- Szczegóły
- Kategoria: Monitor gospodarczy

Rośnie ilość zwolenników minimalnego dochodu gwarantowanego, nazywanego też „bezwarunkowym dochodem podstawowym” (ang. minimum guaranteed income, unconditional basic income). Idea ta polega na tym, zamiast zasiłków i emerytur, wypłacać minimalną kwotę każdemu. Jan Sowa wyliczył, że w Polsce mogłoby to być około tysiąc złotych miesięcznie. Wygląda to na utopię, ale w Holandii tego rodzaju rozwiązanie jest wdrażane lokalnie – w niektórych miastach: Zwolennicy „dochodu podstawowego” twierdzą, że jest to mechanizm, którego działanie przekłada się na zmniejszenie zjawiska ubóstwa i wykluczenia społecznego. Niedawne badania przeprowadzone w 18 europejskich krajach pokazują, że hojne świadczenia społeczne zachęcają ludzi do większej ilości pracy, a nie lenistwa.
Holenderski eksperyment dotyczy na razie jedynie osób korzystających z pomocy społecznej, więc nie budzi większych kontrowersji. Docelowo taki dochód powinien być udziałem całej populacji. Jego wprowadzenie wiązałoby się z likwidacją wszelkich przywilejów, zasiłków, emerytur. Dochód otrzymywałby każdy: zarówno bogaty jak i biedny. Cały system opieki społecznej i system emerytalny byłby zbędny. Oczywiście oszczędzanie na emeryturę nadal miałoby sens – ale to byłoby sprawą prywatną.
Pierwszym krajem w Europie, który chce wprowadzić takie rozwiązanie obejmujące wszystkich jest Szwajcaria. „W ostatnim czasie dyskusja zdecydowanie się nasiliła, co było spowodowane zebraniem podpisów, dzięki którym do 2019 roku w Szwajcarii ma odbyć się referendum, w którym obywatele zadecydują, czy są za bezpośrednim dochodem podstawowym w kwocie 2500 franków miesięcznie (kwota może wydawać się astronomiczna jak na Polskie warunki, ale w Szwajcarii nie są to jakieś wielkie pieniądze)”.
Wprowadzenie go w praktyce musiałoby się wiązać z szerszą Minimalny dochód gwarantowany jest uzasadniany jako realizacja praw człowieka: „gdy ludzie nie są w stanie zaspokajać swoich podstawowych potrzeb w ramach wyznaczonych przez pierwsze założenie, powinni oni uzyskać odpowiednią pomoc. Wymaga to ustanowienia systemu zabezpieczenia o charakterze publicznym (zabezpieczenie społeczne)”.
W warunkach polskich taki dochód jako świadczenie publiczne byłby o wiele mniejszy. Uzyskanie kwot pozwalających rzeczywiście zaspokoić minimalne potrzeby wymagałoby szerszych reform obejmujących system finansowy i podatkowy. Źródłem finansowania mogłaby być renta emisyjna oraz dochody z majątku będącego własnością społeczną. Próby wprowadzenia takiego rozwiązania z pewnością spotkają się z bardzo dużym oporem. Wystarczy popatrzeć jakie są reakcje na propozycje utworzenia celowego funduszu inwestycyjnego, który miałby wesprzeć osoby starsze. Pierwszy z komentarzy pod tą informacją mówi wszystko: „Prostym językiem pisząc aby trafić do ciemnego ludu z sekty smoleńskiej kaczego świra: każdy Polak zapłaci za obietnice PiS”.
- Szczegóły
- Kategoria: Polskie drogi
Każdy, kto przeżył przełom roku 1989 rozumie doskonale znaczenie suwerenności. Przekonanie, że sprawy kraju idą w dobrym kierunku jest bezcenne. Pozwala zająć się swoimi sprawami, w przekonaniu, że nasze codzienne zatroskanie współgra z trudem rodaków, prowadząc nas ku wspólnemu dobru. To nie jest jedynie kwestia dodatkowych motywacji i wewnętrznej harmonii. Dla ludzi przedsiębiorczych rozeznanie co do kierunków rozwoju społeczeństwa jest absolutnie kluczowe. Jeśli są oni przekonani, że żyją w godnym społeczeństwie, mogą kierować się zasadami etyki - w nadziei, że to przełoży się na biznesowy sukces.
