W Ministerstwie Rozwoju trwają prace nad finalną wersją Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju. Jednym z jej elementów jest opracowanie długofalowej i spójnej wizji polityki migracyjnej Polski. Według Grzegorza Osieckiego z portalu forsal.pl celem ma być zatrzymanie Ukraińców, gdy UE zniesie im wizy. Ma to być coś w rodzaju amerykańskiej „zielonej karty”.

Komentarze pod tekstem słusznie zwracają uwagę, że Ukraińcy wypełniają lukę po młodych Polakach zmuszonych do emigracji. Póki jednak te procesy są w miarę spokojne i naturalne – chyba pozostaje je zaakceptować. Zawsze pozostaje miejsce na refleksje – między innymi nad jednym ze „styropianowych” błędów, jakim było tamowanie handlu przygranicznego w latach 90-tych.

Jeden z największych polskich banków, sprzedany w okresie szaleństwa wyprzedaży w okresie rządów Buzka, wraca w polskie ręce. Ponad 30% akcji Pekoa SA zostało zakupione przez PZU z pomocą PFR. Koszt transakcji to 10,6mld PLN. Jest to kwota mniej więcej 2,5 raza większa, niż UniCredito zapłacił za ponad 50% akcji w 1999 roku. Do tego należy uwzględnić fakt, że wówczas mieliśmy do czynienia z dynamicznym rozwojem sektora, a teraz mamy permanentny kryzys.

Ciekawa jest reakcja komentatorów na tą transakcję. W prasie biznesowej komentarze są dość optymistyczne, a businessinsider.com.pl dał nawet tytuł "Potrafimy grać w Lidze Mistrzów na rynku przejęć". W większości komentarzy powtarzana jest teza o „repolonizacji” sektora, choć na razie możemy mówić co najwyżej o odwróceniu trendu:

Dla odmiany „Rzeczpospolita” pisze o tym, że „państwo przejmuje władzę nad rynkiem”. I tak dziwne, że nie napisali, że „władzę nad rynkiem” przejmuje PiS, albo osobiście Prezes Kaczyński (pewnie w redakcji dostrzegli dysonans z doniesieniami, że Prezes nie ma konta w banku). Niesamowite do jakiego upadku może doprowadzić jeden szmaciarz tą porządną niegdyś gazetę.

 

Pierwszym efektem podatku od głupoty byłoby bankructwo „piewców wolności” J. Korwina-Mikke i Roberta Gwiazdowskiego. Nikt bardziej skutecznie od nich nie ośmiesza idei wolności gospodarczej. Ich ulubionym argumentem jest porównanie polskich podatków z dziesięciną (tylko 10%!). Ostatnio JKM poszedł nawet dalej: Rzymski niewolnik oddawał 90% swoich zarobków dla swojego pana. W najświetniejszych czasach USA podatki wynosiły 3%. Hitler nakładał na Polaków 40% podatki. Obecnie w Polsce płacimy około 80% podatków, więc powiedzcie mi, do kogo jest bliżej Polakowi: do niewolnika, czy do wolnego człowieka?

Na szczęście PiS likwiduje gimnazja, więc ilość zwolenników JKM raptownie spadnie ;-). W liceum uczą już posługiwać się logiką i uczniowie wiedzą, że porównywać można tylko elementy tego samego zbioru. Jeśli więc weźmiemy zbiór wszystkich stawek podatkowych, to otrzymamy ileś liczb oznaczonych etykietami (skąd pochodzą). W wyniku porównania mielibyśmy informację, że podatek dochodowy w Polsce jest wyższy niż w Rosji. Czy można porównywać podatek z daniną na rzecz pana będącego właścicielem niewolnika lub chłopa? Nawet gdyby zgodzić się na określenie tych dwóch rodzajów należności jednym słowem „podatek” (co budzi wątpliwości), to już mierzenie poziomu wolności taką miarą jest przejawem jakiejś umysłowej aberracji.

Poziom manipulacji w tym wypadku jest tym większy, gdy zechcemy policzyć rzeczywiście płacone podatki. Weźmy na przykład Kowalskiego zarabiającego miesięcznie 3000 brutto. Kwota wypłaty netto wyniesie w jego wypadku 2156,72. Jeśli połowę tej kwoty przeznaczy na bieżącą konsumpcję, to dodatkowo zapłaci w postaci podatku VAT 150-200 PLN. Czyli w sumie podatki w jego wypadku wyniosą około 1/3 dochodu. W zamian za to ma dostęp do podstawowej opieki lekarskiej, darmową szkołę dla dzieci, widoki na jakąś emeryturę lub rentę oraz – co nie jest do pominięcia: satysfakcję z utrzymywania „elity” (do której JKM bez wątpienia należy) ;-).

Dlaczego więc wolnościowcy twierdzą, że pół roku pracujemy na państwo? Odpowiedź krótka: bo to durnie są. Dłuższa odpowiedź musi się wiązać z odsłonięciem istoty tej manipulacji. Podstawą tego twierdzenia jest „dzień wolności podatkowej”: do obliczenia, kiedy ów dzień przypada, służy stosunek udziału wydatków publicznych do produktu krajowego brutto.

