Święty Anzelm przedstawił następujące rozumowanie (nazwane argumentem ontologicznym), obalające tezę, że Bóg nie istnieje:

  1. Nawet głupiec rozumie pojęcie „Bóg” gdy twierdzi, że „Bóg nie istnieje”.
  2. Pod pojęciem tym rozumiemy coś najdoskonalszego, czyli coś takiego, że nie możemy nawet pomyśleć o czymś doskonalszym.
  3. Jednak coś co istnieje naprawdę jest doskonalsze niż coś co istnieje tylko w umyśle.
  4. Jeśli głupiec twierdzi, że Boga nie ma, to uważa że jedynie rozumie (ma w umyśle) pojęcie, które do niczego się nie odnosi.
  5. Ale przecież może sobie wyobrazić, że tej doskonałości w jego umyśle odpowiada coś istniejącego naprawdę. Czyli może sobie wyobrazić coś doskonalszego. To przeczy tezie, że najdoskonalsze jest/było pojęcie Boga nie istniejącego. Musi zatem Bóg istnieć realne – bo tylko odnoszące się do niego pojęcie może być pojęciem doskonałości.

Historia tego argumentu jest bardzo ciekawa, bo pokazuje zmiany w relacji między nauką i religią.

Religia przestała być podstawowym sposobem objaśniania świata. Dlatego takie argumenty należą obecnie do sfery kultury i nie są oparte na dedukcji. Pozbawiony pretensji do ścisłości argument ontologiczny może wyglądać następująco:

  1. Samo istnienie idei Boga stanowi wystarczającą podstawę do tego, by rozważać Jego istnienie. Ta myśl św Anzelma została podjęta przez Jana Pawła II w encyklice "Fides at Ratio". Papież pisze tam: "Już sama zdolność poszukiwania prawdy i stawiania pytań podsuwa pierwszą odpowiedź. Człowiek nie podejmowałby poszukiwania czegoś, o czym nic by nie wiedział i co uważałby za absolutnie nieosiągalne."

  2. Akceptując pojęcie Boga jako bytu najdoskonalszego, musimy uznać iż byt ten istnieje realnie. Skoro bowiem Bóg jest bytem najdoskonalszym, to „w taki sposób realnie istnieje, że nawet nie można pomyśleć, iż nie istnieje” [Mieczysław Gogacz].

W zupełnie odwrotnym kierunku rozwija się światopogląd naukowy, którego wielu wyznawcom marzy się „dyktatura racjonalności”. Kultura i religia może według nich odpowiadać na pewne potrzeby ludzi, ale na pewno nie jest to dobry sposób na dotarcie do fundamentalnych prawd o świecie w którym żyjemy.

Podstawowym wnioskiem z opisanej poniżej historii jest jednak to, że ścisłe oraz pewne odpowiedzi mogą być udzielone wyłącznie wtedy, gdy postawimy właściwe pytania. Pytania te pozostają różne dla religii i nauki. Argument ontologiczny pojawia się w punkcie ich styczności.

Jest to początek tekstu z portalu logic.edu.pl. Zapraszamy do zapoznania się z całością.

Logika jest trudna i pełna paradoksów.

Logika jest łatwa – bo to tylko uogólniony opis poprawnego rozumowania, znany każdemu myślącemu człowiekowi.

Które z powyższych zdań jest prawdziwe?

Logika nauczana w szkołach średnich jest łatwa (w zasadzie całość tej wiedzy można zmieścić na jednej niezbyt pojemnej stronie1). Logika rozwijana na uniwersytetach jest trudna (czasem nawet można użyć określenia „hermetyczna”).

Ponieważ logika to także narzędzie odkrywania prawdy – występowania tych dwóch skrajności nie można lekceważyć. Powszechne nauczanie logiki (może nawet należałoby rozpocząć je wcześniej niż w liceum) jest procesem uświadamiania i poznawania niezawodnych reguł rozumowania. Jaki jest zaś jest / powinien być cel logiki uniwersyteckiej (poza umysłową rozrywką ludzi, którzy najwyraźniej mają bardzo dużo czasu)? Spór o to wybuchł na początku XX wieku, gdy proces oczyszczania logiki z wszelkich związków ze zmysłowym poznaniem sprawiał, że przestawała ona być intuicyjnie zrozumiała. Jednym z wielkich krytyków takiego kierunku rozwoju był francuski matematyk, filozof i logik Henri_Poincare. Uważał on, że fundamentalne zasady winne być zgodne z intuicją („zdrową psychologią”). W jednym z komentarzy pisał2: „Russell odpowie mi bez wątpienia, że chodzi nie o psychologię, ale logikę i teorię poznania, na co musiałbym replikować, że nie istnieje żadna logika i teoria poznania niezależne od psychologii. To wyznanie wiary zakończyłoby jednak prawdopodobnie dyskusję, ponieważ ujawnia ona nieprzezwyciężalne różnice poglądów”.

 

Czy jednak pragmatyzm charakterystyczny dla XXI wieku nie pozwala na zupełnie nowe podejście do tego sporu?

Naukowcy i inżynierowie opisują rzeczywistość, używając algebry oraz klasycznej logiki, nie przejmują się sporami filozoficznymi. Dlaczego? Bo w praktyce nie istnieją dwa główne źródła tych sporów:

  1. Użycie nieskończoności. Już starożytni dostrzegli, że nieskończoność prowadzi do paradoksów (Achilles, który nigdy nie dogoni żółwia3). Nie wzbudzało to kontrowersji, póki nieskończoność używano do określenia granic (dla każdej liczby można podać liczbę od niej większą). Ale od czasów Cantora nieskończoność zagościła w matematyce jako pełnoprawny przedmiot badań - liczby kardynalne. To przeciw temu oponował Poincare.

  2. Problem poznania zmysłowego: czy pojęcia którymi operujemy pochodzą z doświadczenia, czy też dane zmysłowe są porządkowane przez platonowskie idee? W praktyce jesteśmy platonikami w tym sensie, że teoria poprzedza praktykę. Na etapie tworzenia teorii operujemy pojęciami abstrakcyjnymi. Teorię konfrontujemy z praktyką poprzez doświadczenia (weryfikacja) lub dzieła inżynierskie (wykorzystanie).

