Czy jakakolwiek informacja elektroniczna może być bezpieczna? Najnowsze publikacje WikiLeaks pokazują, że od czasów Snowdena w kwestii inwigilacji nas przez amerykańskie służby dużo się zmieniło. Bynajmniej nie tak jak zapewniał największy łgarz w historii USA – prezydent Obama. Materiałów jest bardzo dużo i minie trochę czasu zanim odkryjemy skalę zagrożenia. Pierwsze komentarze są porażające:

Centrum Cyberwywiadu CIA przeznaczyło bardzo dużo czasu, pieniędzy i talentu swoich programistów na opracowanie sposobów pozwalających na włamanie się do większości najpopularniejszych urządzeń elektronicznych.

Na liście znajdują się m.in.: systemy operacyjne iOS, Microsoft Windows, czy Google Android. Pojawia się też sporo urządzeń, z których miliony ludzi korzysta na co dzień w mieszkaniu: chociażby SmartTV firmy Samsung. Exploity opracowane przez CIA, według publikacji WikiLeaks, umożliwiają włamanie się do wyżej wymienionego oprogramowania i dyskretne monitorowanie jego użytkowników.


W teorii oznacza to, że amerykańscy agenci mogli podsłuchiwać dowolną osobę, która korzysta z najpopularniejszych urządzeń elektronicznych, podłączonych do internetu. A, że większość nowych telewizorów (o telefonach i laptopach nie wspominając) wyposażone są już od dawna w mikrofon, CIA mogło podsłuchiwać kogokolwiek w czasie rzeczywistym
.

W tej sytuacji wydaje się rozsądnym założenie, że każda możliwa luka w bezpieczeństwie i ochronie prywatności jest wykorzystywana. Czyli paranoicy mają rację? Tak. Bo wspomniane luki to nie jest tylko wynik błędów, które można usunąć. Na przykład ktoś projektując protokół GSM zadbał o to, by istniała komenda zdalnego włączenia mikrofonu. Po co? Czy nie dla pozostawienia furtki dla podsłuchiwaczy?

Nawet gdyby ktoś uznał, że nasze bezpieczeństwo wymaga zgody na inwigilację przez służby będące pod kontrolą państwa, to musi przyjąć do wiadomości, że te niebezpieczne technologie nie są należycie strzeżone. Ostatnio szerzy się plaga ataków różnych szantażystów, szyfrujących dane na dyskach i żądających okupu za klucz szyfrujący. Przygotowanie takiego ataku wymaga bardzo specjalistycznej wiedzy. Ktoś kto potrafiłby to zrobić samodzielnie, nie musiałby uciekać się do przestępstw, aby zarabiać masę pieniędzy. Można więc domniemywać, że są to technologie kradzione. W niektórych przypadkach to zresztą o wiele więcej, niż przypuszczenia (tak jak w przypadku zamówionego przez FBI programu do łamania zabezpieczeń iPhone 5c).

Przeciętny Kowalski czy Smith może uważać, że jego ograniczona działalność w internecie niczym mu nie grozi. Już niedługo jednak rozwój internetu rzeczy sprawi, że nie będzie nowej pralki, lodówki telewizora czy kuchenki, które nie byłyby podłączane do globalnej sieci. Co służby obchodzi co jemy, oglądamy w TV i piszemy w internetowych komentarzach? Nic – póki nie jesteśmy nikim ważnym. Gdy jednak ktoś zechce się wychylić i wystąpić przeciw dysponentom władzy, lub choćby być za bardzo niezależnym – może się zdziwić obszernością swojego dossier.

Na szczęście nadal posiadamy proste narzędzie w postaci certyfikatów i szyfrowania asynchronicznego RSA. To sprawia, że bezpieczne protokoły (takie jak https) pozostają bezpieczne. Jednak ilość połączeń zabezpieczonych to nadal w internecie margines. Poza tym – szyfrowanie zabezpiecza przeważnie tylko transmisję. Jakie mamy podstawy sądzić, że obydwa krańce komunikacyjnego kanału są bezpieczne? Wojnę o cyberbezpieczeństwo społeczeństwa przegrywają.

 

Podobno szykuje się „klęska polskiej ofensywy przeciwko Donaldowi Tuskowi”. To rzecz zupełnie niewyobrażalna. Jeśli Beata Szydło nie skrewi, to musi na unijnym szczycie paść proste pytanie: czy Donald Tusk będzie utrzymywał stosunki z Polską za pośrednictwem Berlina? Skoro nie było go stać na to, by zwrócić się do polskiego rządu o poparcie go, to chyba w mniej ważnych dla siebie kwestiach także będzie obecność Polski w UE lekceważył. Po takim pytaniu pewnie nastanie niezręczna cisza…. A potem głosowanie. Nie nad przyszłością Donalda Tuska, ale nad przyszłością UE…..

Zastanawia ta „wojna o Tuska” w zestawieniu z wieloma realnymi problemami z jakimi musi mierzyć się Europa. Dlaczego Niemcom zależy, by akurat ten figurant zachował swe stanowisko? Może to wyznacznik nowego trendu: im ktoś ma więcej „za uszami”, tym lepiej? Najnowsze odkrycia postępów w powszechnej inwigilacji mogą wyjaśniać przyczyny tego trendu….

W styczniu br. Ukraina złożyła pozew przeciw Rosji do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwosci przy ONZ. Oskarżenie obejmuje wspieranie terroryzmu (w Donbasie) oraz dyskryminację na tle rasowym (Ukraińców i Tatarów na Krymie).

