycie odpowiedzialności. Projektant drogi nie musi przejmować się losem wysiedlonych mieszkańców, a prezes firmy losem zwalnianych pracowników. Wystarczy, że działają zgodnie z przyjętymi regułami. Chrześcijanin jednak powinien przejmować się losem bliźnich. Nie znaczy to wcale, że podejmowane w takiej sytuacji decyzje będą inne – choć czasem może się to zdarzyć. W takich trudnych sytuacjach ważne jest to, by ludzie nie byli traktowani przedmiotowo i mieli przekonanie, że zrobiono wszystko co się dało, aby uniknąć zła. Bez odniesienia do chrześcijańskiego personalizmu, taka sytuacja jest niezmiernie trudna do osiągnięcia. Dlatego zaniechania Kościoła w okresie przemian po roku 1989 w Polsce, przyniosły niewyobrażalne szkody – także (a może przede wszystkim) – dla samego Kościoła. Z przykrością należy stwierdzić, że w ojczyźnie Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego Społeczna Nauka Kościoła została kompletnie zignorowana. Została papka pop-chrześcijaństwa – łatwo przyswajalna przez ludzi mało dojrzałych.

Bezradność

Pop-chrześcijaństwo okazuje się całkowicie bezradne wobec ataków jego wrogów. Najsilniejszy z nich wykorzystuje skandale seksualne jakie miały (mają?) miejsce wśród duchownych. Nie oglądałem (i nie zamierzam) słynnych filmów braci Sekielskich. Wykorzystano je do stworzenia stereotypu „ksiądz - pedofil”, który wcale nie służy dobru, ale wręcz przeciwnie. Czy problem rozwiąże tropienie pedofilów i „jasne stawianie problemów”? Bardzo wątpię. Ja chciałbym wierzyć w to, że wszystkie tego typu sprawy znalazły swój finał w konfesjonale, że był nakaz zadośćuczynienia, a wobec gorszycieli „maluczkich” (którym lepiej by byłoby kamień u szyi...) podjęto męską decyzję usunięcia ze stanu kapłańskiego (albo i Kościoła). Gdyby tak było, proste pytanie: „naprawdę chcecie, by ksiądz w konfesjonale sporządzał raport dla policji?” zakończyłoby problem odpowiedzialności tych, którzy wiedzieli i nic nie zrobili. Wierzyłbym, że zrobili co mogli. Jednak tej wiary nie mam. W pop-chrześcijaństwie trudno o męskie decyzje.

Kościół a polityka

Kościół w Polsce nie tylko porzucił społeczne nauczanie (po śmierci jednego z jego twórców – Prymasa Wyszyńskiego), ale gdy pojawił się rząd, który stara się prowadzić politykę zgodnie z tą nauką – nie potrafi tego ocenić / docenić, nawołując do pojednania ze złymi ludźmi, będącymi wrogami takiej polityki. Z drugiej strony obserwujemy szokujący brak rozróżnienia tego co „boskie” i tego co „cesarskie”. Polityka opiera się o kompromisy, a zasady etyczne powinny być niewzruszone. Pogodzić te dwa porządki można wyłącznie w taki sposób, że to chrześcijańscy politycy próbują kształtować reguły życia społecznego, a Kościół instytucjonalny ogranicza się do moralnej oceny tych reguł. Domaganie się przez władze kościelne ujęcia w karby prawa dziedzin, w których kształtowanie moralności zawiodło, powoduje więcej złego niż dobrego. Nawet jeśli chodzi o tak szczytny cel, jakim jest ochrona ludzkiego życia. W tej walce o życie widać zresztą zadziwiający brak konsekwencji. Ustawa regulująca te zagadnienia mówi o „warunkach dopuszczalności przerwania ciąży”, co jest sformułowaniem skandalicznym. Jest to łatwe do zmiany, ale jakoś nikt tego nie proponuje. Państwo nie powinno decydować o tym kiedy zabicie człowieka jest „dopuszczalne”, ale co najwyżej o tym, kiedy taki akt nie jest traktowany jak przestępstwo. „Dopuszczalność” w połączeniu z brakiem rozróżnienia między prawem stanowionym a prawem boskim sprawia, że przeżycie takiej tragedii kończy się wraz z uznaniem zgodności z prawem. Przykazanie „nie zabijaj” nie zawiera wyjątków. Tego typu czyny są jednak różnie oceniane – zarówno w sumieniu jak i z etycznego punktu widzenia – zależnie od okoliczności. W każdej sytuacji człowiek religijny powinien to przeżyć, poradzić sobie z tym. Stwierdzenie „dopuszczalności” nie wystarczy.