Bardziej złożone konstrukcje matematyczne potrzebne są wówczas, gdy chcemy opisać złożoną rzeczywistość, a nie wtedy, gdy chcemy tworzyć skomplikowane sposoby zapisu i argumentowania. Takie pragmatyczne podejście jest szczególnie widoczne w informatyce. W komputerach nie ma bowiem nieskończoności, a problem poznania zmysłowego został zmarginalizowany do cyfrowych interfejsów (wejścia i wyjścia).

Oni naprawdę by chcieli… Bardzo by chcieli… W każdym razie nie ma podstaw, aby zakładać złą wolę. Jednak dobre chęci nie wystarczą. Założenie, że intelektualistom poczucie misji każe mierzyć się z rzeczywistością jedynie podkreśla ich całkowitą i rażącą bezradność.

W ostatnim czasie mamy dwa szczególnie rażące przypadki katastrofalnych prób zderzenia  intelektu z rzeczywistością.

Pierwszy dotyczy autorytetu nauki, druki autorytetu Kościoła:

1. Senat UJ podjął uchwałę w której wyraża zaniepokojenie polaryzacją i radykalizacją „postaw i działań politycznych” oraz coraz bardziej pogłębiającymi się podziałami w społeczeństwie”.

2. „Rzeczpospolita” z kolei drukuje wykład ks. prof. Andrzeja Szostaka w którym były Rektor KUL analizuje warunki narodowej zgody.

Uchwała senatu UJ jest w zasadzie bez znaczenia i przeszła zupełnie bez echa. Gdyby jej autorzy mieli odrobinę autokrytycyzmu, to nie traciliby czasu na jej formułowanie. Chyba, że chodziło wyłącznie o to, by dać komuś (JM Rektorowi, który nie omieszkał w mediach podkreślać swego jednoznacznego politycznego zaangażowania?) oręż do politycznej walki. Ale przecież mieliśmy zakładać dobrą wolę…. Sens tej odezwy opiera się na założeniu, że jej autorzy cieszą się niekwestionowanym autorytetem. Tymczasem gdy spojrzymy na pozauczelnianą aktywność funkcjonariuszy nauki – przeziera przez nią moralne i intelektualne dno. Wystarczy przypomnieć skandaliczny atak tego gremium na Prezydenta Andrzeja Dudę, czy zestawić krytykę wymierzoną w Rafała Ziemkiewicza z działalnością niejakiego Hartmana. Wobec Ziemkiewicza sformułowano zarzut (na podstawie jakiejś wyrwanej z kontekstu wypowiedzi): „Jakakolwiek osoba publicznie wypowiadająca stwierdzenia uwłaczające i obraźliwe wobec kobiet (lub wobec jakichkolwiek innych osób) nie zasługuje na honor uczestnictwa w debatach toczących się w ramach wydarzeń kulturalnych czy akademickich”. Widać określenie „polski cham” używane przez Hartmana nie jest obraźliwe – więc ten gościu może bez przeszkód funkcjonować w środowisku naukawym. Mądrość jest cnotą. W tym przypadku także w tym sensie, że można ją (a przynajmniej jej zewnętrzne przejawy) stracić.

Ocena wystąpienia Księdza Profesora nie jest tak jednoznaczna – bo to nie tylko autorytet naukowy, ale także katolicki duchowny i wychowanek Jana Pawła II. Możemy więc zakładać zdolność wyjścia poza korporacyjne spojrzenie skrzywdzonego przez „polskich chamów” eliciarstwa. Dokonana analiza warunków dialogu (uznanie istnienia dobra wspólnego i minimum zaufania) na pierwszy rzut oka wydają się trafna. Czy jednak czegoś w tym nie brakuje? Czy od etyka będącego równocześnie katolickim księdzem nie należałoby oczekiwać spojrzenia przez pryzmat walki dobra ze złem?

Przykład z dnia wczorajszego. Media spekulują, że częścią niezrozumiałego z zewnątrz porozumienia w Parlamencie Europejskim jest zgoda na wspólny atak na polski rząd (a przecież uczą nas autorytety, że mamy jedną Polskę – więc ta rządzona przez „polski rząd” to także ta zamieszkana przez nas). Dowodem ma być planowane spotkanie Ryszarda Petru ze spiskowcami. Jak już Petru wróci z Brukseli – to powinien usiąść naprzeciw Andrzeja Dudy i negocjować zgodnie z zarysowanymi przez Andrzeja Szostka warunkami dialogu? Negocjować co? Zakres naszej suwerenności, czy od razu warunki poddania się?

Oczywiście możemy założyć dobrą wolę, szczerość i oddanie dobru wspólnemu ze strony Ryszarda Petru i jego zwolenników. Jak w takim razie uzgodnić to z ich działaniami wymierzonymi w Polskę? Wbrew pozorom nie jest to trudne – wystarczy uznać to, co w przypadku pana Petru widać na każdym kroku: bezbrzeżną głupotę. I to jest właśnie główny element, który umyka intelektualnej analizie dokonanej przez Profesora Szostka. Uczynione przez niego niejawne założenie, że ludzie postępują racjonalnie nie ma żadnych podstaw i jest wręcz intelektualną nieuczciwością.

Podobno Polacy obrazili się na siebie. „Obrażalstwo, malkontenctwo, chroniczne niezadowolenie, poczucie przegrania na wszystkich frontach - to niestety dość charakterystyczne cechy, czy raczej wady Polaków. Zdecydowanie brak nam międzyludzkiej pogody w kontaktach. Istnieje za to ta okropna kłótliwość, kiedyś z sąsiadem o miedzę, a teraz co się dzieje... Nikt nie porozumiewa się, tylko kłótnia trwa. Nikt nie kłóci się solo, zawsze z kimś”.

Słowem: czysta patologia. To nasze przywary sprawiły, że „są dwie Polski, które obraziły się na siebie”.

Autorka tej diagnozy, która jest praktykującym psychologiem wyjawia metodologię jaką zastosowała przy jej formułowaniu:

Statystyka tu odegrała swoją rolę. Dużo osób przychodzi do mnie ze swoimi problemami. Wybieram te najczęściej powtarzające się przypadki; nie wysysam tego z palca. Mam gabinet i wieloletnią praktykę kontaktów z mnóstwem ludzi. A potem już pracuję po akademicku - studia swoje cały czas kontynuuję, dużo czytam, mam dostęp do wiedzy, która w wielu przypadkach niezwykle rozjaśnia problemy.

