Władimir Putin został uznany za antyamerykańskiego. Jego przemówienie na posiedzeniu Klubu Wałdajskiego w Soczi zachodnie media uznały za najbardziej antyamerykańskie w jego karierze. Nie poprzestał on bowiem na obronie swojej polityki, ale zaatakował fundamenty polityki amerykańskiej:

Niekiedy powstaje wrażenie, że nasi koledzy i przyjaciele stale walczą z rezultatami własnej polityki. Rzucają swój potencjał na likwidowanie ryzyk, które sami stwarzają, płacąc za to coraz wyższą cenę. […]

Moskwa niejednokrotnie ostrzegała Waszyngton przed "niebezpieczeństwem jednostronnych akcji siłowych, ingerowania w sprawy suwerennych państw oraz umizgiwania się do ekstremistów i radykałów".

Putin oświadczył także, że nie dąży do odbudowy imperium, nigdy też nie kwestionował suwerenności Ukrainy.

Prezydent mówił też, że społeczność światowa nie dostrzega nieproporcjonalnego stosowania siły przez władze w Kijowie, w tym używania bomb kasetowych i broni taktycznej.

Ale Amerykanów najbardziej ubodło to, że Putin uznał, że w USA nie ma prawdziwej demokracji. Za przykład dał ruch Occupy Wall Street, który został „zduszony w zarodku”.

 

 Dobrze znany i często wykorzystywany jest fakt, że ludzie łatwiej akceptują zmiany, które są powolne i odłożone w czasie. W Polsce ćwiczyliśmy to już wielokrotnie. Taki też ma charakter porozumienie w sprawie CO2, podpisane przez Premierę Znaną z Prawdomówności. Po prawdzie, to od samego początku ciekawym mogło być jedynie to, jaki kit tym razem wciśnie się polskiemu społeczeństwu.

 

O tym społeczeństwie (nie)najlepiej świadczy to, kogo ono wybiera na swoich przedstawicieli. W dniu wczorajszym przypomniał o sobie jeden z takich „wybrańców narodu”, Janusz Lewandowski. Coś w rodzaju wywiadu z nim nadało Polskie Radio. Taka fascynująca erupcja głupoty jest możliwa tylko w Polsce (bo wszystko co ważne dzieje się w Polsce ;-)).

 

Janusz Lewandowski podpuszczony przez „dziennikarza” stwierdził na początek, że przywódcy europejscy mówią w kuluarach, że lepszy trochę „mniej ambitny” plan walki z emisją CO2, niż PiS u władzy w Polsce. Bo z PiS'em u władzy to już się nic nie da zrobić. Co konkretnie ci przywódcy chcieliby z Polską zrobić w sumie nie jest najważniejsze (w swoim czasie na pewno się dowiemy). Tradycja rzecz święta, więc mentalność Lewandowskiego, pasująca jak ulał do czasów saskich dziwić nie może. Co najwyżej ktoś przywiązany do „kamieni kupy” mógłby go uznać za zdrajcę, ale to słowo w Polsce nic nie znaczy, więc trudno z tego robić zarzut. Zwłaszcza, że to była dopiero rozgrzewka i Janusz Lewandowski pokazał, że żaden szczyt głupoty nie jest zbyt wysoki dla takiego jak on zawodnika. Dalej mówił między innymi o tym, że PiS nie może mieć pretensji do wynegocjowanych rozwiązań, bo to jest redukcja „w tym samym tempie”, jak wynegocjowana przez Kaczyńskiego. Czyż to nie jest fantastyczny argument? Powiedzmy, że mam nadwagę i zdecyduję się chudnąć o 2 kg miesięcznie. Nie mogę mieć więc pretensji, jeśli zostanę zmuszony do głodówki prowadzącej do śmierci – byle to było „w tym samym tempie”.

