Konstytucja 3 Maja to była próba radykalnej reformy państwa. Strategia zarysowana wczoraj przez Prezesa Kaczyńskiego może prowadzić do równie radykalnych zmian. Jednak bardziej prawdopodobne jest to, że piękne plany i zamiary w zderzeniu z szarą rzeczywistością zmienią się w kilka zaledwie drobnych korekt.

A może bardziej odważne działania wymuszą wystąpienia młodych narodowców?

ONR to nie są żadni radykałowie!

Polityka to sztuka kompromisów. Radykalizm zaś polega na odrzuceniu kompromisu jako zasady. Ma być tak jak tego oczekujemy i koniec. Problem z ONR’em polega na tym, że młodzi ludzie nie wiedzą czego konkretnie chcą. Ich radykalizm sprowadza się zatem do odrzucenia kłamstwa. Kwestii kompromisu w ogóle nie dotyczy – bo nie ma mowy o kompromisie, póki nie ma dwóch dwa różnych stanowisk. Trudno zaś za polityczne stanowisko uznać hasła w rodzaju „a na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści”. Całkiem możliwe, że odebranie ONR-owi kapłana służyło właśnie temu: zabezpieczeniu się przed wypracowaniem czegoś bardziej sensownego. Póki tylko krzyczą – nie ma się co niepokoić – zwłaszcza gdy wykrzykują głupoty.

 

Może jednak radykalizm jest zbędny, bo w w demokracji naturalnym jest dążenie do kompromisów? Radykalizm w pewnym stopniu wymusza brak sensownej opozycji. Istotniejsze jest jednak to, że aktualnego porządku bronią siły, dla której polityczny dialog nie jest metodą działania:

1. Front oporu przeciw konserwatywnym zmianom w Polsce pokazuje, że Europa została opanowana przez ideologię liberalno-lewicową.

2. Korporacje chcą urządzić cały świat według chorych projektów typu TTIP.

3. Nad tym wszystkim dominuje światowy system finansowy, który prowadzi do coraz większego zniewolenia (władzy pieniądza).

Jeśli chcemy budować państwo wolności, sprawiedliwości i solidarności – to nie można godzić się na kompromisy, które uniemożliwiałyby realizację tego celu.

Spirala konfliktu w Polsce nakręca się coraz bardziej. Do akcji wkroczył Sąd Najwyższy. Gdy jedna z posłanek nazwała ich „zespołem kolesi” - swoje oburzenie wyraziły stowarzyszenia sędziów. Tym sposobem konflikt między TK a sejmem został przekształcony w totalną wojnę między władzą sądowniczą a większością sejmową. Najgorsze jest to, że konflikt nie ma charakteru merytorycznego sporu – więc jest nierozwiązywalny.

Tego rodzaju konfliktów po prostu należy unikać. Wystarczy zachować kilka prostych zasad – znanych każdemu, kto uczestniczy w cywilizowanej debacie:

1. Zasada życzliwej lektury. Wiele słów można interpretować na różne sposoby. Zasada ta nakazuje interpretacje najbardziej korzystne dla autora wypowiedzi. W Polsce jest przyjmowana zasada dokładnie odwrotna (jednym z nielicznych polityków, którzy nie dają się w to wciągać jest Mateusz Morawiecki).

2. Cokolwiek robisz – patrz końca. Dotyczy to także konfliktów. To jasny cel, a nie emocje powinny kierować stronami konfliktu (mistrzami w takich negocjacjach są Chińczycy). Jaki cel przyświeca politykom i dziennikarzom nakręcającym konflikt Polsko-Rosyjski? Rozpad Rosji? Co chce osiągnąć opozycja? Dymisję rządu i przedterminowe wybory? Obcą interwencję? Wojnę domową? Wszystkie te hipotetyczne cele są delikatnie mówiąc niemądre. Dlatego wielce prawdopodobne jest, że tak naprawdę politycy działają pod wpływem emocji – bez względu na konsekwencje.

3. Rozmowa zapobiega konfliktom. Po to Bóg dał człowiekowi zdolność mówienia, aby z niej korzystał. Gdy strony konfliktu nie rozmawiają ze sobą, ale w izolacji nakręcają się w wrogości – konflikt przeradza się w nienawiść, a nienawiść w wojnę. Dla polskich polityków rozmowa nie jest ulubioną formą ekspresji. Wolą oświadczenia, listy otwarte i przesłuchania. Oni już chyba nawet nie umieją rozmawiać – co widać, gdy spotykają się czasem na antenie radia lub telewizji.

4. Miej szacunek dla prawdy. Możesz nie szanować przeciwnika. Ale gdy kłamiesz lub manipulujesz ignorując zasady logiki, to nie szanujesz także siebie. Władza, która nie ma szacunku do samego siebie – nie szanuje nikogo.

I na koniec dodatek ekstra dla posłanki, która obraziła władzę najwyższą (to słynne „państwo w państwie”). Mądrość ludowa mówi: 'nie rusz g…., to nie będzie śmierdzieć'. Rząd i sejm mają naprawdę wiele do zrobienia w Polsce i nie muszą dodatkowo angażować się w wojnę z „państwem w państwie”. Zwłaszcza – że przecież kluczowy element w łańcuszku „sprawiedliwości” ma pod kontrolą. Regułkę odmowy wszczęcia mają opanowaną i przećwiczoną.

Obchody 1050 rocznicy chrztu Polski miały swój wymiar religijny i polityczny. Najważniejszym wydarzeniem politycznym było bez wątpienia orędzie Prezydenta wygłoszone przed Zgromadzeniem Narodowym. Mówił o tym, że poprzez chrzest Mieszka I to chrześcijaństwo ukształtowało naszą tożsamość narodową. Następnie przedstawił owoce jakie poprzez wieki polskość wydała. Ta historia i dochowana wierność powinna napawać nas dumą.