Mamy więc do czynienia z fachową diagnozą – z którą nie ma co dyskutować?

Może jednak nie jest tak źle, bo ta diagnoza wydaje się zawierać poważny błąd metodologiczny, który kojarzy się z Abrahamem Waldem. Był to matematyk z Wojskowej Grupy Statystycznej – formacji armii amerykańskiej z czasów II Wojny Światowej. Wojsko chciało wówczas wzmocnić samoloty, by zwiększyć ich szansę na powrót z nalotów: Zanim zwrócono się z tym problemem do Walda, badania dotyczące powracających samolotów prowadzili naukowcy z Centrum Analiz Marynarki Wojennej USA, którzy, jak się wydawało rozsądnie i intuicyjnie, proponowali zwiększenie opancerzenia samolotów w tych miejscach, w które wrogowie strzelali najczęściej.
Wald całkowicie odwrócił ten sposób myślenia — twierdził, że naukowcy marynarki popełnili błąd, analizując tylko te samoloty, które wracały z misji. Nie wzięli oni bowiem pod uwagę faktu, że maszyny, które przetrwały, zostały prawdopodobnie ostrzelane w miejsca, które już wcześniej odpowiednio wzmocniono i zabezpieczono. W optyce Walda znalazło się clue problemu — zestrzelone samoloty. Zauważył, że naukowcom umknęła najważniejsza kwestia, którą musieli rozstrzygnąć: które części maszyn były najbardziej narażone na atak nieprzyjaciela
?

Podobny błąd robią księża wypominający brak uczestniczenia w mszach osbom, które akurat przyszły… Z tak samo źle dobraną próbą statystyczną mamy do czynienia w przypadku opisanej na wstępie diagnozy społecznej. Ona na pewno jest wartościowa – ale dla ludzi z problemami. Błędem jest uogólnienie tego na całość społeczeństwa. Przynajmniej w opublikowanym wywiadzie z Panią Psycholog nie ma żadnych przesłanek dla takiego uogólnienia.

Za sprawą posynodalnej adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia” w Kościele Katolickim rozgorzała dyskusja na temat logiki roli klasycznej. Chrystus mówił: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”. Czy to oznacza, że zawsze istnieje rozstrzygnięcie zero jedynkowe? Albo prawda albo kłamstwo? Grzech lub brak grzechu? Tak zwani rygoryści twierdzą, że tak. Papież Franciszek chciałby oceniać czyny człowieka stawiając miłosierdzie przed prawem. Publicysta www.pch24.pl komentuje: Nie ma zero-jedynkowych sytuacji? Należy ich unikać, bo tchnie to faryzeizmem? A co w takim razie z „moralnym Westerplatte”, „sprawami, od których nie można odstąpić, nie można zdezerterować”? Co z wezwaniem, by „wymagać nawet wtedy, gdy inni od nas wymagać nie będą”? Przecież te czasy, które przepowiadał św. Jan Paweł II [...], już nadeszły.
Cały „raban” dotyczy przede wszystkim dwóch kwestii: czy można dać rozgrzeszenie rozwodnikom żyjącym w nowych związkach i parom homoseksualnym. Polscy biskupi popierają kardynałów, którzy zwrócili się do Papieża z prośbą o zajęcie jednoznacznego stanowiska. Jeden z polskich biskupów mówi wprost:

1. Czy rozwodnikom żyjącym w nowych związkach można dziś udzielać Komunii Świętej? Nie można było tego czynić ani przed Amorsi laetitia, ani nie można tego robić teraz”. – Doktryna Kościoła nie może ulec zmianie, w innym przypadku bowiem Kościół przestałby być Kościołem Chrystusa zbudowanym na Ewangelii i Tradycji. Żadnemu człowiekowi nie wolno zmienić doktryny, ponieważ nie jest Panem Kościoła.

2. Czy można rozgrzeszać pary homoseksualne? Akty homoseksualne są „bardzo ciężkim grzechem” i stanowią zachowania sprzeczne z ludzką naturą.

Analizując te wypowiedzi z punktu widzenia logiki dostrzegamy jeden słaby punkt, który sprawia – że nie jest wypowiedź zero-jedynkowa. Gdyby biskup dwołał się jedynie do Ewangelii – pozostałoby ustalić, czy jego słowa są zgodne z nauczaniem Chrystusa. Jeśli jednak odwołuje się do Tradycji – to dopuszcza zmiany (cokolwiek zwiążecie na Ziemi – będzie związane a co rozwiążecie – będzie rozwiązane).

"Kulturalni” ludzie nie mogą znieść zwycięstwa Trumpa. Cudzysłów jak najbardziej uzasadniony, gdyż prawdziwa kultura wiąże się z wysiłkiem odkrywania piękna naszego świata. Wymaga więc refleksji. Tymczasem tak zwane „elity” do żadnej refleksji nie są zdolne, a wygrana Trumpa stała się jedynie okazją do zademonstrowania tego po raz kolejny. Skoro tak bardzo zależało im na tym, by nie dopuścić do wyboru Donalda Trumpa, to czemu nikt nie protestował przeciw kandydaturze Clinton? Nikomu nie przyszło do głowy to, że on może z nią wygrać? Przecież to było oczywiste - wiele miesięcy na portalu argumenty.net pisaliśmy: „Znalezienie kandydata po stronie Demokratów, z którym Trump miałby większe szanse, niż z umoczoną po uszy Hillary byłoby naprawdę trudne. […] Przecież Hillary to dla niego wymarzony przeciwnik ;-)”. Skoro „mędrcy” tego nie dostrzegali to są po prostu głupi i mogliby darować obecnie światu swoje „mądrości”. A jeśli to dostrzegali i zaryzykowali, to chyba wypada teraz spokojnie łykać tą żabę?

Cały szereg celebrytów złożyło deklarację, że jeśli Trump wygra – opuszczą USA. Cher nawet chciała lecieć na Jowisza. Skoro Jeff Bezos już nie chce wysyłać Trumpa w kosmos, to może mógłby pomóc Cher? Póki co – trwa zbiórka na bilet do Kanady dla niejakiej Leny Dunham.