 

Pan Lewandowski – sięgnął też do podręcznego arsenału liberalnych idiotyzmów. Należy do niego argumentacja: jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, to znak, że nie rozumie o czym mówię. Gdy liberał mówi coś takiego, to można być pewnym, że skrywa w ten sposób własną niekompetencję. Nie inaczej było i tym razem. Wbrew temu, co mówił Lewandowski, nie ma równoważności między swobodą działania (w tym wypadku produkcji energii), a koniecznością uzyskiwania (kupowania) zezwoleń na takie działanie – nawet jeśli w okresie przejściowym część zakupów będzie za 0 złotych. Polskie elektrownie muszą kupować zezwolenia na emisję CO2. Do roku 2030 część z nich będzie za darmo. A potem? Potem podwyżki cen energii – nawet o 80%, groźba utraty konkurencyjności albo suwerenności ekonomicznej.

 

Przeglądając dokument porozumienia można zauważyć cały szereg 'ciekawostek”, o których polskie społeczeństwo w ogóle nie jest informowane. Bo po co je denerwować...

Posiadanie własności rodzi odpowiedzialność i może być źródłem stresu. Dlatego wielka radość zapanowała w Polsce, gdy kolejny krok na drodze do pozbawienia Polaków wszelkiej własności stał się faktem. Jej przygotowanie trwało latami, ale wreszcie jest. Już za kilka tygodni wejdzie w życie ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym. Oczywiście wszystko dla dobra tubylców. Reforma emerytalna zapewniła nam głodowe emerytury, a teraz podano prosty sposób na ich zwiększenie. W zamian za własność – po co to komu (no chyba, że bankierom – będą mieli co pożyczać i co obstawiać). O dziwo podobne informacje na temat ziemi rolnej są utrzymywane w mniej radosnym tonie: „grozi nam masowy wykup polskiej ziemi przez cudzoziemcow”: W maju 2016 r. minie 12-letni, przejściowy okres ochronny na swobodny obrót ziemią rolną w Polsce. Posłowie PiS chcą, aby także po tym terminie obowiązywały przepisy, które ograniczą możliwość zakupu gruntów przez cudzoziemców.

 

Ciekawe, czy PiS będzie równie odważny w walce przeciw Amerykanom przy okazji traktatu o wolnym handlu. Co to ma wspólnego z problemem własności? Na razie Polska zachowuje resztki ekonomicznej suwerenności i może próbować bronić swoich interesów. Ale gdy korporacje zyskają prawo pozywać państwa za niekorzystne dla nich rozwiązania prawne, ta sielanka się skończy.

W dniu wczorajszym po raz pierwszy Kościół Katolicki obchodził święto Jana Pawła II. Z tej okazji „Radio Maryja” przypomniało jedną z najważniejszych (i chyba najbardziej ignorowanych) homilii Jana Pawła II skierowaną do Polaków. Wygłosił ją 5 czerwca 1991 w Białymstoku.

 

Obyśmy tylko w swoich dążeniach do ukształtowania nowej gospodarki, nowych układów ekonomicznych nie próbowali iść drogami na skróty, z pominięciem drogowskazów moralnych. "Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?" (Mt 16,26).

Jeżeli w realizowaniu tej reformy gospodarczej będą skrupulatnie przestrzegane zasady sprawiedliwości; jeśli każdy będzie się liczył nie tylko z interesem własnym, ale również z interesem społecznym; jeśli w działaniach gospodarczych nie zabraknie troski o najuboższych i najbardziej potrzebujących - wówczas Pan Bóg z pewnością pobłogosławi wysiłkom i nie tylko Polska dopracuje się dobrobytu, ale i atmosfera wzajemnych stosunków międzyludzkich stanie się zdrowsza i bardziej ludzka.

[…]

"Nie kradnij" to znaczy nie nadużywaj tej twojej władzy nad własnością, nie nadużywaj tak, że inni przez to stają się nędzarzami, i to też jest prawda, i my tę prawdę przypominamy również na Zachodzie.

[…]

Musimy się uczyć tworzyć sprawiedliwe społeczeństwo przy założeniu wolnego rynku.