Bardzo interesujące było starcie dwóch dziennikarzy: Rafała Ziemkiewicza i Janusza Rolickiego, którzy komentowali wystąpienie Prezydenta w TVP Info. Janusz Rolicki postawił tezę, że Polska jest państwem słabym, niezdolnym do samodzielnego istnienia i dlatego wielką głupotą rządzących jest niszczenie stosunków z wypróbowanymi sojusznikami (słowo „Niemcy” nie padło – ale to chyba było oczywiste). Tymczasem Rafał Ziemkiewicz mówił, że jeśli jesteśmy słabi ekonomicznie, to trzeba odbudować silne państwo i od czegoś trzeba zacząć. Więc PiS rozpoczął od odbudowy siły duchowej.

Niestety te opinie wydają się bardzo dobrą charakterystyką dla dwóch stron podziałów jakie nastąpiły w społeczeństwie. Niestety – gdyż żadne z nich nie jest realistyczne. Siła różnorodnych powiązań we współczesnym świecie jest tak wielka, że żadne rozwinięte państwo nie może istnieć samodzielnie. Ale tylko polskiemu szefowi dyplomacji przyszło do głowy, żeby głosić ideę „brzydkiej panny na wydaniu”.

Rafał Ziemkiewicz odrzuca tego typu mentalność (nie wiedzieć czemu w swojej publicystyce wywodzi on ją z mentalności chłopa pańszczyźnianego). Jednak de facto akceptuje obiektywne (według dziennikarzy) podstawy takiego myślenia: słabość ekonomiczną państwa.

Kolejna rocznica tragedii smoleńskiej stała się kolejną okazją do utyskiwań nad tym, że Polacy są podzieleni.

Jednak to nie po Smoleńsku wymyślono przysłowie: gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania – więc czemu akurat w sprawie katastrofy miałaby być jakaś jedność?

W kontaktach między zwykłymi ludźmi tragedia smoleńska nie stanowi jakiegoś punktu zapalnego. Dlaczego więc Prezydent Andrzej Duda zaapelował o niezbędne Polsce wzajemne wybaczenie: „Zabliźnienie rany smoleńskiej to kwestia dobra Polski"? W tym samym przemówieniu powiedział, że katastrofa była świadectwem "bylejakości" państwa, błędów, które nie powinny się zdarzyć. Naprawdę trudno się nie zgodzić z taką oceną. Jak zatem można rozumieć słowa Prezydenta?

1. Rządzący do niedawna Polską politycy reagują alergicznie na opinię o „bylejakości”. Dziwić się im nie należy – bo za taką oceną mogą iść konkretne zagrożenia (także procesowe). To jedna z przyczyn tak ostrych podziałów wśród polityków. Czy bylejakość państwa jest zatem czymś nieważnym? Czymś mniej ważnym od „zgody” w każdym razie? Przecież to już przeżyliśmy, gdy po Okrągłym Stole triumfowała bylejakość PRL-owska. Ale tym razem miała być „dobra zmiana”!

2. Inną możliwością jest przyznanie, że nasze państwo jest do tego stopnia słabe, jedynym sposobem na „opozycję” sięgającą do najgorszych polskich tradycji (Targowica, pieniactwo) jest jej obłaskawienie. Co by to się działo, gdyby polski premier albo prezydent nawiązując do tamtych czasów powiedział na forum europejskim, że nasza demokracja jest starsza od tej którą mają na zachodzie i w związku z tym mamy doświadczenie nie tylko w tym, jak osiągać sztuczną - często oparty na zakłamaniu – zgodę, ale też jak radzić sobie z warchołami takimi jak Rzepliński. Może więc Niemcy zajęliby się łaskawie swoimi problemami, których im nie brakuje?

Być może Polska ma za słabe karty. Taka ocena jest do zaakceptowania i łagodne postępowanie władz – zrozumiałe. Jednak tylko pod warunkiem, że istnieje jakiś plan naprawczy (na razie go nie widać).

3. Jest jeszcze trzecia możliwa interpretacja słów Andrzeja Dudy. Jest to wyraz pasywności w polityce. Polityka Andrzeja Dudy podobnie jak Premier Szydło jest w znacznym stopniu determinowana reakcją na to co się dzieje, niż kreacją własnych koncepcji. Taka postawa ma swoje zalety. Choćby taką, że władza staje się bardziej wrażliwa na opinie społeczeństwa. Jednak w tak niespokojnych czasach, jak obecnie - taka pasywność jest szkodliwa. Na przykład wszyscy wiedzą, że światowy system finansowy się chwieje i kolejny wielki kryzys musi nastąpić (może nawet w bieżącym roku). Czy rządzący Polską pracują nad tym, jak go wykorzystać do „repolonizacji” banków, czy też tak jak poprzednio czekamy w gotowości zabawy w dobrego wujka dla bankierów?

Pasywność w polityce wyraża się między innymi dążeniem do zgody za wszelką cenę. Bo konflikt jest czymś, na co się reaguje, a nie czymś czym zarządza się dla osiągnięcia swoich celów. Nie brakuje osób, które sądzą, że obecnym konfliktem zarządza Jarosław Kaczyński. Nie wydaje się jednak aby to było coś więcej niż dawanie wiary czarnej propagandzie prowadzonej wobec tego polityka.

Jak zwykle przy okazji świąt pojawiły się apele o pojednanie ludzi o różnych poglądach. Wyrażano także oczekiwanie na jasny głos Kościoła Katolickiego. I taki jasny głos zabrzmiał w postaci rezurekcyjnego kazania Arcybiskupa Michalika: Nowa Targowica się pojawiła. Oskarżają Polskę. Mobilizują obce narody na forach międzynarodowych do nienawiści wobec Polaków, którzy mieli odwagę wybrać innych, a nie ich samych. Zdumiewające spojrzenie. To się już dawno nie powtarzało. Ale to nie jest chwałą tych ludzi, że zaufanie, którym zostali obdarzeni przez część narodu, wykorzystują przeciw ojczyźnie.

Coś tu jest niejasnego? Coś trzeba dodawać?