W Polsce kwintesencję eliciarskiej diagnozy przedstawił Marcin Król: „wygrana Trumpa to triumf chamstwa i koniec zachodniego świata. Nadchodzą barbarzyńcy”. Chyba tylko starczy wiek eliciarskiego profesora powstrzymuje go przed bardziej ekspresyjną formą wypowiedzi – taką jak widać na poniższym filmie:

Film przedstawia osoby określane w internecie szyderczym mianem SJW (skrót od „Social Justice Warrior” - „bojownicy o sprawiedliwość społeczną”). Tak naprawdę chodzi o odrzucenie skrajnej poprawności politycznej. Reakcją na nią była gra „karty przeciw ludzkości”, która robiła furorę za oceanem kilka lat temu. Polityka to jednak przecież jest jednak poważna sprawa – więc chyba nie wybrano Trumpa „dla jaj”? Oczywiście, że nie.

Podjęta przez Jana Pawła II próba ponownego scalenia religii oraz nauki, była jedynie wstępem do koncepcji integralności człowieka XXI wieku.

Pęknięcie między dwoma głównymi obszarami aktywności ludzkiej, opartymi na wierze i rozumie, dokonało się w okresie Oświecenia i osiągnęło apogeum w latach 20-tych XX wieku. Powszechne było wówczas przekonanie, że religia jest czymś w rodzaju hipotezy zastępczej – objaśniającej te aspekty rzeczywistości, z którymi jeszcze nauka sobie nie radzi. Staliśmy jako ludzkość u wrót naukowego raju. W tym raju wszystko było uporządkowane. Świat materialny objaśniały fundamentalne teorie fizyki, wsparte na spójnej i kompletnej matematyce. Świat idei zapełniały zaś wytwory ludzkiej wyobraźni, zrodzone w ciągu stuleci – gdy brak wiedzy próbowano zastąpić mitologią. Do rodzących się w sferze ideologii konfliktów i problemów powinniśmy podchodzić z pobłażaniem, w oczekiwaniu aż nauka rozświetli mroki i pozwoli rozstrzygnąć spory lub odkryć ich absurdalność.

i nagle się coś zepsuło …

W roku 1927 ukazał się tomik wierszy Józefa Czechowicza w którym poeta opisuje dziwną przemianę:

Żyjesz i jesteś meteorem
lata całe tętni ciepła krew
rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek
od mózgu biegnie do ręki drucik nie nerw

Jak na mechanizm przystało
myśli masz ryte z metalu
krążą po dziwnych kółkach (nigdy nie wyjdą z tych kółek)
jesteś system mechanicznie doskonały

i nagle się coś zepsuło

Oto płaczesz
po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień
linie proste falują - zamiast kwadratów romby
w każdym głosie słychać w całym bezwstydzie
Ostatecznego Dnia trąby

Otworzyły się oczy niebieskie
widzą razem witrynę sklepową i Sąd
przenika się nawzajem tłum - archanioły i ludzie
chmurne morze faluje przez ląd
ulicami skroś tramwaje w poprzek
suną mgliste rydwany
pod mostami różowe błyskawice choć grudzień

Otworzyły się oczy niebieskie […]

Tytułowe pytanie wydaje się retoryczne. Islam jest co prawda „religią pokoju”, ale to nie przeszkadza wyznawcom Proroka prowadzić wojny i mordować „niewiernych” w okrutny sposób. Chrześcijaństwo to religia miłości, ale to chrześcijańskie armie niosły kolonialne zniewolenie, którego zło odczuwamy do dzisiaj.

 

1. Między pokojem a wojną.

Chrystus odrzuca przemoc jako sposób rozwiązywana konfliktów i nakazuje modlić się za nieprzyjaciół. Jednak w zapalczywości wywraca stoły kupców w świątyni i zapowiada: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12, 51).

Aby uniknąć sprzeczności, musimy przyjąć, że Chrystus odrzuca  koncepcję pokoju polegającego na unikaniu konfliktów. Pielgrzym Pokoju - Jan Paweł II naucza nas, że należy odrzucić wojnę jako sposób rozwiązywania konfliktów (próbując powstrzymać wojnę w Iraku wołał, że „Bóg nie jest bogiem wojny”). Z tej perspektywy zupełnie inaczej wygląda „kontrowersyjna” działalność ekumeniczna Jana Pawła II. Gdyby była podtrzymywana – może doprowadziłaby do odrzucenia wojny i przemocy fizycznej jako sposobu rozwiązywania konfliktów przez wszystkie główne religie świata?

 

2. Czy konflikt na tle religii jest nieunikniony?

Według Świętego Mateusza Chrystus mówił nie tylko o rozłamie, ale wręcz o otwartych konfliktach (Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz). Chrześcijański radykalizm jest odrzucany przez osoby o odmiennych poglądach. To prowadzi do konfliktów i owocuje ciągle nowymi męczenników za wiarę. Jednak Ewangelie Chrystusa to wezwanie do radykalizmu: Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Z drugiej strony Katechizm Religii Katolickiej przyznaje prawo do obrony – także zbrojnej, jeśli to jest nie do uniknięcia. Czynienie tego co konieczne, połączone z radykalnym odrzuceniem zła (w „czystości serca”) to postawa uważana za bohaterską nie tylko przez chrześcijan.

Czy spory teologiczne prowadzą do wojen? Katolicy są oskarżani o zmienianie Słowa Bożego (a przecież Chrystus mówił, że „ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie”). Żydzi są z kolei oskarżani o odrzucenie Mesjasza. Choć te oskarżenia były w przeszłości wykorzystywane, nie stanowią obecnie zarzewia do konfliktów. Powszechnie przyjmuje się, że w świętych księgach tkwi mądrość, a nie przepis na życie. To zasadnicza różnica – bo zmienia postawę człowieka religijnego. Nie sięgamy do Biblii, by znaleźć odpowiedź, ale by znaleźć pomoc w drodze ku „stawaniu w prawdzie”.