 

I pomyśleć, że wystarczyło go wówczas posłuchać....

 

 Niebezpieczeństwo rozwarstwienia społecznego wskutek rozwoju technologii przewidywał raport dla Klubu Rzymskiego z 1984 roku. W najnowszym raporcie The Economist pojawiły się dokładnie te same tezy: Rewolucja cyfrowa wywołuje wielkie zmiany na rynku pracy na całym świecie.

Autorzy raportu sprzed 30 lat uważali, że mamy przed sobą dwie drogi: wykorzystania technologii dla dobra ludzkości (zajęcie zamiast pracy, inwestycje w rozwój osobowy, infrastrukturę i ochronę środowiska, zanikanie problemów społecznych), albo pogłębianie się różnic między bogatymi i biednymi oraz obrona bogatych przy użyciu licencji i coraz bardziej zaawansowanych broni. Nietrudno zauważyć co wybrano i jakie są tego skutki. W jednym się pomylono. W latach 80-tych wydawało się, że „bogaci” to będzie rządząca elita oraz specjaliści. Tymczasem monetaryzm sprawił, że zamiast bogatych specjalistów i ubogich konsumentów mamy superbogatych spekulantów.

 

Tymczasem współcześni ekonomiści piszą:

Największym niebezpieczeństwem zmian na rynku pracy jest wzrost nierówności pomiędzy wykwalifikowaną elitą a szeregowymi pracownikami. Prędzej czy później doprowadzi do eskalacji społecznego niezadowolenia i ekstremistycznych ruchów. Politycy staną pod ostrzałem krytyki. Co zrobić, by temu zaradzić?

Deficyt budżetowy jest rekordowo niski. Mniej niż 30mld (o 18-20 mld mniej niż planowano). Jak tego dokonano? Większe były wpływy z podatku VAT i mniejsze koszty obsługi deficytu.

Odnotowano także we wrześniu wzrost produkcji sprzedanej w przemyśle. Chodzi zarówno o wynik w ujęciu rocznym, jak i miesięcznym, który był lepszy o 16,5 proc.

Ale najważniejsze były osiągnięcia fiskusa, który w pierwszym półroczu w wyniku kontroli zablokował podatnikom zwroty VAT na niespotykaną skalę 17,5 mld zł (dziesięciokrotnie więcej niż rok wcześniej).

[W tekście na fiskus.pl jest ewidentna pomyłka – napisano o 175mld].

Ile z tej kwoty trzeba będzie jednak zwrócić i co się wówczas stanie z deficytem (o tym dowiemy się pewnie za wiele miesięcy – na pewno już po wyborach).

Cena ropy naftowej 16-go października zaczęła zbliżać się do 80 dolarów za baryłkę. W tym dniu rozpoczął się ważny szczyt Azja-Europa w Mediolanie, na którym prezydent Rosji mówił między innymi, że gospodarka upadnie przy cenie ropy $80 za baryłkę „światowa gospodarka upadnie”. Media pisały o tym, że upadnie – i owszem – ale Rosja Putina. Amerykanie wykończą go tak, jak wykończyli ZSRR. Rosja rzeczywiście jest uzależniona od eksportu surowców i przy cenie ropy poniżej $100 ma problem ze zrównoważeniem budżetu. Ale po pierwsze od problemów budżetowych do kryzysu droga daleka, a po drugie Rosja ma kontrakty długoterminowe, które w pewnym stopniu niwelują wahania cen ropy.

 

W swoich przestrogach Putin nie jest odosobniony. Podobnie myśli amerykański analityk Jonathan Fahey, który przestrzega przed poważnymi turbulencjami w gospodarce.