Oczywiście antypolski salon trzęsie się z oburzenia, a „organ” naczelny „kościoła Adama Michnika” pisze coś o „Politycznej Wielkiej Niedzieli”. W kwestii politycznego zaangażowania Kościoła też nie ma żadnych niejasności. Kościół uległ żądaniom „salonu” i powstrzymuje się od deklaracji poparcia konkretnych partii politycznych, ale nie ma zamiaru powstrzymywać się od moralnych ocen działania w sferze polityki. Ponieważ zaś polskość i katolickość są u nas silnie ze sobą splecione – we wspomnianych ocenach bierze się pod uwagę nie tylko dekalog, ale też dobro Ojczyzny.

Tymczasem „targowica” nie odpuszcza i nawet w Wielką Niedzielę demonstrowało kilkudziesięciu (!) KOD'ziarzy. Co nimi kieruje? Bo z całą pewnością nie rozum. Według Witolda Gadowskiego mamy do czynienia z gangsterskimi powiązaniami: „Dla nich podniesienie skuteczności wymiaru sprawiedliwości w Polsce jest w istocie życiowym zagrożeniem. Odtworzenie polskich mediów jest dziś zadaniem na miarę obrony niepodległości. Niemieckie, okupacyjne media niszczą bowiem naszego ducha […] ciekawe jak nasi potomni spojrzą na Tomasza Lisa i jemu podobnych. Jeśli będą ukazywani jako gwiazdy z początku nowego stulecia...to znaczy, że jednak utraciliśmy niepodległość!

Zagrożenie dla przyszłości Polski jest realne. Na szczęście trudna sytuacja Europy powoduje mobilizację polskości i coraz bardziej uświadamiamy sobie jej unikalną wartość. Uświadamiamy sobie, że nasze piękne tradycje to nie tylko obyczaj, ale nośnik wartości których warto bronić.

Nie trzeba mędrca by dostrzec, że dla idei „dobrej zmiany” najgroźniejsza jest pazerność na władzę. Taki szturm na stanowiska. Paweł Kukiz ma rację, mówiąc o partyjniactwie. Po PRL'u odziedziczyliśmy państwo w którym pozycja zależy od tego jakich ma się znajomych, a nie od tego jakie ma się kompetencje. Dziwne byłoby, gdyby w partiach politycznych było inaczej – bo wspólnota idei sprzyja stawianiu kryterium zaufania przed kryterium kompetencji. Problemy zaczynają się, gdy mamy partyjne rządy w postkomunistycznym państwie. Wtedy okazuje się nagle, że idee ideami – ale żyć trzeba. A dlaczego zwycięzcy nie mieliby żyć odrobinę lepiej….

Ten drażliwy problem jest śmiertelnym zagrożeniem dla tak słabego rządu jak obecnie (o jego słabości świadczy konieczność tolerowania jawnie bezprawnych wystąpień szajki prawników i „obrońców demokracji”). Gdyby zgodnie z zapowiedziami poczyniono zmiany, które pozwalają na powstanie nowej fali polskiego kapitalizmu, być może ten szturm na stanowiska byłby nieistotny. Na razie jednak mamy jedynie nową falę oddolnego TKM.

To razi. Nic więc dziwnego, że Paweł Kukiz protestuje i grozi wnioskiem o wotum nieufności wobec Ministra Skarbu.

Dość szokująca jest reakcja polityków PiS. Ich komentarze można by spokojnie dołączyć do zbioru wystąpień Donalda Tuska z czasów jego premierostwa i nikt nie spostrzegłby różnicy. Elżbieta Witek bez wątpienia ma rację, że „każdy ma znajomych, do których ma zaufanie” (dla większego efektu gazeta pomija słowo "kompetencje"). Gdyby jednak przynajmniej dodała, że dostrzega i rozumie problem – byłaby choć minimalna odmiana. Rację ma także marszałek Karczewski, gdy mówi „każdy musi gdzieś pracować”. Kariery rodzin prominentnych polityków (vide syn Premiera Tuska) zawsze budzą szczególne zainteresowanie. Istnieje cienka granica pomiędzy oddolną chęcią zatrudnienia takiej osoby z uwagi na pożyteczne dla firmy kontakty, a odgórnymi naciskami aby ułatwić komuś karierę. Stanisław Karczewski mógłby przynajmniej wyrazić nadzieję, że nie mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Byłaby taka drobna „dobra zmiana”.

Niestety Pani Premier postanowiła także wejść w buty Donalda Tuska, mówiąc: PO i PSL to ostatnie partie, które mogą mówić o nepotyzmie. Przez osiem lat słuchaliśmy obrzydliwego usprawiedliwiania wszystkich błędów tym, że PiS był jest albo mógłby być jeszcze gorszy. Politycy PO doszli w tym do takiej wprawy, że w zasadzie nie wiadomo po co dziennikarze pytają ich o cokolwiek, skoro wiadomo jaka będzie odpowiedź. Gdy na przykład zapytać któregoś z „byłych” o aferę Amber Gold, na pewno zacznie opowiadać o SKOK'ach sugerując, że to pisowska afera.

Wielką nadzieją napawała reakcja na wcześniejsze błędy popełniane przez rząd Beaty Szydło. To była naprawdę miła odmiana. Miejmy nadzieję, że po świętach Pani Premier wróci do dobrej formy i przywróci Polakom nadzieję na dobrą zmianę.

Od lat mądrzy ludzie przestrzegają, że rosnące rozwarstwienie społeczne uniemożliwi harmonijny rozwój cywilizacji. Mówią, że dominacja kapitałów finansowych jest groźna, a niszczenie tradycyjnych wartości osłabia więzy społeczne. Postulują powrót do życia we wspólnotach opartych na godnej pracy i zaradności osób zatroskanych o los swoich rodzin.

Przedstawiane argumenty są dobrze znane i wielokrotnie powtarzane. Dlatego czekamy tylko na ten stosowny moment, gdy możni tego świata zbiorą się razem, by wysłuchać mądrych ludzi i wspólnie przygotować zmiany. Siła racjonalnych argumentów raz jeszcze zwycięży i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie…. Ktoś wierzy w takie bajki?