Niestety w początkach III RP szybko narastało przekonanie, że „wolno kraść”, a wraz z dojściem do władzy „Kongresu Aferałów” (obecna PO) jasne było, że władzy wolno więcej. Jak się okazało „transformacja ustrojowa” nie oznaczała rozwoju suwerennego państwa, ale zastąpienie „czerwonej burżuazji” jeszcze gorszą „styropianową elitą”. Stosowany przez nią terror racjonalności, słuszności i politycznej poprawności okazał się dużo skuteczniejszy, niż komunistyczna propaganda. Aż 80% zwolenników rządzącej kliki jest gotowa na nich dalej głosować, byle nie dopuścić opozycji do władzy! Nie ważne programy, afery, chamstwo i arogancja. Ważne, aby PiS nie doszedł do władzy. Takiej karności kadr nawet komunistom nie udało się osiągnąć. Oczywiście nie jest to wina wyłącznie ogłupionego społeczeństwa. Nietrudno znaleźć argumentów świadczących o głupocie „pisiorów”. Zresztą na nich także aż 65% zwolenników chce głosować wyłącznie dlatego, by odsunąć mafię od władzy.

Jeśli uwzględnimy fakt, że połowa Polaków nie ma zamiaru głosować, to widzimy, że góra 10-15% ma nadzieję na pozytywne zmiany. Co dziesiąty Polak może po wyborach uznać, że oto władza znalazła się w dobrych rękach i dzięki ich staraniom nasza troska o najbliższych stanie się wyrazem patriotycznego zaangażowania.
To jest niestety wynik dobrze świadczący o realizmie Polaków. Rację ma profesor Artur Śliwiński: „Konieczne jest chłodne podejście do wyborów. Konieczne jest ono przede wszystkim dlatego, że lepiej odpowiada pracy organicznej, która czeka na podjęcie ponad dwadzieścia pięć lat. Praca ta musi poprzedzać pożądany przełom, a nadal tej pracy brakuje”.
Czy jednak ta praca organiczna wymusi zmiany polityczne? Sprawi, aby rządzący przyjęli za swoją norwidowską troskę o Ojczyznę? Odpowiedź na to pytanie nadaje sens politycznemu zaangażowaniu i udziałowi w najbliższych wyborach. Analizując bez uprzedzeń tak zwaną scenę polityczną, widać tylko jeden ośrodek, który może wyjść naprzeciw oddolnym wysiłkom Polaków. Jest nim nowy Prezydent Andrzej Duda. Nawet jeśli jego zaplecze polityczne jest beznadziejne, to możemy sądzić, że jest takim, bo nie ma sensownej alternatywy. Trzeba więc pójść na głosowanie i głosować przeciw mafii (a może nawet poprzeć „pisiorów”), aby przynajmniej dać sobie szansę.
- Szczegóły
- Kategoria: Wojna cywilizacji
Papież Franciszek w czasie pobytu w Ameryce Północnej wystąpił przed Kongresem USA i na forum ONZ. Obydwa te wystąpienia tworzą całość.
Mówiąc do Amerykanów, Papież wspomniał o kryzysie migracyjnym. W Ameryce większość ludzi to potomkowie imigrantów, dlatego – jego zdaniem - jest tam większe zrozumienie dla obcych. Papież sam jest synem imigranta.
Poza kurtuazyjnymi w sumie pochwałami amerykańskiego społeczeństwa, w przemówieniu znalazły się dwa lekkie „przytyki”. Pierwszy dotyczył handlu bronią: „dlaczego sprzedawana jest śmiercionośna broń tym, którzy planują wyrządzić niewypowiedziane cierpienia jednostkom i społeczeństwom? Niestety, jak wszyscy wiemy odpowiedź brzmi: tylko dla pieniędzy: pieniędzy, które przesiąknięte są krwią, często niewinną krwią. W obliczu tego haniebnego i karygodnego milczenia naszym obowiązkiem jest zmierzenie się z tym problemem i powstrzymanie handlu bronią”.
Najważniejszy chyba fragment przemówienia dotyczył rodziny: „Pragnę, aby podczas mojej wizyty rodzina była tematem powracającym. Jak istotną rolę odegrała rodzina w budowaniu tego kraju! Jakże godna jest nadal naszego wsparcia i zachęty! Nie mogę jednak ukryć mego niepokoju o rodzinę, która jest zagrożona, być może jak nigdy wcześniej od wewnątrz i z zewnątrz. Kwestionowane są podstawowe relacje a także same podstawy małżeństwa i rodziny. Mogę tylko podkreślić znaczenie, a przede wszystkim, bogactwo i piękno życia rodzinnego.