Tolerowanie zła

Polityczne zaangażowanie biskupów wydaje mi się jedną z przyczyn, dla których Kościół hierarchiczny nie reaguje na przejawy zła, jakie widzimy w życiu publicznym. Wspomniałem wcześniej straszny czas transformacji, gdy tysiące ludzi traciło pracę i sens życia. Szacuje się, że w początkach lat 90-tych było aż 30 tysięcy przedwczesnych śmierci (powyżej przewidywań statystyków), z czego część to były samobójstwa z przyczyn ekonomicznych. Masowo grabiono i sprzedawano polskie przedsiębiorstwa. Polskie kobiety trafiały do niemieckich domów publicznych, a w polskich rodzinach pojawił się głód. Wszystko w ramach przemian firmowanych bezkrytycznie przez Kościół. Później pojawiła się masowa emigracja powodująca rozbicie wielu rodzin. Nauczanie społeczne Kościoła, które mogłoby łagodzić te negatywne zjawiska potraktowano jak nie warte uwagi teoretyzowanie11. Gdy obecnie biskupi upomnieli się o imigrantów koczujących na polskiej granicy – chyba nikt nie przejął się ich słowami. Całkowity brak autorytetu. W chwili obecnej największym problemem jaki się w Polsce pojawił (obok opisanej na wstępie pogardy dla prawdy) jest straszna nienawiść. Skierowana głównie w stosunku do tych, którzy zanegowali nadzwyczajną rolę „elit” jakie zbudowała III RP12. O ile można zrozumieć wstrzemięźliwość wobec nienawiści w polityce, to zupełnie niezrozumiałe jest milczenie, w sytuacji, gdy trwa festiwal nienawiści wobec Ojca Rydzyka. Co ten człowiek zawinił nienawistnikom? Czemu biskupi milczą w tej sprawie? Milczą, gdy nienawiść dotyka katolików i naszą Ojczyznę (choć chętnie uczestniczą w patriotycznych uroczystościach).

Zapewne więc nie doczekamy się także żadnej reakcji na nienawiść wobec konserwatywnej Polski, jaka przybiera na sile na arenie międzynarodowej. Duch Święty wiele kędy chce. Widać w kierunku Episkopatu z jakichś powodów nie chce.

Katolicka Polska

Kościół w Polsce przetrwa obecne perturbacje – pomimo tak marnych pasterzy (a może nawet wbrew nim). Mamy armię oddanych i dobrych księży, pracujących w imię Boże zakonnic i świeckich wolontariuszy, a przede wszystkim pokładający w Bogu nadzieję lud. Jest go coraz mniej i można się spodziewać, że wrogowie Kościoła w końcu zaczną „obciosywać” katolików. Ciekawe, czy Episkopat będzie nadal wzywał wówczas do dialogu i zamazywał granice między dobrem i złem – przynajmniej póki nasi wrogowie nie przyjdą także po biskupów?

Czy chrześcijaństwo to religia pacyfizmu?