Są tacy, którzy wierzą.

Na przykład arabista Bogusław R. Zagórski wzywał niedawno, by kierować się rozumem, a nie nienawiścią. Bo „nienawiść zawsze odbija się i zawsze wraca”. Dlatego należy kierować się rozumem, który, „jak wszystkie sekundy naszego życia, jest czymś, co otrzymaliśmy w powiernictwo, z którego będziemy musieli się rozliczyć”. Zaś „rozumny człowiek nie może sobie pozwolić na nienawiść”.

Jak co roku, feministki w okolicy 8 marca demonstrują domagając się liberalizacji prawa do aborcji oraz edukacji seksualnej w szkole.

W Polsce edukacja seksualna jest realizowana w ramach przedmiotu „Wychowanie do życia w rodzinie”. Jednak taka edukacja nie podoba się lewicowym działaczom, dla których seks i rodzina to nie są sprawy ze sobą związane. Edukacja seksualna realizowana w Polsce jest określana jako „typ A” - w odróżnieniu od typu „B” - realizowanego w niektórych państwach zachodu Europy. Redaktor naczelny katolickiego magazynu nauczycieli i wychowawców „Wychowawca” krytykuje typ B edukacji seksualnej: Wychowania do życia w rodzinie nie wolno zastąpić edukacją seksualną. Wdrożenie edukacji seksualnej, takiej jaka jest realizowana np. w Szwecji, Anglii czy USA, może przyczynić się do instrumentalnego, zabawowego traktowania ludzkiej seksualności, zniszczenia wartości rodziny, deprecjacji wartości czystości i wierności, a także wzrostu chorób przenoszonych drogą płciową i ciąż nieletnich.

Podobno we wszystkich postkomunistycznych krajach UE zachował się podział na „my” i „oni”. W czasach komuny to była granica przyzwoitości. To nie oznaczało, że po „naszej” stronie byli wyłącznie ludzie bezkompromisowi. Każdy sobie wyznaczał granice kompromisów i granice wolności. Parafrazując Jana Pawła II można powiedzieć, że każdy miał swoje Westerplatte. W totalitarnym państwie rzadko kogo było stać na postawę całkowicie bezkompromisową. Nawet niezłomny poeta Zbigniew Herbert musiał prosić władzę o paszport, by móc wyjechać za granicę.

Kiedy będąc w wojsku pod koniec lat 80-tych zapytałem o możliwość wysłuchania przez radio w świetlicy Mszy Świętej, stałem się politycznie podejrzany i musiałem odbyć kilka rozmów z oficerem politycznym. Domagał się deklaracji, że złożę przysięgę. Powiedziałem mu, że nie zamierzam kopać się z koniem i jedynie zmilczę ten sojusz z armią radziecką. Jemu chodziło wyłącznie o to, żeby to nie była forma demonstracji. Kompromis. Byli tacy, którzy odmawiali i ponosili konsekwencje. Byli też tacy, którzy aktywnie występowali przeciw komunistom, ryzykując życie. Ale byli też ludzie gotowi na wszystko dla przepustki, talonu, awansu. Większość ludzi - zdając sobie sprawę z własnej słabości, nie była skłonna do ferowania wyroków, a zbytnia uległość wobec władzy budziła raczej niesmak niż oburzenie. Jakie zatem było kryterium dzielącą społeczeństwo na „my” i „oni”? Moim zdaniem zdolność do stawania w prawdzie. Złożyłem przysięgę w komunistycznym wojsku i to nie było dobre. Kropka. Nie będę się usprawiedliwiał tym, że wszyscy tak robili, że takie były czasy, że to nieważne. Poniosłem porażkę, ale ona nie była decydująca w walce o moje Westerplatte.

Gdy Lech Wałęsa mówi, że nie dał się złamać, to oznacza iż w jego ocenie swoją walkę wygrał. To dlatego tak druzgocący jest wyłaniający się z jego wystąpień obraz człowieka całkowicie zakłamanego.

Mija 100 dni rządu Beaty Szydło. Powinien to być odpowiedni moment na oceny i refleksje. Trudno jednak podjąć spokojną analizę w sytuacji tak ostrej walki „elity” z rządem. Krytyka polityki rządu może być odebrana jako solidarność z tą zgrają odrywaną od koryta, z którą chyba nikt normalny nie chce mieć nic wspólnego.

Zamiast zestawienia sukcesów i wpadek oraz oceny działania poszczególnych ministrów, spróbujmy zastanowić się jaką politykę prowadzi PiS i rząd sformułowany przez tą partię.

 

W każdym z głównych obszarów działalności politycznej można ocenić podejmowane działania pod względem ich realizmu oraz poziomu aktywności. Realizm polega na wypracowywaniu decyzji na podstawie dobrego oglądu rzeczywistości. To bardzo trudne, gdyż wymaga poznania prawdy o świecie (nie zawsze oczywistej) oraz wyodrębnienia procesów w których chcemy uczestniczyć lub które chcemy kreować. Na przeszkodzie stoją nie tylko brak wiedzy oraz uleganie stereotypom i mitom. Realizm wymaga także przyjęcia takiej hierarchii ważności, aby rzeczy ważniejsze nie były przesłaniane przez mniej ważne.

Polityka może być bardziej lub mniej aktywna. Można kreować procesy, aktywnie w nich uczestniczyć, lub ich unikać. Od rewolucyjnych zmian do bierności ('ciepła woda z kranu').

 

W stosunku do rządów PiS pojawiają się obawy, że może podejmować działania nierealistyczne i rewolucyjne. Dlatego niesłychanie istotne jest odwołanie do ideałów konserwatywnych. Konserwatyzm wiąże się bowiem z odpowiedzialnością. Dlatego w praktyce podejmowane działania są dużo bardziej wyważone, niż można by się spodziewać na podstawie zapowiedzi. Ta odpowiedzialność wiąże się też z powołaniem do rządu fachowców. Ten rząd jest dużo lepszy, niż można było się spodziewać po partii Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście jest też lepszy od rządów PO – ale w końcu to był powód zmiany :-).