Przednia okładkaJak się okazuje, nauka filozofii ma bardzo dobry wpływ na kształcenie dzieci. Portal businessinsider.com informuje o potwierdzających to badaniach. Dzieci uczestniczące w programie kształcenia filozofii osiągają lepsze rezultaty (niż grupa porównawcza) w nauce innych przedmiotów (w tym matematyki). Eksperyment przeprowadzono w Anglii na grupie około 3 tysięcy dzieci. Szczegóły można znaleźć w anglojęzycznym raporcie. Wielkim zwolennikiem nauczania dzieci filozofii jest Jana Mohr Lone z Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Jest ona autorką książek mogących być pomocnymi w tym procesie. Między innymi „The Philosophical Child” (Dziecko Filozof). Układ tej książki przypomina akademicki kurs filozofii, co może budzić pewne wątpliwości – związane nie tylko z obszernością i trudnością materiału. Może lepszym rozwiązaniem byłoby wybranie kilku ważnych problemów i pokazanie jak z nimi radzi sobie filozofia? Takie podejście w sposób naturalny może rodzić spory światopoglądowe. Jednak nie unikniemy ich także, wybierając podejście zastosowane przez Mohr Lone. Postawa niezależnego obserwatora – spekulanta prowadzi bowiem do relatywizmu.

Przed sformułowaniem programu należy zastanowić się nad celami takiego kształcenia.

1. Skoro ma ono pomóc w nauce, to w Polsce z całą pewnością pomocna będzie tradycja Szkoły Lwowsko-Warszawskiej. Uczynienie logiki jednym z fundamentów takiego kształcenia z pewnością pomoże też w nauce programowania (MEN wzorem innych państw chce wprowadzić naukę programowania w miejsce przedmiotu „Informatyka”).

2. Należy uwzględnić fakt, że dzieci zdobywają coraz więcej wiedzy z internetu. To wymaga wysiłku zmierzającego w dwóch kierunkach: odpowiedzialności (etyka) i „intelektualnej higieny” (metodologia i systematyka wiedzy). Tradycja szkoły Lwowsko-Warszawskiej (a także pozytywizmu) prowadzi do zakreślenia obszarów wiedzy pewnej (wiedza analityczna). Odwieczny dylemat zasadności twierdzeń o świecie rozwiązujemy zaś poprzez naukową metodę opartą o eksperymenty. Dla człowieka wierzącego wiedza religijna dzieli się na przekaz objawiony (mający status pewności taki jak wiedza analityczna) i tradycję. W języku świeckim to wszystko pozostaje tradycją (mitologią). Pokazanie roli języka (gier językowych) pozwala zrozumieć brak możliwości rozwiązania wielu światopoglądowych sporów. Pozwala też unikać sztucznych podziałów na tych, którzy uczęszczają na religię i tych którzy „chodzą” na filozofię (lekcje religii jako proces pogłębiania wiary powinny odbywać się poza szkołą). Uczy też prawdziwej tolerancji.

W swym przesłaniu Pan Cogito mówi o potrzebie pokory: „strzeż się jednak dumy niepotrzebnej […] powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych”. Europę niszczą elity, które wierzą w to, że lepszych nie było. Przykłady są liczne i dobrze znane – choć niektóre analizy tego zjawiska (których przeglądu dokonuje blogerka elig) to zbyteczne dorabianie teorii do pospolitych ludzkich słabości.

Może więc dobrze, że w Polsce nie ma elit, a zamiast rzeczowej debaty mamy regularną pyskówkę? Organizatorzy jednej z nich ośmielili się zaprosić do udziału jednego z ostatnich polskich intelektualistów, Profesora Bogusława Wolniewicza (zapewne dlatego, że jest on znany z bezpardonowej krytyki lewactwa). Profesor zareagował w jedyny rozsądny sposób: demonstracyjnie opuścił studio. Gdyby autorzy programu znali jego poglądy na temat dialogu (nie prowadzi on do porozumienia, ale jest on możliwy pod warunkiem osiągnięcia wstępnego porozumienia), pewnie by go nie zaprosili.

Bogusław Wolniewicz jest tłumaczem dzieł Ludwiga Wittgensteina i znawcą jego filozofii. Może więc ten efektowny zwyczaj kończenia dyskusji jest nawiązaniem do zachowania Wittgensteina?

Karl Popper opisuje zdarzenie, które miało miejsce w Cambridge równo 70 lat temu1: Wittgenstein „nerwowo bawił się pogrzebaczem", którym wymachiwał „niczym dyrygent batutą dla podkreślenia swych twierdzeń", a kiedy wyłoniła się kwestia zasad moralnych, Wittgenstein wezwał Poppera, aby ten podał jakiś ich przykład. „Odpowiedziałem: „Nie grozić pogrzebaczami zaproszonym prelegentom”. W następstwie tego rozwścieczony Wittgenstein odrzucił pogrzebacz i wypadł jak burza z sali, trzaskając za sobą drzwiami.

 Rola prasy w czasie wojny jest zupełnie inna niż w czasie pokoju. Wojna wyklucza dialog, a pewien poziom propagandy wymierzonej w wroga jest czymś naturalnym. Otwarty dialog i rozważanie racji mógłby wręcz być uznane za działalność wywrotową lub dywersyjną.

Współcześnie miejsce tradycyjnych wojen zajmuje walka w każdym możliwym obszarze, a dezinformacja ma kluczowe znaczenie (stąd pojęcie wojen hybrydowych). Posługując się informacją można wygenerować ruchy społeczne osłabiające przeciwnika (tak jak u nas KOD, Nowoczesna, czy PO), przedstawiać aktywa jako problem (niezależność energetyczna i żywnościowa Polski), przejmować ważne aktywa (promocja prywatyzacji z udziałem obcego kapitału, przejęcie infrastruktury telekomunikacyjnej i bankowej).

Nie żyjemy w matriksie i nikt nie jest tak potężny, by kontrolować wszystkie procesy gospodarcze i społeczne jakie zachodzą w naszym kraju. Jednak czasem wystarczą niewielkie bodźce, by uzyskać pożądaną korektę zachowań. Gdy wpływ na zachodzące w kraju procesy uzyskują ludzie których działania są trudno przewidywalne – te bodźce muszą być silniejsze. Ale w takiej sytuacji dochodzi do polaryzacji stanowisk i można z większą dozą prawdopodobieństwa określić, kogo należy się obawiać.

Na podstawie tekstów dotyczących Polski publikowanych przez niemiecki portal www.dw.com/pl (na tym portalu pojawiają się też omówienia tekstów różnych niemieckich gazet) można nabrać przekonania, że jednym z naszych wrogów są Niemcy. Nawet jeśli pojawiają się na niemieckim portalu głosy rozsądku, to są one pełne protekcjonalizmu. Podsycanie nienawiści do Polski i Polaków jest w pełni zrozumiałe tylko przy założeniu, że jesteśmy w stanie wojny.