 Standard & Poors 500 Index (SPX) po spadku blisko 10% zaczął powolutku rosnąć. Gdyby analitycy giełdowi zajmowali się prognozą pogody, analizy finansowe byłyby bardzo użyteczne dla wybierających się na wakacje. Jednak spekulanci nie obstawiają tego, czy będzie deszcz, ale na przykład zakładają się o poziom cen ropy. Niestety te ich zakłady mają też wpływ na to co dzieje się w realnej gospodarce. Więc jeśli ktoś interesuje się ekonomią – musi od czasu do czasu czytać „analizy” finansistów.

Obecna sytuacja jest o tyle interesująca, że trwa wojna ekonomiczna z Rosją. Cena ropy naftowej utrzymuje się na niskim poziomie, przy którym nieopłacalne staje się wydobywanie ropy i gazu z łupków. Co jeszcze ciekawego dostrzegli analitycy:

1. W obawie przed inflacją zapowiadany koniec symulacji finansowych związanych z wykupem obligacji (QE). Spadki na giełdzie stały się okazją do apeli o odłożenie tego kroku w czasie.

2. Bezrobocie spadło w USA do poziomu najniższego od 14 lat, a produkcja przemysłowa wzrosła we wrześniu wzrosła najwięcej od prawie dwóch lat. Odnotowano jednak spadek sprzedaży detalicznej. PKB wzrosło o 4,6 procent w okresie od marca do czerwca (najwięcej od 2011 roku) i spodziewany jest dalszy wzrost na poziomie 3% w następnych kwartałach. Gospodarka USA ma się więc dobrze – w przeciwieństwie do strefy euro.

3. Mamy do czynienia z „globalnym spowolnieniem” i spadkiem rentowności obligacji w wielu krajach. Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył prognozę globalnego wzrostu na początku tego miesiąca i wyraził obawy, że strefa euro stoi w obliczu ryzyka recesji.

4. Spadek akcji wielu amerykańskich przedsiębiorstw technologicznych nie ma przyczyn bezpośrednio w ich działalności. Chociaż zdarzają się wyjątki – jak Netflix Inc (spadek o 19 procent wiąże się z wolniejszym od prognozowanego rozwojem).

 

Jednym ze skutków trwającej wojny ekonomicznej są bardzo niskie ceny ropy naftowej. To oczywiście cieszy konsumentów, ale martwi eksporterów surowców. Ale nie tylko to ból do głowy dla ekspertów od rynków finansowych. Dlaczego? Bo 20-proc. spadek cen ropy przełoży się na spadek światowej inflacji o 0,5 pkt. proc. w następnym roku, spychając ją do poziomu 1,7 proc.

 

A niska inflacja (lub deflacja) dla monetarystów oznacza niski wzrost gospodarczy. Ponadto brak inflacji potęguje problem zadłużenia i wykoleja popyt, gdy biznes i gospodarstwa domowe zwiększają oszczędności w oczekiwaniu na jeszcze niższe ceny.

 

Problem zadłużenia analizuje w ciekawym artykule główny ekonomista Saxo Banku: „Światowa gospodarka rozbije się o rafy zadłużenia? Grozi nam ogromne niebezpieczeństwo.” Wynika z niego, że do bankierów zaczyna docierać to, co krytycy obecnego systemu finansowego dostrzegają już od dawna: że sama wewnętrzna struktura tego systemu jest chora i grozi katastrofą. Co z tym mogą zrobić bankierzy? Będą „dalej grać w przeciąganie i udawanie, dopóki Minsky nie stanie na pierwszym planie”. Po przełożeniu z bankierskiego na nasze: będą uprawiać swoje finansowe gierki, czekając aż to wszystko pieprznie. Jeśli komuś się wydaje, że twórcy tego chorego systemu sami zabiorą się za jego reformowanie, to się grubo myli.

 

 

 

 Odpowiedzią na krytykę niemieckiego podejścia do gospodarki może być książka prof. Hansa-Wernera Sinna "Uwięzieni w euro" ("Gefangen im Euro"). Prezentując ją ekonomista Jürgen Stark stwierdził: "Wygląda na to, że niektóre koła polityczne w UE tylko czekały na pierwszy kryzys w strefie euro, aby przekształcić ją w unię zadłużenia".