Gdy byłem w wieku szkolnym, zadałem księdzu na lekcji religii pytanie: skoro Chrystus kazał modlić się za swych nieprzyjaciół, to czemu w „Suplikacjach” śpiewamy „abyś nieprzyjaciół Kościoła Świętego poniżyć raczył, prosimy Cię Panie?”. Teraz już takich dylematów nie ma, bo tego fragmentu się nie śpiewa. Pop-chrześcijaństwo stara się nie wzbudzać kontrowersji i nie robić nikomu przykrości. Jeden z portali internetowych przypomniał ostatnio wypowiedzi Jana Pawła II na temat ideologii LGBT13. Kto dziś ma odwagę powtórzyć za nim: „Parlament [Europejski] w sposób nieuprawniony nadał walor prawny zachowaniom dewiacyjnym, niezgodnym z zamysłem Bożym”? Głos arcybiskupa Jędraszewskiego pozostaje odosobnionym. Czy w tak ważnej sprawie biskupi nie powinni mówić jednym głosem? Gdyby rok 1920 wydarzył się dziś – na pewno nie byłoby tak zgodnego zrywu narodu przeciw bolszewii. Polski naród jest zagubiony i podzielony - od skrajnej uległości wobec lewicowej i antypolskiej propagandy do głupiego radykalizmu „narodowców”. Jak owce bez pasterza.... Po odejściu Jana Pawła II została pustka. Polska znów jest atakowana i wierny lud sam musi się organizować, by stawić czoła zagrożeniom. Teraz wróg atakuje nas innymi metodami (konflikt zbrojny raczej nam nie grozi). Po agresji ekonomicznej RFN na Grecję przyszedł czas na Polskę. To skłania do refleksji na temat aktualności pojednania zapoczątkowanego w 1965 roku i dopuszczalnych dla chrześcijanina form obrony. Czytając słowa Ewangelii nietrudno znaleźć fragmenty przeczące pacyfistycznej interpretacji, jaka obecnie dominuje w Polsce. Czy Chrystus wykluczał użycie przemocy? A kto powyganiał kupców ze świątyni i powywracał im stoły? Gdy Go spoliczkowano – nie nadstawiał drugiego policzka. Nie kazał też uczniom jednać się z nieprzyjaciółmi – nawet wobec obojętnych niedowiarków nakazywał wstrzemięźliwość  wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich). Do Piłata powiedział: „Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom”. Nasza Ojczyzna jest jak najbardziej z tego świata, więc my – jej słudzy mamy prawo i obowiązek bić się o nią!

Szkodę dla nas przynosi działanie nierozsądne i z niskich pobudek (chrześcijanin musi wyrzec się nienawiści). Dlatego złych ludzi należy unikać, ale jeśli nas atakują – mamy prawo się bronić. Jan Paweł II był „papieżem pokoju”, ale nie był pacyfistą14.

Kościół otwarty?

Biorąc powyższe pod uwagę, musimy się pochylić nad użytym w Ewangelii pojęciem „bliźni”. Współcześni uczeni w piśmie twierdzą, że dla chrześcijanina „bliźnim” są „wszyscy ludzie”. Ma o tym świadczyć przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Jest to teza bałamutna, gdyż Chrystus opisuje postawę bycia bliźnim, a nie rozpoznawania bliźnich. Tylko przy takiej interpretacji Ewangelia jest spójna. Powinniśmy wszystkim ludziom oferować chrześcijańską miłość (być dla nich bliźnim), ale jeśli to odrzucą – możemy odejść („strząsnąć kurz ze swoich stóp”). Jeśli nasz bliźni staje się naszym wrogiem – mamy obowiązek się za niego modlić, ale gdy w swej wrogości zatwardziale występuje przeciw wspólnocie – niech będzie „jak poganin i celnik” (przestaje być bliźnim).

W czasach sojuszu tronu z Kościołem teza, że bliźni to wszyscy ludzie, miała dobre uzasadnienie polityczne. Traktowanie wszystkich jak bliźnich, których powinniśmy kochać, pozwalało kształtować relacje między ludźmi zgodnie z zasadami chrześcijańskimi – niezależnie od tego, z wyznawcami jakiej religii mieliśmy do czynienia. Takie inkluzywne zasady są nie do utrzymania w sytuacji, gdy panoszy się zatwardziałe zło, którego celem jest niszczenie podstaw naszej cywilizacji. Od takich ludzi należy stronić, a nie przyjmować ich z otwartością. Także wtedy, gdy kierujemy się wobec nich przykazaniem miłości. Ona wyraża się w dążeniu do tego, co dla bliźniego najlepsze. Co zatem jest lepsze dla człowieka: pobłażanie dla jego grzechów, czy piętnowanie ich odpowiednio do ich powagi? Jeśli mamy w perspektywie życie wieczne, to z pewnością pobłażliwość nie prowadzi do nawrócenia.