Przykładem ofensywy propagandowej Niemiec jest reakcja na wywiad Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście Kaczyński ma rację, że działania Komisji Europejskiej są pozatraktatowe. Niemcy twierdzą co innego – przywołując słynny „artykuł 7”. Tymczasem ten artykuł dotyczy Rady Europejskiej a nie Komisji Europejskiej. Słusznie więc Jarosław Kaczyński kpiną kwituje działania pana Timmermasa. Niestety w Polsce znacznie silniejsze są wpływy obcej agentury niż zrozumienie polskiej racji stanu. I dotyczy to nie tylko mediów należących do Niemców :-(. To jest obecnie największe zagrożenie dla Polski.

Dlaczego Niemcy prowadzą przeciw Polsce wojnę?

Franciszek intelektualistą nie jest. Był nim Jan Paweł II, który rozwijając personalizm wydobył z chrześcijaństwa jego uniwersalne przesłanie. Był nim Benedykt XVI, który potrafił ukazać siłę miłości, która jest najważniejszym elementem tego uniwersalnego przesłania. Franciszek kierując się tą miłością chciałby po prostu czynić dobro.

Gdyby Papież był intelektualistą - na pewno spostrzegłby, że to kłamstwo napędza trwającą wojnę. Siłą napędową straszliwej II Wojny Światowej była nienawiść, która wynikała z fałszywej wizji człowieczeństwa. Wysiłek intelektualistów – także świeckich pozwolił na zrozumienie błędów. Obecnie brak prawdy nie wynika już wprost z niewiedzy, ale wymaga kłamstwa. Grzech raz rzuconego kłamstwa (na temat broni masowego rażenia w Iraku) działa jak lawina, niszcząc pokłady miłości i spychając personalistyczną wizję człowieka na margines. Kłamstwo rani nas wszystkich. Dla ludzi prawych jest straszne i nie do zniesienia.

Czyż w tej sytuacji Papież nie powinien nawoływać do opamiętania? Politycy – przestańcie okłamywać swe narody, szukając akceptacji dla agresywnych działań w misji niesienia postępu! Radykalni ideologowie - przestańcie mącić w głowach młodym ludziom: mieszanie własnej krwi z krwią mordowanych dzieci to śmierć haniebna a nie szlachetna. Niemcy – przestańcie odbudowywać wrogość wobec sąsiadów przy pomocy kłamliwej propagandy. Słowianie – przestańcie kłamstwem wzmacniać wzajemne urazy. Żydzi – odrzućcie kłamstwo wiecznej ofiary, a może dostrzeżecie w swych dawnych sąsiadach przyjaciół a nie wrogów. Na koniec Polacy, którzy z kłamstwem na ustach burzą wszystko co w szlachetnym porywie serca potrafią zbudować.

Co by się działo po takim wystąpieniu? Widzicie te nagłówki gazet i portali? Te zasuwające paski „breaking news”. Tą ekscytację Kowalskich i Smithów: „ale im dowalił”. Im – nie nam. Karmione kłamstwem zło z pewnością święciłoby triumfy, traktując słowa Papieża jak napędowe paliwo…. Współczesne kłamstwo jest tak skuteczne, gdyż nie jest mówieniem nieprawdy, ale odpowiednim przedstawieniem prawdy.

Był stan wojenny. Kraków – akademicki kościół księży misjonarzy. Kazanie głosił ksiądz Józef Tischner. Słuchały go tłumy studentów, którzy nie mieścili się w obszernym przecież kościele. Kazanie odnoszące się do marności polskiego losu prowadzi ku myśli, że może właśnie dlatego u nas pojawił się Jan Paweł II – wybitny papież, który wprowadził Kościół w wiek XXI.

Filozoficzne kazanie można było odczytać na różne sposoby. Ja – wychowanek polskiej wsi – odczytałem je krótko i po chłopsku: rzeczywiście najpiękniejsze kwiaty rosną na gnoju. Z dzisiejszej perspektywy sądzę, że to była pomyłka oparta na złudnym poczuciu narodowej wspólnoty. Ksiądz Tischner był wybitnym przedstawicielem tradycji intelektualnej, którą można najkrócej określić jako „zatroskana elita”. Przedmiotem zatroskania był prosty lud (jak w opowiadaniu i filmie „Dwa Księżyce”). Swój zwrot od filozofii uniwersalnej ku filozofii zatroskania opisywał Tischner następująco: „Pisałem o tym, że podstawowym obowiązkiem filozofii jest wrażliwość na konkretny dramat człowieka i na wysiłki, jakie człowiek podejmuje, by w sytuacjach granicznych życia >>chcieć mieć sumienie<<. (...) I nagle ten polski dramat... W miejsce >>chochoła sarmackiej melancholii<< pojawił się robotnik roku osiemdziesiątego!”.

Dla polskiego intelektualisty rok 1980 musiał to rzeczywiście być dramat. Prosty lud tak po prostu i po chamsku wyrzucił właśnie na śmietnik intelektualne dylematy, domagając się obdartej z szaty intelektualnych rozważań, nagiej prawdy. To tak być nie może – pomyślał polski intelektualista i z zapałem zabrał się do szycia nowych szat – pisząc „Etykę solidarności”. Książka ta miała „meblować” rozpalone głowy. Być może była ona potrzebna pieniaczom unoszącym się na fali społecznego niezadowolenia. Na pewno była potrzebna intelektualistom, którzy musieli sobie jakoś poradzić z nową rzeczywistością. Czy była potrzebna prostemu ludowi? Nie – oni już wszystko wiedzieli. Ta wiedza brała się z ciężkiej pracy oraz duchowej opieki Kościoła pod kierunkiem Prymasa Wyszyńskiego. Wyszyński reprezentował zupełnie inną tradycję intelektualną. Jego zatroskanie dotyczyło wspólnoty w obrębie której funkcjonował. Do tej wspólnoty mógł należeć każdy i nie wymagało to intelektualnej gimnastyki, bo spoiwem było proste chrześcijańskie przesłanie miłości.

W czasie, gdy ksiądz Tischner głosił wspomniane na wstępie kazanie – kształtowały się nowe elity, które swój początek miały na styropianie będącym symbolem strajków roku 1980. Po roku 1989 to oni przejęli władzę nad krajem. Perspektywa Wyszyńskiego była dla tych ludzi nie do zaakceptowania. Jakie wówczas znaleźliby uzasadnienie dla swojej pozycji? Przecież nie w kompetencjach, których od leżenia na styropianie się nie nabywa.