Wszystko zaczęło się w 2003 roku, twierdzą zgodnie Jürgen Stark i Hans-Werner Sinn, kiedy Niemcy i Francja rozmiękczyły kryteria Paktu Stabilności i Wzrostu z 1997 roku. Ich zdaniem równało się to podważeniu Traktatu o Unii Europejskiej z 1992 roku, a w praktyce podkopaniu fundamentów Unii Europejskiej w takim kształcie, w jakim przewidziano ją w Traktacie z Maastricht.

Kryzys finansowy z 2008 roku dopełnił tylko miary nieszczęścia. Gdyby nie poprzednie odstępstwa od nienaruszalnych, zdawałoby się, zasad, w latach 2008-2009 i później nie byłoby tak łatwo naruszyć przyjętych w Maastricht kryteriów konwergencji. Tymczasem to właśnie nastąpiło.

Ciekawą analizę sytuacji gospodarczej Chin dziennikarza Bloomberga publikuje forsal.pl. Jeśli wzrost PKB w Chinach osłabnie do poziomu poniżej 5%, Chińczycy mogą zdewaluować juana. Efektem byłby wzrost eksportu (chińskie towary stałyby się tańsze). Ułatwiłoby to także obsługę długu państwa (liczone w juanach przychody by wzrosły). To by się jednak bardzo nie spodobało Amerykanom, którzy uważają, że juan i tak jest za tani i dlatego chińszczyzna zalewa USA.

 

Podobny mechanizm stosuje Wenezuela, która po cichu dewaluuje boliwara (ta waluta nie jest w pełni wymienialna, więc można zmieniać jej wartość bez rozgłosu).

 

Dewaluacja (czyli utrata wartości waluty) wiąże się najczęściej z inflacją. Dlatego jest to mechanizm bardzo kontrowersyjny. Najgorsze jest to, że nagła zmiana reguł skłania społeczeństwo do „walki o swoje” (o utrzymanie poziomu dochodów). Producenci podnoszą ceny. Pracownicy zaczynają domagać się wyższych płac i spotykają się z argumentem, że przecież to rząd odpowiada za wzrost cen, a nie przedsiębiorcy. Konflikt przenosi się na ulice i często kończy się zmianą rządu. Dlatego dewaluacja nie powinna (wbrew monetarystycznym rojeniom) być elementem szerszego programu reform, społecznie akceptowanego.

 

Niemniej jednak jest to mechanizm silny i skuteczny. Dlatego w sytuacjach wyjątkowych warto mieć go w swym zasięgu. Dlatego tak kontrowersyjne są ponowne nawoływania do wejścia Polski do strefy euro (plotki mówią, że to nie przypadek, że akurat teraz i ma to związek z karierą Tuska w strukturach europejskich).

 

 

Niemiecki rząd znalazł się pod ostrzałem ludzi, którzy wiedzą lepiej.... Szefowa MFW ostrzega przed recesją, do której prowadzi niemiecka oszczędność. To nie jej ojczyzna jest „chorym państwem Europy”, ale właśnie Niemcy. Ponieważ ataki finansistów zazwyczaj są dobrze skoordynowane, nie należy się dziwić niezależnym „ekspertom”, krytykującym Niemcy. To niemiecki model gospodarczy jest głupi, bo Niemcom wydaje się, że budżet opaństwa jest jak budżet domowy i nie można wydać więcej niż się ma dochodów. W związku z tym inwestycje w infrastrukturę nie rosną – jak na przykład w Polsce, a państwu grozi recesja..... Niemcom tylko się wydaje, że mają silną gospodarkę. Jednorazowy impuls rozwoju po roku 2005 biorą za stałą tendencję. A impus ten wynikał przecież z niskich płac, co uderzyło w kraje południa Europy. Niemcom się też wydaje, że będą w nieskończoność eksportować do krajów BRICS. W ubiegłym tygodniu MFW orzekł, że "Niemcy mogą sobie pozwolić na sfinansowanie niezbędnych inwestycji publicznych w infrastrukturę, nie naruszając reguł fiskalnych". Nie pomogło – więc teraz mamy otwartą krytykę i straszenie.