W szczególności chciałbym zwrócić uwagę na tych członków rodziny, którzy są najbardziej narażeni, na młodych. Dla wielu z nich jaśnieje przyszłość wypełniona niezliczonymi możliwościami, ale wielu innych zdaje się zdezorientowanych i pozbawionych celu, uwięzionych w beznadziejnym labiryncie przemocy, wykorzystywania i rozpaczy. Ich problemy są naszymi problemami. Nie możemy ich uniknąć. Musimy zmierzyć się z nimi razem, rozmawiać o nich i poszukiwać skutecznych rozwiązań, a nie ugrząźć w dyskusjach. Kosztem zbytniego uproszczenia możemy powiedzieć, że żyjemy w kulturze, która wywiera na ludzi młodych presję, by nie zakładali rodziny, ze względu na brak perspektyw na przyszłość. Jednak ta sama kultura proponuje innym tak wiele opcji, że również oni są odwodzeni od założenia rodziny”.
Spotkanie z Papieżem mocno przeżył republikański spiker Izby Reprezentantów, John Boehner. W czasie przemówienia płakał. Dzień później podał się do dymisji, ku zaskoczeniu wszystkich. Najczęściej komentatorzy wiążą to krytyką jego uległości wobec Demokratów i Prezydenta Obamy. Czy jednak te łzy nic nie znaczą? Zestawiając przemówienie Papieża z rzeczywistością, widać całą hipokryzję amerykańskich parlamentarzystów. Może Boehner nie chciał dłużej tego firmować?
Prezydent Obama komentując tą decyzję nazwał Boehnera "dobrym człowiekiem" i "Patriotą" który "troszczy się o Amerykę".
- Szczegóły
- Kategoria: Krótko

W internecie jest dostępna ciekawa praca z kulturoznawstwa Mateusza Romanowskiego „Droga do wykluczenia - neoliberalizm jako doktryna i praktyka organizacji życia społecznego”. Praca dotyczy demokracji na poziomie samorządowym i jest próbą ukazania, jak działa dyskurs neoliberalny, próbą ukazania, jak bardzo zamknięty jest na rzeczywisty dialog i jak przyczynia się do wyznaczania granic demokratyczności i rzeczywistej partycypacji. Intencją autora było ukazanie makro-problemu (neoliberalizmu) w skali mikro.
Fragment podsumowania dokładnie ukazuje problem terroru ze strony „elity społeczeństwa” zgromadzonej wokół „przewodniej siły narodu”: Namacalna obecność obywateli powoduje natychmiastową reakcję, wywołuje mechanizm obronny, często słowną agresję. W pracy skupiłem się na analizowaniu stenogramów z sesji rad miasta i dzielnic a co za tym idzie pominąłem inne, bardziej bezpośrednie formy przemocy. Od zajmowania miejsc przeznaczonych dla mieszkańców przez radnych PO (opisywana powyżej rada dzielnicy Bemowo), po wyjątkowo drastyczne przejawy przemocy symbolicznej, w rodzaju wypuszczania wynajętych klaunów w celu ośmieszenia postulatów mieszkańców, przerywania wypowiedzi mieszkańców czy puszczania slajdów zarzucających im myślenie propagandowe (rada dzielnicy Bemowo i przedstawianie ajentów z wampirzymi zębami) albo bezrozumne (rada miasta, slajd z obrazem Goi i napisem „kiedy rozum śpi budzą się koszmary”). W czasach, kiedy tak dużo mówi się o społeczeństwie obywatelskim, nie ma miejsca na dyskusję i współdziałanie tylko na walkę, do której mieszkańcy są zmuszani przez brak innych form oporu. Jak pisała Chantal Mouffe: „społeczeństwo demokratyczne nie może traktować tych, którzy podważają jego podstawowe zasady jako uprawomocnionych adwersarzy”, władza oceniając „niepokornych” mieszkańców w kategoriach moralnych (a takie zarzuty w wypowiedziach radnych przewijały się bardzo często) nie daje im pola do działania politycznego. Terror racjonalności i słuszności, który formalnie dokonuje operacji od-ideologizowania polityki, zamiast stwarzać pole do dyskusji, dyskryminuje, umoralnia polityczne działania mieszkańców. Od-ideologizowanie polityki nie jest niczym innym, jak jej unieważnieniem, stworzeniem z polityki tematu, na który się nie dyskutuje, tematu należącego się i uzależnionego od władzy. Jest kastracją demokracji z „demos”.
Świat w skali makro różni się od tego w skali mikro jedynie tym, że więcej ludzi jest dotkniętych „terrorem racjonalizmu”. Deprecjonowane i ośmieszane są całe potężne grupy społeczne. Propagandowy atak na polskie społeczeństwo, w którym polskie tak zwane „elity” współdziałają z wrogimi nam ośrodkami na zachodzie jest czymś zupełnie niebywałym. Wczoraj jedna ze stacji informacyjnych (chyba Polsat News) kanwą do dyskusji o imigrantach uczyniła sondaż uliczny, w czasie którego ludzie mieli odpowiadać na pytanie: czy imigranci powinni przyjmować naszą religię? Jaki inny może być cel tak debilnego pytania, jak doprowadzenie problemu do absurdu?