Jedynka TVP przypomniała marcowy program Kłopotowskiego i Moroza („Tanie Dranie”) na temat fali imigrantów zalewającej Europę. Miejmy nadzieję, że dlatego – by widzowie nie przeoczyli rzeczy ważnych, a nie dla zapchania „ramówki” (dotyczy to także pokazanego w tym samym dniu filmu Anity Gargas na temat Smoleńska). Program z udziałem Katarzyny Kasi z „Kultury Liberalnej” oraz Waldemara Hoffa z Akademii Leona Koźmińskiego jest rzeczywiście wart obejrzenia. Przede wszystkim z powodu zerwania z tradycyjną formą telewizyjnej dyskusji. Standardem w takich dyskusjach (przynajmniej w obszarze tak zwanego mainstreamu) jest udający bezstronność prowadzący, który przydziela czas stronom sporu, dobranym na zasadzie skrajnych przeciwieństw. Niestety często naprzeciw osób które mają coś ciekawego do powiedzenia sadza się zaprawionych w obszczekiwaniu przeciwnika pyskaczy. Na dodatek osoba interesująca nie ma możliwości przedstawienia swego stanowiska – bo prowadzący przerywa w najciekawszym momencie – w trosce o „trzymanie się tematu”, sprawiedliwy podział czasu, czy po prostu powstrzymania narracji, która odbiega od poglądów mainstreamu. Dlatego jedyną sensowną reakcją po nieopatrznym obejrzeniu takiej publicystyki jest radość ze stopniowej marginalizacji telewizji.

W programie Moroza i Kłopotowskiego mamy także dwa skrajnie przeciwne stanowiska i scenariusz przygotowany pod z góry założoną tezę (zdrada Europy przez liberalną lewicę). Jednak prowadzący ani myślą udawać bezstronność. Wzbudziło to zresztą oburzenie „Trybuny Ludu”, która donosi, że prowadzący „rezygnują, niestety, z roli przypisanej w takiej sytuacji gospodarzom, czyli bezstronności, i pytając gości – mniej lub bardziej zaczepnie – stają się chwilami napastliwi. Kłopot w tym, że ich poglądy dotyczące prezentowanego tematu nie rozkładają się równomiernie, tak by widzom, a przede wszystkim gościom stworzyć klimat do samodzielnego wyciągania wniosków”.

Trudno się zgodzić z tak powierzchowną i w sumie absurdalną opinią, gdy weźmiemy pod uwagę, że konwencja telewizyjnej dyskusji została złamana w jeszcze bardziej fundamentalnej sprawie. Redaktorzy nie traktują widzów jak głupoli, którym mają objaśniać świat, ale wchodząc w dialog z zaproszonymi gośćmi starają się zmierzyć z trudnym problemem. Na dodatek strona przeciwna jest reprezentowana przez osobę błyskotliwą o spójnych i dobrze ugruntowanych poglądach (cóż z tego, że jedna naprzeciw trzech – dała radę ;-)). Można się nie zgadzać z tymi poglądami, ale warto się z nimi zmierzyć – bo to nie są z pewnością puste slogany, z jakich słynie „kultura liberalna”. Niestety prowadzący nie czuli się na siłach, aby odejść od scenariusza i podjąć dialog. Dlatego pozostała im konkluzja (tu już mamy nieznośny telewizyjny standard), że nie uda się zbliżyć stanowisk. Szkoda.

W mojej rodzinne wsi postał burdel. Na bogobojnym Podkarpaciu? A co na to Proboszcz? To bardzo pouczająca historia. Zaczęła się z początkiem lat 90-tych, gdy Balcerowicz zabrał się za wykańczanie polskiej wsi. Jeden z rolników miał takiego pecha, że wziął kredyt i zmodernizował swoje gospodarstwo. Został z nowymi budynkami i długiem nie do spłaty – przynajmniej z produkcji rolnej, która przecież przeszkadzała wszystkim postępowcom (więcej na ten temat: „O neoliberalnym dyskursie rasistowskim”). Rolnik o którym mowa znalazł wyjście: ponieważ miał gospodarstwo przy ważnej drodze krajowej, otworzył w nim klub z dyskoteką. Odbywały się tam też wesela. To się jednak nie podobało sąsiadom. Powiadają we wsi, że złośliwie ktoś wylewał gnojowicę na pole, gdy tylko zaczynało się weselne przyjęcie. Sąsiedzi chodzili także na skargę do Proboszcza, który ponoć interweniował u gospodarza. Szczegółów nie znam, ale w każdym razie biznes się nie udał i chłop zbankrutował. Bank zlicytował jego gospodarstwo, które kupił ktoś obcy. I w ten sposób we wsi pojawił się burdel – taki prawdziwy, z panienkami. Proboszcz był bezsilny, bo to już nie chodziło o jego parafian. Na szczęście ruch okazał się zbyt mały, aby taki biznes się utrzymał i dziś śladu po nim nie ma.

Poseł Gowin przestrzega przed podobnym mechanizmem w kwestii ochrony życia. Uważa, że otwarcie tego tematu może być krokiem ku dechrystianizacji Polski. Ten poseł ma na swoim sumieniu gorsze grzeszki, niż powyższa opinia. Szczególnie szkodliwa jest wypowiedziana przez niego niegdyś teza, że zostając urzędnikiem musi powiesić na kołku swoje przekonania. Także teza jakoby „decyzje prawne powinny być konsekwencją przemian moralnych” jest moim zdaniem zbytnim uproszczeniem. Prawo pełni bowiem także funkcję wychowawczą. Nie może być zatem mowy o „prawie do aborcji”, która zawsze pozostaje złem. Obrońcy życia zrobili w Polsce wiele dobrego, doprowadzając do powszechnej świadomości faktu, że zabicie nienarodzonego dziecka jest zawsze złem. Jednak każda próba regulacji prawnej naszej moralności powinna być przede wszystkim roztropna. Pierwszym pytaniem człowieka roztropnego jest: czy to będzie działanie skuteczne? Tekst, który napisałem na ten temat w 2010 roku pozostaje aktualny:

Nie powinno się mówić o kompromisach, tylko ograniczeniu [stosowania] prawa. Istnieją sytuacje w których to człowiek, a nie prawo musi rozstrzygnąć co jest właściwe. Jeśli ciąża zagraża życiu matki, to tylko matka ze swymi najbliższymi musi podjąć decyzję z pełną świadomością konsekwencji. To, że akurat prawo na to zezwala daje łatwe usprawiedliwienie. Z drugiej strony tylko pozbawiony uczuć człowiek mógłby chcieć nakazywać kobiecie poświęcenie życia lub jego odebranie. Współczesne prawo poza wojną nie zawiera zapisów określających w jakiej sytuacji można odebrać człowiekowi życie. Czy należy to zmieniać? Czy na przykład sejm powinien debatować, nad ustaleniem miary prawdopodobieństwa zgonu kobiety przy porodzie? Istnieją sytuacje tragiczne z którymi człowiek musi sobie sam poradzić. Polityk postulujący wprowadzanie w takich sytuacjach regulacji powinien się zastanowić czy chciałby być w takim konkretnym przypadku decydentem.

W Wielki Piątek we wszystkich kościołach czytano fragment Ewangelii opisującej mękę Chrystusa. Tego samego dnia media podawały informację o apelu Jarosława Kaczyńskiego aby powstrzymać prowadzenie ostrych sporów politycznych. Bez wątpienia moment tego wystąpienia nie jest przypadkowy. Być może to wynik wielkopostnych rekolekcji. Na razie została przyjęta przez „opozycję” i opozycję (Kukiz 15) oferta rozmów na ten temat. Czy jednak te rozmowy dadzą jakiś efekt? Jaki ma być ich cel?

Chrześcijanin nie tylko powinien słuchać nauczania Chrystusa, ale też naśladować jego sposób postępowania. A Chrystus w obliczu śmierci jasno przedstawił cel swego życia: dać świadectwo prawdzie. Pokazał też w jaki sposób prawdy należy bronić. Nie sposób nie zwrócić uwagi na to, jak mało słów on wypowiada. Massimo Casaro w książce „Milczenie Boga, milczenie człowieka” stawia tezę, że to milczenie jest sposobem na zachowanie godności: „jest to milczenie sprawiedliwego, który nie broni się przed oskarżeniami, ponieważ całą swoją ufność złożył w Panu, który nikogo nie porzuca. Obroną godności, bo przecież wszystko zostało już powiedziane”.

Wobec milczenia Chrystusa tym bardziej należy zwrócić uwagę na słowa, które on wypowiedział. Podjął dialog z Piłatem gdy ten poszukiwał prawdy. Milczał przed Herodem, gdy ten chciał zaspokoić swoją ciekawość. Swoją hardością obnażył postawę członków sanhedrynu, którzy postanowili dla dobra sprawy posłużyć się kłamstwem.

Naśladując Chrystusa powinniśmy dawać świadectwo prawdzie poprzez odważne demaskowanie kłamstwa, podejmowanie dialogu w celu poszukiwania prawdy i nie wdawanie się w dyskusję z ludźmi głupimi (w sensie odrzucania prawdy, a nie poziomu intelektu).

Problemem naszych polityków jest to, że generalnie mówią zbyt dużo, a w ich mowie jest zbyt mało troski o prawdę. Ataki na obecną władzę opierają się na wydumanej opowieści o obecnej sytuacji (Andrzej Duda na polecenie Jarosława Kaczyńskiego łamie Konstytucję), z którą nie da się polemizować. Niestety po drugiej stronie także akceptuje się kłamstwo jako narzędzie uprawiania polityki. Najbardziej oczywistym przykładem jest w tych dniach opinia Prezydenta Andrzeja Dudy wyrażona w wywiadzie dla Washington Post: Rosja wielokrotnie w ciągu ostatnich lat łamała międzynarodowe prawo, od Gruzji, po Ukrainę i Syrię. Rosja jako jedyne państwo spośród interweniujących w Syrii działa w porozumieniu i za zgodą legalnych władz. Jeśli Prezydent wie o jakichś przypadkach łamania międzynarodowego prawa – to może by tak łaskawie podjął kroki celem ukarania sprawców? Inaczej wygląda to na zwykłe mielenie ozorem i narażać się na kpiny?

Niech wasza mowa będzie: tak – tak, nie – nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.

To działanie Złego jest w polityce szczególnie dotkliwe. Dlatego módlmy się za polityków – aby choć od święta przerwali swoją służbę u Złego i wybrali Prawdę.

 

Jest oczywiste, że pragniemy wiedzy niesprzecznej. Wiedza sprzeczna nie jest bowiem żadną wiedzą, skoro przeczy temu co sama kiedy indziej twierdzi (*).

Dobrze, że autor tych słów, wybitny polski logik Andrzej Grzegorczyk nie dożył dzisiejszych czasów. Dzisiaj dowiadujemy się, że są w naszym państwie osoby, dla których logika nie ma znaczenia. Oni są bowiem „niezależni”. Ta ich niezależność oznacza niestety pogardę dla prawdy.

 

Cóż to jest prawda?

Chrystus rzekł do Piłata, ż przyszedł na świat dać świadectwo prawdzie. Piłat – przedstawiciel potężnego cesarstwa – miał prawo wątpić w sens prawdy. Wydawało się wówczas, że siła polityczna i militarna jest potężniejsza od prawdy. Jednak prawda zatriumfowała. Dzisiaj jesteśmy mądrzejsi i wiemy dość dobrze co to jest prawda. Nie może więc być żadnego usprawiedliwienia dla głupoty. Nie wolno nam umywać rąk.

Prawdę wyrażamy w zdaniach języka opisujących pewną rzeczywistość. Te zdania nie mogą sobie przeczyć. Nie możemy twierdzić, że coś istnieje i równocześnie nie istnieje. Ta zasada niesprzeczności od czasów Arystotelesa jest uznawana za fundamentalną (choć Janowi Woleńskiemu się wydaje, że jest ona kwestionowana). Dla każdego zdania istotne jest jego znaczenie, czyli semantyka. Zdania o świecie odnoszą się do rzeczywistości. Dzięki polskim logikom rozumiemy, że tak naprawdę dysponujemy jedynie opisem (modelem) rzeczywistości, a prawdziwość większości zdań rozważamy w odniesieniu do tego opisu (posługując się metajęzykiem).