Polska powinna być dla Niemców wzorem. Inwestuje w infrastrukturę jak szalona, nie bacząc na rosnące długi. Już teraz obsługa zadłużenia jest mniej więcej taka, jak deficyt budżetowy, a wkrótce będzie jeszcze gorzej. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że w sumie wychodzi na to, że prowadzimy zrównoważoną gospodarkę jak Niemcy. Ale przecież to co my pożyczamy (zadłużając się) idzie tam gdzie trzeba. I Niemiecka gospodarka będzie tak długo zła, póki ci co trzeba na niej nie zarabiają. Przecież to nie do pomyślenia, aby przy niskim bezrobociu płaca minimalna wynosiła w Niemczech blisko 6 tys zł na miesiąc. Powinni jak Polacy zarabiać 3-4 razy mniej, wtedy mieliby na odsetki i mogli strzelać rakietami po kilka milionów za sztukę....

 

Dzisiejsze czasy mają pewną zaletę / wadę (zależnie od punktu widzenia) polegającą na tym, że prawie wszystko jest jawne. Spiskowe teorie dziejów tracą na znaczeniu, gdyż „spiskowcy” działają dziś jawnie. Mogą w każdej chwili powiedzieć: macie rację i co z tego.

Jeszcze niedawno domeną publicystów była na przykład rywalizacja systemów ekonomicznych. Kapitalizm oparty na oszczędnościach i anglosaski agresywny liberalizm, wsparty monetaryzmem. Teraz nie ma już sporu. Jest prezentacja patologii jako czegoś normalnego.

Gospodarka Rosji stała się celem ataku. Sankcje i inne prawdopodobne (choć niejawne) działania USA przynoszą spodziewane skutki. Rubel słabnie w stosunku do dolara. Interwencje banku centralnego są dość duże. W ostatnim tygodniu sprzedano 1,75 mld dolarów (zobacz dane historyczne). Inflacja, niskie stopy procentowe oraz obawy o administracyjne ograniczenia przepływów powodują, że Rosjanie wycofują pieniądze z banków. Cena ropy spada, co grozi utratą płynności przez budżet Rosji. Najwyraźniej realizowany jest plan obniżenia ceny ropy naftowej o 20 dolarów za baryłkę. Obecna cena (92 dolary) jest w okolicy kosztów produkcji dla USA i Arabii Saudyjskiej.

 

Czy to oznacza porażkę Rosji w tej ekonomicznej wojnie? Rosja ma olbrzymie rezerwy finansowe, a agresywna polityka ekonomiczna USA raczej sprzyja realizacji planów Putina – budowy przeciwwagi dla Amerykanów. Następuje integracja w ramach Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Rosja właśnie ratyfikowała umowę z Białorusią i Kazachstanem, zmierzającą do wprowadzenia od 1 stycznia 2015 Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EEU). Zmniejszy to zależność tych gospodarek od rynków finansowych. Ten sam cel mają umowy Rosji z Chinami, dotyczące rozliczeń w walutach narodowych. Triumfalizm oparty na kursie dolara może być przedwczesny.Gra toczy się bowiem o przyszłość tej właśnie waluty:Przedstawiciele Banku Rosji mówili, że rozpoczynają nową strategię rozwoju rynku finansowego i będą wspierać kurs na globalizację, czyli bezpośredni udział Rosji w światowym systemie finansowym. Jednak Europa i Stany Zjednoczone starają się obecnie „zablokować” te plany. Był również pomysł, aby zrobić z rubla walutę swobodnej wymiany do 2015 roku: anulować korytarz walutowy. Takie rzeczy jak sankcje skierowane są przeciwko rublowi i oczywiście blokują plany Moskwy.