Zastanówmy się. Jeśli korporacja otworzy w Polsce fabrykę i podzieli się z państwem częścią swoich zysków, a to państwo wybuduje z tych pieniędzy drogę po której pracownicy będą dojeżdżać do fabryki, to rzeczywiście mamy do czynienia ze zniewoleniem?

Oczywiście podatki nie są w Polsce sprawiedliwe i zapewne są tacy, którzy płacą więcej niż połowę swoich dochodów. Jednak mącenie takich durni jak JKM wcale nie pomaga w rozwiązaniu tego problemu. Oni dostają gęsiej skórki już na słowa „sprawiedliwe podatki”. Bo zarabiający kilkadziesiąt tysięcy poseł chciałby przecież płacić kwotowo tyle samo, co biedak zarabiający kilkukrotnie mniej.

Miejmy nadzieję, że prace nad jednolitym podatkiem uda się rządowi w przyszłym roku szczęśliwie zakończyć. Na bardziej rewolucyjne rozwiązanie jakim byłaby rezygnacja z podatku dochodowego przyjdzie poczekać na gorsze (niestety) czasy.

OECD przygotowało raport o Polsce, „z myślą o wsparciu rządu w dążeniu do nadrabiania zaległości wobec bardziej zaawansowanych gospodarek OECD oraz podnoszenia poziomu życia obywateli”. Część zalecanych w raporcie działań jest zgodnych ze strategią rządu (rozwój gospodarki opartej na wiedzy) inne wręcz przeciwnie (podniesienie wieku emerytalnego). Jeszcze inne zwracają uwagę na to, co rząd zdaje się ignorować.

Do tej trzeciej kategorii należy ten fragment: „zaleca poszerzenie kryteriów stosowanych do oceny nauczycieli akademickich celem uwzględnienia działań z zakresu wspierania przedsiębiorczości i realizowanych we współpracy z przemysłem projektów badawczych”. Już chyba wszyscy wiedzą, jaka jest główna bariera dla innowacyjnej gospodarki. Wszyscy poza ministrem Gowinem.

Raport życzliwie ocenia także "Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, przy pomocy którego „Polska planuje rozwiązać wiele wyzwań w dziedzinie zarządzania publicznego”. Zwraca się jedynie uwagę na to, że w”ażne będzie monitorowanie postępów i ocena, czy zidentyfikowane reformy zarządzania faktycznie umacniają zdolności rządu do osiągnięcia wzrostu sprzyjającego włączeniu społecznemu dla obywateli i regionów uznanych za priorytetowe".

Generalnie raport wygląda rzeczywiście na życzliwą krytykę – co jest miłą odmianą w zalewie napastliwych komentarzy płynących z wszystkich stron. Ta odrobina normalności (czemu nasza „opozycja” tak nie potrafi?) jest jak łyk świeżego powietrza.

Naprawdę nie mamy powodu, aby nie patrzeć z optymizmem w przyszłość. Globalna otwartość sprawia, że coraz trudniej będzie Polakom żyć kompleksami (zob. tekst „Ku pokrzepieniu serc” napisany przez pewnego emigranta.

Ważnym elementem programu Mieszkanie+ jest Fundusz Municypalny utworzony przez BGK. Pomysł jest prosty. Gmina która nie posiada wystarczających środków na inwestycję, może wnieść aportem tereny, na których Fundusz sfinansuje budowę. Spłata kosztów inwestycji może następować poprzez opłaty dzierżawne. W tej sytuacji wejście do programu Mieszkanie+ nie wiąże się dla gminy z prawie żadnym obciążeniem i powinno wynikać wyłącznie z oceny potrzeb. To nie są plany, ale już wdrożone i funkcjonujące rozwiązanie. Na przykład w Jarocine zostanie sfinansowana inwestycja budowy 400 mieszkań kosztem 50 milionów.

 

[źródło grafiki: https://tfibgk.com.pl/download/201605PrezentacjaFuM.pdf]
Pomimo, że to rozwiązanie wydaje się doskonałe – może to być jedynie wstęp do jeszcze lepszego „wynalazku” w postaci banków municypalnych (inaczej: miejskich). Taki bank nie tylko mógłby zajmować się operacyjną obsługą inwestycji w których zaangażowany jest wspomniany fundusz, ale mógłby przejąć całkowitą obsługę finansową samorządów. Inwestycje takie jak Mieszkanie+ to doskonały fundament systemu finansowego alternatywnego dla komercyjnych banków (zob. też Jerzy Wawro, „Cyberpersonalizm”). Perspektywy rozwoju takiego systemu są naprawdę niesamowite. Można w nim zastosować idee bankowości islamskiej, walut lokalnych, a nawet znaleźć alternatywę dla podatku „Janosikowego” (bogate gminy mogą poprzez taki bank finansować rozwój słabszych).