Podsumowanie

W swoim krytycznym spojrzeniu na przywódców Kościoła nie jestem odosobniony. Dlatego czuję się w obowiązku zastrzec, że nie podzielam poglądów powszechnie znanych krytyków (inaczej powyższy tekst nie miałby sensu). Nie mam na myśli krytyki ze strony wrogów Kościoła, czy fałszywych przyjaciół (jak Adam Michnik). Ich intencje są jasne, a polemika z nimi to strata czasu. Myślę o krytykach, których - jak sądzę – naprawdę motywuje troska o Kościół. Można wyróżnić trzy główne nurty w tej krytyce.

  1. Katolicy, którzy stają w obronie Tradycji, postrzegając jako źródło zła Sobór Watykański II. Symboliczne jest dla nich odwrócenie ku wiernym księdza sprawującego Najświętszy Sakrament. Wcześniej ksiądz stał na czele wiernych, zwróconych ku Bogu. W wyniku reform soborowych wszyscy gromadzą się wokół ołtarza. Choć wygląda na to, że mamy tu do czynienia z przekłamaniem15, krytycy nowego rytu traktują sprawę bardzo pryncypialnie.
  2. Odrębną grupę krytyków stanowią osoby przekonane o nadzwyczajnym wpływie na życie Kościoła osób uwikłanych we współpracę z służbami (w Polsce SB), czy „lawendowej mafii”. Ksiądz Isakowicz-Zalewski uważa, że „jeżeli papież Franciszek nie zrobi z tym porządku, to będziemy świadkami kolejnych kryzysów w Polsce, które doprowadzą do całkowitego rozejścia się wiernych i episkopatu”16.
  3. Ostatni ważny nurt w krytyce Kościoła obejmuje konserwatystów wrogich „lewicowemu odchyleniu”, które sprawia, że pontyfikat Papieża Franciszka jest „osobliwy”17.

 

Ad 1. Nie zgadzam się z tą krytyką, ale uważam, że należy brać ją poważnie pod uwagę. Sobór Watykański II był moim zdaniem reakcją na przemiany jakie się dokonały w świecie przez poprzednie 200 lat (zapoczątkowane przez „Oświecenie”). Bez soboru zapewne nie byłoby nauczania Jana Pawła II, który dał mocne fundamenty dla Kościoła w XXI wieku. Utyskiwanie jakie słyszę w ze strony księży i biskupów, że dla ludu zostały w pamięci kremówki jest głupie głównie dlatego, że w złą stronę skierowane. Jasne wytyczenie pozycji Kościoła między nauką i wiarą, polityką i etyką, cielesnością i duchowością, a w końcu – między lewicowymi i konserwatywnymi pomysłami na organizację społeczeństw, nie zostały przez polskich przywódców Kościoła dostrzeżone i docenione.

 

Ad 2. Jeśli porównać sytuację w Kościele po uwolnieniu Prymasa Wyszyńskiego z obecną, to widać, że mamy kryzys przywództwa, a nie kryzys Kościoła.  

Ad 3. Choć moim zdaniem obecnego Papieża rzeczywiście nie da się porównać do poprzedników, wierzę, że istnieje jakiś zamysł boży w tym iż właśnie ten człowiek znalazł się w Watykanie. Przekonanie, że troska o środowisko naturalne, czy troska o ubogich i wykluczonych są domeną lewicy, to oddawanie pola tejże lewicy. Moim zdaniem taka krytyka nie dotyka kwestii najważniejszych. Jednak to nie z powodów merytorycznych uważam ją za szkodliwą. Krytyka ta jest przede wszystkim nieskuteczna. Z dwóch powodów (obie strony są winne). Domyślam się, że celem krytyków nie jest rozbicie Kościoła, ani rewolucyjne w nim zmiany, tylko jego naprawa. Tylko dlaczego mam się tego domyślać? Radykalizm formułowanych postulatów (łącznie z domaganiem się dymisji Papieża) może sugerować coś innego. W tej sytuacji rodzi się naturalny odruch obronny, a obiekt krytyki czuje się zwolniony z podejmowania merytorycznego sporu. W takiej postawie (unikanie sporu) dostrzegam winę drugiej strony. Merytoryczne kontrargumenty powinny służyć do otwarcia dyskusji, a nie – jej zamknięcia. Zwłaszcza, gdy widać po drugiej stronie autentyczną troskę o wspólne dobro, którym jest nasz Kościół. Dlatego mamy schizofreniczne nawoływanie do dialogu z wrogami Kościoła i zamykanie ust (lub ignorowanie) inaczej myślących osób, autentycznie zatroskanych o dobro tegoż Kościoła.