W poniedziałek rozpoczął się proces. Do Hagi udała się duża delegacja rosyjska, która odrzuciła zarzuty Ukrainy:

Broń do separatystów trafiła nie z Rosji, a została wzięta z magazynów oraz przejęta od ukraińskiej armii. Przedstawiciele Moskwy w Hadze zaprzeczyli też, jakoby Rosja stała za zestrzeleniem w lipcu 2014 roku malezyjskiego samolotu pasażerskiego nad Zagłębiem Donieckim.

Rosjanie odrzucili też przed Trybunałem drugi zarzut stawiany przez Kijów dotyczący dyskryminacji Ukraińców i Tatarów Krymskich na anektowanym w 2014 roku półwyspie. Reprezentanci Moskwy w Hadze podkreślili, że Krym należy do Rosji, a nie do Ukrainy.

Znacznie ostrzej reagują politycy rosyjscy: „Władze Ukrainy powinny popatrzeć na siebie przed lustrem, przecież właśnie z ich inicjatywy Ukraina zamieniła się w państwo, wyznające agresję wojskową, a także terror polityczny i gospodarczy. Wewnątrz kraju niszczone są wszelkie przejawy innego myślenia, a ideologia nacjonalistyczna urosła do rangi polityki państwowej”.

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Rosja pomimo podważania sensowności pozwu, nie kwestionuje kompetencji Trybunału do jego rozpatrzenia. Niestety nie jest to równoznaczne z przeniesieniem konfliktu z linii frontu na sądową salę. Rosja bowiem konsekwentnie uważa, że konflikt w Donbasie ma charakter wojny domowej.

Trzech największych europejskich dłużników (nie licząc Grecji) spotkało się ze swym największym wierzycielem rozmawiać o zacieśnianiu wspólnoty. Ma w ten sposób powstać „Europa dwóch prędkości”. Wygląda to tak jakby kot z myszami radził o obiedzie. Reakcja nad Wisłą – zgodna z przewidywaniami: ludzie o mentalności lokaja płaczą, że ich nie było przy tym stole. Reszta ma to … w głębokim poważaniu. Jeśli to miał być jakiś sposób nacisku na Polskę w kwestii Tuska – to chyba przyniesie odwrotny skutek. Premier Szydło może zaproponować, żeby sobie go Niemcy wzięli na króla powstającego właśnie królestwa Niemiec, Hiszpanii, Włoch i Francji.

PS.

 

W ramach „kampanii promocyjnej” Donalda Tuska, tygodnik „Do Rzeczy” przyjrzał się „królowi” przez pryzmat Facebooka: powiedz mi kogo obserwujesz, a powiem Ci kim jesteś. Poza gronem lewicowych dziennikarzy znajduje się tam niejaki Mikołaj Wróbelek – piszący komentarze w rodzaju „W końcu ktoś się naprawdę wk**wi i odstrzeli prezesa Kaczyńskiego”.  

Polska ewidentnie źle rozegrała sprawę uchodźców. Setki tysięcy Ukraińców (oficjalnie – bo może ich być sporo ponad milion) jakie napłynęły do naszego kraju, mogły być przecież powodem podobnego rozdzierania szat i biadolenia, jak uchodźcy muzułmańscy w Niemczech. Mało tego – mogliśmy krytykować na okrągło tworzenie gett i obozów, traktowanie ludzi przedmiotowo – co w Niemczech widać jest już tradycją. Polska nie sprawdza na granicy, czy przybysz ma pieniądze na przeżycie. Nie ma lotnych brygad tropiących nielegalnych pracowników, nie sprawdzamy ile płacą w Polsce firmy obcokrajowców i czy nie uprawiają dumpingu socjalnego (nie tylko firmy ukraińskie ale i azjatyckie). Na tym przykładzie widać czym różni się wolny kraj od euro-kołchozu.

Dlaczego więc pozostajemy bierni i wysłuchujemy z pokorą jak byle szmaciarz wyciera sobie gębę Polską? Bo oni mają piątką kolumnę: dwa ugrupowania folksfojczów (PO+N). Ewentualne wybranie Tuska na króla Europy przez Niemców może być momentem przełomowym. Polityk który jako premier miał dostęp do najtajniejszych informacji o Polsce to nie jest sportowiec, który może nagle zmieniać klubowe barwy. Chyba, że chce w ten sposób potwierdzić to, o co jest czasem oskarżany: że jego misją było i jest dbanie o interesy Niemiec. To powinno więc spotkać się z ostrą reakcją i jasnym postawieniem sprawy.

Powinniśmy się też zacząć bardziej „troszczyć” o to co dzieje w innych krajach. Zapytać (z czystej życzliwości o stan demokracji oczywiście) jak to się dzieje, że w Niemczech i Francji najpoważniejsi kandydaci do rządzenia krajem dali się poznać jako ludzie o lepkich rękach? Dlaczego prominentni politycy europejscy okazują się być reprezentantami interesów korporacji?Takie mają być te nowe standardy europejskie? Czyż nie o tym należałoby zorganizować debatę? Należałoby też zwrócić się do europejskich instytucji o zbadanie powodów krucjaty pana Timmermansa przeciw Polsce. Powinien on zostać poinformowany, że jego działania są interpretowane jako bezprawne podburzanie ludzi, którzy nie cofną się przed niczym (przykłady: obrony mafii przez sędziów, robienie bohatera z człowieka, który mógł doprowadzić do śmierci lub kalectwa Premier, pogróżki wysyłane posłom PiS, „Klątwa” itd…). Jeśli dojdzie do tragedii i poleje się krew, pan Timmermans powinien być pewny, że polskie państwo potraktuje go jako przestępcę i terrorystę.