 

Profesor Hausner martwi się tym, że PiS wiedzie Polskę do zguby: patrząc na to co się teraz w Polsce dzieje, sądzę, że jedno państwo i jeden przywódca ma powody do zadowolenia - to Rosja i Putin.

Profesor Staniszkis martwi się tym, że Jarosław Kaczyński „jest otoczony wieloma miernotami, ludźmi, którzy doszli do tego obozu, oportunistami”. Uważa, że „młodzi wyborcy, którzy dali PiS-owi zwycięstwo, odwrócą się. Bo to, co się dzieje, jest trudne do strawienia”. Szczególnie trudny do strawienia jest dla niej poseł Kuchciński: „Sama czuję się upokorzona tym, że drugim człowiekiem w państwie, marszałkiem Sejmu jest Marek Kuchciński, ewidentnie człowiek dyspozycyjny i pionek tej infantylnej dyktatury. Aż się gotuję, gdy to widzę”.

Z kolei profesor Bugaj martwi się tym, że okropne rzeczy, które robi Kaczyński prowadzą do zwycięstwa Petru. Profesor dostrzega wszystkie patologie III RP, które rozkwitły pod rządami PO i dlatego sam głosował na PiS. Jednak nie potrafi ukryć rozczarowania. Sądzi, że takie rozczarowanie jest powszechne, a utrzymujące się poparcie dla PiS w sondażach tłumaczy sobie pozyskiwaniem nowych zwolenników.

Najdalej w krytykowaniu PiS idzie profesor Śpiewak, który opowiada o kaczystowskich zbrodniach: Barbara Blida popełniła samobójstwo? „Są różne wersje tej historii, sytuacja nie jest do końca czytelna”. Jako jedyny z tego grona Śpiewak wprost atakuje polski patriotyzm, którego nie udało się Michnikowi wyplenić: górę bierze przede wszystkim prosty obraz polskości, który kolportuje choćby prasa katolicka typu „Nasz Dziennik”. Na pewno jest korelacja między propagowanym przez nie obrazem rzeczywistości i wzrostem antysemityzmu. Nie podoba mu się odrzucanie pedagogiki wstydu, które traktuje bardzo osobiście: „Jeśli słyszę z ust profesora historii słowa potępienia Władysława Bartoszewskiego, który rzekomo forsował fałszywy obraz Polski, mówiąc o niej jako o brzydkiej pannie bez posagu, to sam zwrot przestaje być istotny, natomiast faktem staje się przyzwolenie na całkowite jeżdżenie po Bartoszewskim. Po człowieku, który jednak był symbolem otwartości Polski, autokrytycyzmu - a jednocześnie był patriotą. To niepokojący sygnał oznaczający, że wpływy odzyskuje kult Polski bezproblemowej, to znaczy takiej, która była tylko heroiczna, która tylko cierpiała, była tylko ofiarą.

Samo pojawienie się hasła „Polska w ruinie” świadczy o głębokości upadku naszego kraju. Jest ono bowiem produktem polityki opartej o PR. W minionych latach spór polityczny został sprowadzony do konkurencji dwóch wizerunków: niebywałego rozkwitu i kompletnego upadku.

Ciekawostką jest to, że oba te wizerunki powstały w tym samym środowisku: wśród ludzi, którzy zajęli miejsce elity. Hasło „Polska w ruinie” zostało rozpropagowane w formie kpin z krytyków III RP. Jeden z licznych tekstów na ten temat można znaleźć tygodniku "Polityka" z września 2015. Poddaje on analizie wystąpienia na konwencji PiS:

Przedsiębiorca z Pcimia przekonywał, że kraj ma wielki „potencjał osobowy” (w tym „piękną młodzież i śliczne kobiety”, jesteśmy też „piękni wewnętrznie”), ale niestety przez 25 ostatnich lat ten potencjał był marnowany, bo ten „piękny kraj” był „słabo” zarządzany. Po czym wzywał, żeby było jak najmniej „państwa w państwie”.

Emerytka mówiła o niskich emeryturach oraz o braku szans rozwoju dla dzieci i wnuków. Z kolei student politologii skarżył się już po imieniu na PO i Bronisława Komorowskiego – że to ich winą są umowy śmieciowe i wyjazdy za granicę oraz że młodym „zabrano nadzieję”. On już wprost wzywał do wręczenia rządzącym „czerwonej kartki” i głosowania na PiS.

Była wreszcie przedstawicielka „polskich rodzin” z patetyczną opowieścią o miłości do Ojczyzny jako miłości do Matki, ale też kpiną, że dogoniliśmy Zachód, bo mamy „globalne ceny”.

Komunikat był więc w sumie tyleż prosty, co znany: obecna Polska to kraj w ruinie.

Diagnoza przedstawiona przez cytowane osoby najwyraźniej znalazła uznanie wyborców i przyczyniła się do zwycięstwa wyborczego PiS. Można domniemywać, że takie pełne pogardy dla prostych ludzi relacje - jak cytowana powyżej - nawet wzmocniły przekaz.

Wczorajsza debata na temat Polski w PE jest dość zgodnie oceniana jako sukces Beaty Szydło. Bo miała świetne przemówienie. Bo nie dała się sprowokować i bardzo merytorycznie wyłożyła swoje racje. Bo grzecznie ale stanowczo broniła suwerenności naszego państwa. Bo dostała darmowy czas reklamowy, aby powiedzieć prawdę o Polsce - między innymi o milionie „uchodźców” z Ukrainy, których Polska gości w swych granicach. Bo radość niektórych Polaków (?) z tego, że „Polska na kolanach” okazała się przedwczesna. Bo przegranymi są politycy PO. Bo na hasło „donosiciele” Google zwraca gębę Szeinfelda.

Czy jednak naprawdę jest z czego się cieszyć?