 

 

 

1http://studiagdanskie.diecezja.gda.pl/wp-content/uploads/2019/02/42-175-187.pdf

2https://repozytorium.amu.edu.pl/server/api/core/bitstreams/28235949-57b7-4402-a71b-0928ed20ad92/content

3http://studiagdanskie.diecezja.gda.pl/wp-content/uploads/2019/02/42-175-187.pdf

4FRANCISZEK, „Prawda jest spotkaniem”

5https://www.miesiecznik.znak.com.pl/6562010sebastian-dudaniebezpieczne-drogi-swietosci-2

6„kicz jest przejawem zerwania związku między etyką a estetyką, rezygnacją z prawdy na rzecz piękna”

https://www.zycie-duchowe.pl/art-19067.miedzy-hierofania-brzydota.htm

7Benedykt XVI w „Caritas in Veritate” pisze: „W dzisiejszym kontekście społecznym i kulturowym, w którym jest

rozpowszechniona tendencja do relatywizowania prawdy, przeżywanie miłości w prawdzie prowadzi do

zrozumienia, że przyjęcie wartości chrześcijańskich jest elementem nie tylko użytecznym, ale koniecznym dla

zbudowania dobrego społeczeństwa oraz prawdziwego, integralnego rozwoju ludzkiego”.

8Benedykt XVI, „Caritas in Veritate”: „bez Niego [Boga] albo odbiera się prawo do rozwoju, albo składa się go jedynie w ręce człowieka, który popadł w przekonanie o samo-zbawieniu i w efekcie opowiada się za rozwojem odczłowieczonym”.

9https://www.niedziela.pl/artykul/73326/Abp-Polak-o-wyzwaniach-Kosciola-w-Polsce

10https://www.niedziela.pl/artykul/85417/nd/Czy-chrzescijanstwo-to-mitologia

11Gdy w roku 2012 napisałem książkę na temat społecznej gospodarki rynkowej, zwróciło się do mnie wiele zacnych osób z propozycją znalezienia instytucjonalnych ram dla propagowania tych idei. Zwróciłem się do dyrektora miejscowego „Ośrodka Kultury i Formacji Chrześcijańskiej” i zdobyłem jego poparcie. Brakło akceptacji biskupa. Widać miał ważniejsze sprawy na głowie.....

12Dużą część tych elit stanowią postkomuniści oraz tak zwana „styropianowa elita” (nie ważne jakie masz kompetencje, ważne że spałeś obok na styropianie w czasie strajków).

13https://pch24.pl/co-jan-pawel-ii-mowil-o-antyrodzinnej-kampanii-w-parlamencie-europejskim-i-wspieraniu-przez-eurokratow-ideologii-lgbt/

14https://www.centrumjp2.pl/jan-pawel-ii-wobec-wojny-2/

15„Każdy kto pojmie tę istotę rzeczy z łatwością zrozumie, że rzecz nie polega na patrzeniu na lub w kierunku kapłana, lecz wspólnym patrzeniu w kierunku Boga i wyjściu Mu naprzeciw” [J. Ratzinger http://www.nowyruchliturgiczny.pl/2009/09/ks-lang-reforma-liturgii-i-pozycja.html]

16https://dorzeczy.pl/religia/217516/ks-isakowicz-zaleski-jan-pawel-ii-zostal-kanonizowany-za-szybko.html

17https://dorzeczy.pl/tylko-na-dorzeczy/190162/milczenie-franciszka-katalizator-lewicowego-ekstremizmu.html