- Szczegóły
- Kategoria: Godne społeczeństwo
Do Polski dotarła fala oburzenia z powodu zmian w japońskiej edukacji. Jak informuje „Rzeczpospolita”, „Japonia rezygnuje z kierunków humanistycznych”. W polskiej wersji artykułu z Bloomberga, czytamy z kolei, że ten nowy model edukacji może zrujnować kraj. Artykuł zawiera rewelacje w rodzaju: „pomysły rządu nie są na razie wiążące”, czy „wyeliminowanie nauk społecznych może oznaczać powrót do upadającej i przestarzałej polityki przemysłowej”. Ich autorzy zapewne kończyli jakieś uniwersytety, a jak widać niewiele im to dało. Może więc Japończycy nie są tacy głupi?
O co konkretnie chodzi? Minister Edukacji Japonii wysłał do wszystkich (84) państwowych uczelni list, w którym zwraca się z propozycją likwidacji kierunków humanistycznych i społecznych, albo przekształcenia ich tak, by lepiej służyły społeczeństwu. Na 60 oferujących takie kierunki 26 odpowiedziało pozytywnie, a kilkanaście zapowiedziało całkowitą likwidację tych kierunków. Dwa największe uniwersytety (Tokio, Kioto) odmówiły.
Ograniczenie (bo tylko w Polskich mediach piszą o likwidacji) kształcenia prawników, socjologów, politologów, czy psychologów (zwłaszcza „społecznych”) na pewno przydałoby się także w Polsce. Ale konserwatywny rząd przeciwny naukom humanistycznym? Japonia to drugi koniec świata, ale to nie znaczy, że wszystko tam musi być na odwrót.
W jednym z artykułów tak komentowano dojście do władzy obecnego premiera Abe Shinzo: „Konserwatyści uważają, że wprowadzona przez okupantów konstytucja i system edukacyjny przyczyniły się do utraty japońskiego morale i stanowią hańbę, której ślady należy wreszcie zatrzeć. […] Jednymi z najważniejszych punktów wśród założeń jego polityki krajowej jest odnowa tradycyjnych, japońskich cnót i wartości rodzinnych oraz reforma systemu edukacyjnego, polegająca m.in. na wprowadzeniu do szkół lekcji patriotyzmu”.
Rząd premiera Abe przygotował śmiały plan reform gospodarczo-społecznych (nazwanych abenomiką), którego ważnym elementem jest reforma edukacji: „Nowe programy szkolne mają kształcić w uczniach cnoty moralne, patriotyzm, dumę narodową, szacunek dla japońskich symboli narodowych i uczyć identyfikacji z „wyjątkową” kulturą narodową. Z tekstów podręczników szkolnych usunięte mają zostać fragmenty dotyczące „dyskusyjnych”, według ministra, japońskich zbrodni wojennych i wszelkie samooskarżenia przypisujące winę moralną Japonii. Podręczniki szkolne mają prezentować stanowisko japońskich władz wobec kluczowych zagadnień narodowych, jak choćby sporów terytorialnych z sąsiadami Cesarstwa: Chinami, Rosją i Republiką Korei”.
Ważną okolicznością pomijaną zupełne w komentarzach jest to, że w miejsce japońskich tradycji na uniwersytetach pojawiło się lewactwo lat 60-tych. Może jedynym sposobem na pozbycie się go jest opcja zerowa?
Większość komentatorów wskazuje na gospodarcze implikacje zmian w nauczaniu. Czy – podobnie jak w USA – mamy do czynienia ze śmiercią nauk humanistycznych, a japoński rząd nie chce jedynie łożyć na podtrzymywanie trupa przy życiu? Krytycy wskazują na to, że szybko zmieniający się świat będzie stawiał przed nami nowe wyzwania, któremu sami inżynierowie mogą nie sprostać. Gospodarka potrzebuje twórczych pracowników. Japończycy doskonale o tym wiedzą, pragnąc rozwijać szkolnictwo takie na miarę XXI wieku: podejście do kształcenia wieku 21 w Japonii jest zasadniczo podobne do tego, co stosuje się w szkołach Singapurze, gdzie za pomocą działań nie-akademickich rozwija się kompetencje społeczne. Skąd więc taki rwetes? Przecież tak jawnie tępione lewactwo nie odda pola bez walki. Autorytety całego świata będą bronić ekonomistów i socjologów w Japonii (choć przecież nie traktuje się ich tam tak, jak na to zasługują strażnicy obcych interesów, czyli de facto zdrajcy).