1. Rację mieli politycy PO mówiący o tym, że państwo może długo budować swoją pozycję międzynarodową, a potem bardzo szybko ją stracić. Przykro patrzeć jak pada mit cywilizowanych Niemiec, które będąc w strukturach UE nikomu już nie zagrażają. Niemcy wyraźnie spuścili z tonu. A może tylko spuścili swoje ratlerki. W ich zastępstwie rozpoczął atak na Polskę jakiś Hiszpan, pouczając nas na temat autorytaryzmu. Można by uznać, że przedstawiciel państwa, które do roku 1976 było faszystowskie dobrze wie o czym mówi. Ale w Polsce wiele osób kojarzy Hiszpanię z okresem rządów Zapatero, który wykorzystał wyborcze zwycięstwo do niszczenia tradycyjnego społeczeństwa (między innymi wprowadzając quasi-eutanację). Może to był prezent od Niemców? Na pewno nie brakuje u naszych zachodnich sąsiadów ludzi prawych (jeden z nich mocno poparł Beatę Szydło). Jednak mleko już się rozlało. Trudno będzie pozbyć się obawy, że EU = IV Rzesza.

Niemcy ewidentnie dali się podpuścić broniącym swoich stołków „elitom” znad Wisły. Jednak biorąc pod uwagę jakość tych „elit” to wcale nie jest okolicznością łagodzącą.

W Parku Jordana stoi pomnik „Inki” Danuty Siedzikównej. Na jego cokole krótkie fragment prostego zdania wypowiedzianego przez „Inkę” tuż przed śmiercią: „zachowałam się jak trzeba”.

Jakiś czas temu ten właśnie pomnik został sprofanowany poprzez oblanie czerwoną farbą.

To nie był zwykły wybryk pijanych wandali. Ktoś zadał sobie trud aby przynieść do parku farbę i zadbał, by zamazać napis na cokole. To była manifestacja.

W Polakach tkwi głęboko przekonanie, że w chwili próby należy zachować się „jak trzeba”.

Atak na nasz kraj ze strony Unii Europejskiej jest taką właśnie chwilą. 

Dziennikarz The Times zadał na konferencji prasowej pytanie: dlaczego akurat Polska? Przypomniał tytułem przykładu wydalenie Romów przez Francję. Niemiecki komisarz prezentujący stanowisko KE w odpowiedzi bredził coś o kierowcach - skoro inni jeżdżą za szybko, to nie znaczy, że ja też mogę. To głupie porównanie pokazuje z jaką nędzą intelektualną mamy do czynienia. Dzisiaj przyzwoitość wcale nie wymaga wielkiej odwagi - to tylko kwestia smaku

Czy komisarz Bieńkowska zachowała się „jak trzeba”, głosując za wszczęciem wobec Polski unijnej „procedury” sprawdzenia praworządności? Nawet reprezentując donosicieli mogła zachować się przyzwocie. Zabrakło poczucia smaku.

Rzeczpospolita na głównej stronie drukuje informację polskiego ambasadora o likwidacji Trybunału Konstytucyjnego, do którego zmierzają władze Luksemburga: „Luksemburska hipokryzja”.  

Wczoraj Pani Premier spotkała się z opozycją i zapowiedziała dalsze spotkania. Dzisiaj Minister Kultury zapowiedział, że „tfurcy” dostaną na powrót 50% kosztów uzyskania przychodów w podatku. Nie wygląda to na taktykę tresury wściekłej opozycji, ale na próbę rzeczywistego powrotu do idei „dobrej zmiany”. Czy słusznie? „Elity” po dojściu do władzy PiS dostały takiego amoku, że przekroczyły wszelkie granice.

Włączyłem wczoraj wieczorem „odzyskaną” (podobno) TVP Info – by sprawdzić, czy może już da się to oglądać. Może miałem pecha, ale akurat trafiłem na gębę medialnego funkcjonariusza antypolskiej gazety - Pawła Wrońskiego, który tłumaczył widzom, że Niemieccy politycy wcale nie atakują naszego kraju, tylko polskie władze. Czy przedstawiciel jakiegoś szanującego się narodu odważyłby się powiedzieć, że zewnętrzne ataki podważające legalne działania demokratycznie wybranych władz nie są atakiem na państwo? Dlaczego więc w Polsce to jest możliwe? Dlaczego „niepokorni dziennikarze” słuchają tego z pokorą? Czyż to nie jest wyraz co najmniej tolerowania zdrady?

Szef KE zaczął łagodzić swoje stanowisko, a nawet podobno niemiecki komisarz ds. agendy cyfrowej Gunther Oettinger został upomniany za krytykę Polski. Podobno też przyznał, że komisarze mogli zostać wprowadzeni w błąd przez media. Zdementowano też niemieckie kłamstwa na temat przygotowywanej decyzji objącia Polski specjalnym nadzorem. Stan wrzenia w niemieckich mediach opisuje niemiecki portal dla Polaków forsal.pl: Po zaproszeniu na rozmowę do MSZ niemieckiego ambasadora, prasa w Niemczech pisze o poważnym rozdźwięku między Warszawą a Berlinem.

"Polska zaostrza ton wobec Niemiec" - to tytuł z pierwszej strony dziennika "Die Welt". Jak czytamy, kto krytykuje Warszawę, wzywany jest na rozmowę. Komentatorka gazety apeluje do Komisji Europejskiej, aby nie bała się dyplomatycznej konfrontacji z Polską. Jak czytamy, nie może zabraknąć odpowiedzi Brukseli na działania Jarosława Kaczyńskiego.

O sprawie pisze też dziennik "Sueddeutsche Zeitung" wybijając na pierwszej stronie, że Warszawa ze złością reaguje na "antypolskie wypowiedzi" i nie życzy sobie niemieckiej krytyki. Komentator "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisze z kolei, że zarzuty w sprawie mieszania się zagranicy w sprawy Polski są bezsensowne. Jak czytamy, Polska dobrowolnie weszła do Unii Europejskiej i musi zaakceptować, że we Wspólnocie istnieją zasady, których muszą przestrzegać wszyscy.

Jak wszyscy to wszyscy – Niemcy też.

Polska nie jest jedynym krajem pouczanym i sztorcowanym przez belgijskich polityków. Bruksela krytykuje polityczne decyzje władz Demokratycznej Republiki Konga, swojej dawnej kolonii, w której takie pouczenia przywołują złe wspomnienia. Bruksela wciąż przekazuje jednak temu kraju duże kwoty pieniędzy i chce widzieć efekty swojego wsparcia. Korespondentka Polskiego Radia z Brukseli komentowała: Wpływ, jaki Belgia będzie miała na sytuację w Kongu w dużej mierze będzie zależał od zaufania, jakim będą ją darzyć zwykli Kongijczycy, i aby go nie stracić powinna hamować swoje dawne kolonialne zapędy. Widać zatem wyraźną różnicę między Kongiem i Polską. Zwykli Polacy ważni nie są – bo istnieją siły i środki (przynajmniej zdaniem Brukseli), by nasze społeczeństwo wychować i podobny błąd samodzielnego myślenia już się nie powtórzył. Czy aby na pewno?

Na zdjęciu widać protest Kongijczyków przeciwko swojemu prezydentowi, który zdaniem protestujących łamie zasady demokracji. Protest odbywa się pod pomnikiem Leopolda II – króla Belgów i budowniczego Brukseli. To wygląda mniej więcej tak, jakby Izraelczycy protestowali przeciwko swojemu premierowi pod stojącym przed przed Bramą Brandenburską w Berlinie pomnikiem Hitlera na koniu. To jest ten kierunek „walki o demokrację” który wskazują nam politycy z tego sztucznego kraju? Oczywiście w Berlinie nie ma pomnika Hitlera – ale może i tego się w tej załganej Europie doczekamy - skoro w sercu tej Europy stoi pomnik równie wielkiego ludobójcy – Leopolda II. Notka w Wikipedii informuje o nim: mimo krytycznej oceny rządów i świadomego dopuszczenia się ludobójstwa, spora część Belgów nadal darzy go ogromnym sentymentem i szacunkiem, czego dowodem są licznie wznoszone jego pomniki (m.in. w centrum Brukseli, czy w Laeken, w oficjalnej siedzibie króla Belgów) oraz liczne parki, szkoły i instytucje noszące jego imię.

Skąd ta jawna dyskryminacja wobec Hitlera? Rafał Ziemkiewicz w książce „Jakie piękne samobójstwo. Narracje o wojnie, szaleństwie i cynizmie” twierdzi, że Belgowie mieli po prostu fart: Już, już Belgowie staliby się na wiele lat ucieleśnieniem zła kolonializmu, gdyby nie wybuchła wojna światowa. […] Obywateli krajów anglosaskich trzeba było jakoś przekonać, że muszą iść masowo ginąć w okopach, a tych, którzy już dali się na to namówić, wprowadzić w bojowy szał. Rozpętano więc na Zachodzie istną propagandową histerię wokół szalonych okrucieństw, jakich dopuszczali się Niemcy na biednych Belgach. Niemcy oczywiście, jak to Niemcy, faktycznie, gdziekolwiek weszli, rozstrzeliwali cywilów, szczególnie z warstw wyższych, z zimną krwią i jak na owe czasy, na skalę masową, aby podbity kraj sterroryzować – ale anglosaska i francuska propaganda zwielokrotniły ich zbrodnie do absurdu, karmiąc społeczeństwa andronami o dzikich Hunach pożerających żywcem belgijskie dzieci. Skoro zaś Belgowie potrzebni byli zachodniej propagandzie jako ofiary ludobójstwa, to przecież nie mogli być sami sprawcami innego, wcześniejszego ludobójstwa. Kto by szedł na wojnę ginąć za jakichś morderców, nawet jeśli sami są teraz mordowani? Więc z dnia na dzień problem zbrodni w Afryce zniknął. Wyparował. Osiem czy tam dziesięć milionów zabitych Afrykanów, wyniszczonych głodem i pracą nad siły, konających z obciętymi dłońmi, nie mówiąc o torturowanych i gwałconych, musiało się pójść czochrać – w końcu zresztą byli to tylko Murzyni.

Mamy nowy rząd. Na podstawie jego składu można przewidywać przyszłe działania. Rząd Premier Szydło wprowadzi dość szybko zakaz odbierania dzieci rodzicom z powodu biedy. W zasadzie ta jedna sprawa wystarczy, by cieszyć się z odejścia obecnie rządzących barbarzyńców. Bardzo prawdopodobne jest też to, że zrealizuje swój plan wypłacania 500 PLN na drugie i następne dziecko w rodzinie. Nie będzie też dalszej wyprzedaży Polski (Lasy Państwowe uratowane). Kilku fachowców w rządzie (Radziwiłł, Streżyńska, Morawiecki) dają gwarancję sprawnego administrowania i przynajmniej częściowego rozbrojenia mediów i komediantów zwanych artystami (choć całkowitego odcięcia ich od państwowej kasy nie ma się co spodziewać).

I to w zasadzie chyba wszystkie bardzo dobre wieści.

Jedną z pierwszych reform, jakie chce podjąć PiS jest likwidacja gimnazjów. Jak każda rewolucja w edukacji – jest to działanie kontrowersyjne i z pewnością spotka się z oporem ze strony wielu nauczycieli. Wiadomość o tym została w TVP podana w sposób skrajnie tendencyjny. W długim materiale nie zmieścił się ani jeden argument za likwidacją gimnazjów. Nie zmieściła się też informacja, że PiS jest gotowy na referendum w tej sprawie.

Takie działanie mediów jest do przewidzenia, dlatego dziwi to, że politycy zwycięskiej partii nie starają się temu przeciwdziałać. Mogli przecież zacząć od informacji o referendum - podkreślając, że obecna władza chce zmian, jakich sobie życzą rodzice. Bo z punktu widzenia wielu rodziców i dzieci – zwłaszcza na prowincji – powstanie gimnazjów to był poroniony pomysł. Gimnazja od dawna są krytykowaneTo najsłabsze ogniwo w łańcuchu polskiej edukacji. Problemem jest nie tylko rosnąca agresja uczniów, ale też to, że zamiast się uczyć nowych rzeczy, zapominają to, co już dawno powinni wiedzieć. Ostatnio pojawił się dodatkowy argument: odwrócenie reformy edukacji ułatwi utrzymanie małych szkół podstawowych.

O wiele lepiej wypada starcie PiS kontra media w dziedzinie gospodarki. Powód jest prosty: jeszcze nie ma rządu, a w imieniu partii wypowiada się szef jej ekspertów, profesor Piotr Gliński. Człowiek niezwykle spokojny przedstawia wyważone plany i nagle okazuje się, że 500 zł na każde dziecko, czy duży wzrost kwoty wolnej od podatku to nie są księżycowe pomysły. Widać wyraźnie, że aby zneutralizować funkcjonariuszy mediów takich jak Stokrotka czy Gugała wystarczy odrobina ekonomicznej wiedzy.

Największym problemem jaki obecnie stoi przed polskimi władzami, jest trudna sytuacja międzynarodowa. Należy się liczyć z silnym atakiem brukselskich hipokrytów. W tej sytuacji Donald Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej mógłby być wielce pomocny. Tak naprawdę jego zachowanie ma większe znaczenie dla zachowania jedności Europy, niż pozycji Polski. Europa może wyjść z tego kryzysu wzmocniona tylko wtedy, gdy nastąpi korekta błędnej polityki. Problem arogancji władzy, która „wie lepiej” (co było chyba główną przyczyną porażki PO) dotyczy nie tylko poszczególnych krajów, ale także całej Unii (może jej przede wszystkim). Tusk musiałby pokonać dwie olbrzymie przeszkody, które dzielą go od postawy męża stanu: autorefleksja i zdolność do przeciwstawienia się Niemcom. Pokonanie tych przeszkód wydaje się zupełnie nierealne.

Zupełnym przeciwieństwem Tuska jest prezydent Rosji Putin. On doskonale rozumie, że przetasowanie w skali globalnej jest nieuchronne i z całych sił dąży do zajęcia przez Rosję jak najbardziej korzystnej pozycji. Sankcje zachodu nie tylko okazały się nieskuteczne, ale są impulsem do strukturalnych przemian gospodarczych. Izolacja na arenie międzynarodowej po interwencji w Syrii też już jest zupełną fikcją. Ukraina powoli znika z pierwszych stron gazet, a trudna sytuacja gospodarcza tego kraju może już niedługo zaowocować politycznym trzęsieniem ziemi.

Napięta sytuacja polityczna jest groźna nie tylko z powodu możliwości eskalacji konfliktów, ale także dlatego, że w każdej chwili może skutkować nowym kryzysem gospodarczym na niewyobrażalną skalę. Olbrzymie zadłużenie jakie zostawia Polsce odchodząca władza jest w tej sytuacji niezwykle groźne. Wyważona polityka zagraniczna jest nam zatem niezwykle potrzebna. Po kilku miesiącach urzędowania widać, że Prezydent Duda potrafi taką politykę prowadzić. Dlatego niejasność Konstytucji w zakresie podziału kompetencji między Ministra Spraw Zagranicznych i Prezydenta może być wykorzystana do wzmocnienia roli Prezydenta.

Biorąc pod uwagę złożoną sytuację międzynarodową, zdumiewa credo wygłoszone w programie „Bliżej” Jana Pospieszalskiego, przez Tomasza Sakiewicza. Jego zdaniem sytuacja międzynarodowa Polski jest równie doskonała, jak u progu II Rzeczpospolitej. Bo słabną Niemcy i Rosja, a my jesteśmy użyteczni dla Amerykanów, którzy „wracają do Europy”. Czy naprawdę polską racją stanu jest bycie amerykańskim popychadłem? Miejmy nadzieję, że jednak polska polityka będzie bliższa Orbana niż Sakiewicza. Inaczej TTIP nas nie minie (a ten traktat jest narzędziem ekonomicznej agresji).

Zestawiając Tomasza Sakiewicza i Piotra Glińskiego widać różnicę klasy. Z jednej strony mitoman z drugiej wzorzec odpowiedzialnego myślenia.

Pomimo, że w tym roku wyjątkowo ostatnie sondaże były bardzo trafne, a badania exit-poll przewidziały wynik realny przy błędzie mniejszym niż do 2 punkty procentowe, opóźnienia w ogłoszeniu wyników wzbudziły oskarżenia o manipulacje. Obawiano się, że PKW liczy tak, by PiS nie miał większości gwarantującej samodzielne rządy.

Każdy zdaje sobie sprawę, że w komputerze można osiągnąć dowolny wynik, ingerując w tok obliczeń. Jednak sposób prezentacji danych praktycznie to wyklucza. Na stronie http://parlament2015.pkw.gov.pl można znaleźć wyniki w podziale - aż do poszczególnych komisji. Te zaś można konfrontować z wywieszanymi protokołami. Poprawność obliczeń można sprawdzić z kalkulatorem, a poprawność podziału na głosy – stosując przyjęty algorytm Hondt'a. Aby to ułatwić przygotowaliśmy stronę internetową, na której można wpisać głosy wybranego okręgu i uzyskać podział mandatów: http://www.argumenty.net/sejm2015/

Pomimo tego, że „tropiciele spisków” nie mają tym razem żadnych podstaw do oskarżeń, powinniśmy im być wdzięczni. To między innymi dzięki ich aktywności nikt nie zaryzykuje na większą skalę fałszowania protokołów (co teoretycznie jest możliwe). Poza tym fakt, że nagle w Polsce statystyka zaczęła działać jest ewidentnym dowodem na to, że poprzednio dochodziło do wielkich manipulacji.