 

[…] Gazprom i Rosnieft w rozliczeniach za gaz mogą całkowicie przejść na ruble. Kwestia ta omawiana jest już od kwietnia, kiedy to szef Rosnieftu Igor Sieczyn zaproponował wniesienie tej kwestii do komisji prezydenckiej do spraw przemysłu paliwowo-energetycznego.

 

Popularne filmy „gangsterskie” pokazują głównie najczarniejszą stronę działalności mafii: kontrolę nad światem przestępczym sprawowaną przy pomocy nie cofających się przed niczym „żołnierzy”. Tymczasem większa część działalności mafii zawsze nosiła znamiona legalności. Mafii nie płaci się haraczu, tylko opłatę za sprawowaną opiekę. Ta opieka niekoniecznie jest fikcją. Mafia dba w zamian o porządek i jeśli trzeba, potrafi pomóc w karierze lub zniszczyć konkurencję.

Trudno powiedzieć, kto jest klientem mafii w każdym pojedynczym przypadku. Ale trudno uznać, że tak wiele przykładów bezdusznego niszczenia przedsiębiorstw wynika z czystego przypadku i urzędniczej bezmyślności. Prasa donosi o takich przypadkach regularnie i nic się nie zmienia. Na przykład uznano, że karetki to samochody osobowe i nakazano zapłacić 1 mln zł akcyzy. Albo inny urzędnik uznał, że cygara to nie cygara i zakazał produkcji.

Powstał nawet program cykliczny w telewizji (choć tytuł jest mylący, bo przecież mafia nie jest „Państwem w państwie”, tylko stanowi jeden z filarów III RP.

Ulubionym narzędziem w rękach mafii jest podatek VAT (zob. adza zabija VAT-em).

Cezary Kazimierczak znany jest z niewyparzonego języka i czasem go „ponosi”. Trudno jednak nie przyznać mu racji, gdy pisał w liście do Jacka Kapicy: Nie ma miesiąca, żeby Pana ludzie nie weszli do jakiegoś sektora gospodarki i bez zmiany jakichkolwiek przepisów nagle powiedzieli, że to, co do tej pory robiliśmy w zakresie prawno-podatkowym, było niezgodne z prawem i każą płacić podatki pięć lat wstecz wraz z odsetkami. Tymi praktykami jest zbulwersowany nawet NIK.

Nieomal euforia zapanowała w świecie finansów, gdy najnowszy raport o bezrobociu w USA pokazał, że tak dobrze ni -bylo od 6 lat – bezrobocie spadło poniżej 6%.

Jak ten wskaźnik przekłada się na wyniki finansowe firm? Można podać szereg hipotez. Na przykład:

- niższe bezrobocie oznacza wzrost gospodarczy (więcej skłonnych wydawać pieniądze klientów);

- spadek bezrobocie to spadek wydatków socjalnych i lepszy stan finansów publicznych;

- przy niskim bezrobociu płace rosną i rosną koszty wynagrodzeń w przedsiębiorstwach.

Ten ostatni argument przez analityków nie jest podnoszony Zapewne słusznie – bo koszty wynagrodzeń liczą się coraz mniej. NYT opisuje historię jednej z pracownic Dunkin Donuts – 32-letniej Marii Fernandes, która niedawno zmarła tragicznie. Jej praca była trudna, gdyż musiała dojeżdżać do trzech różnych lokalizacji. Pracowała tak ciężko, że brakowało jej czasu na sen. Miała w zwyczaju „dosypiać” w samochodzie z uruchomionym silnikiem. Aby nie brakło paliwa – woziła kanister z benzyną. On się musiał przewrócić, gdy spała i szkodliwe opary spowodowały jej śmierć. Portal businessinsider.com (BI) analizuje ekonomiczne aspekty tej historii. Wynagrodzenie Fernandez było tak niskie, że miała kłopoty z zapłaceniem 550 dolarów czynszu miesięcznie. Ten wypadek nie jest jednostkowy. W wielu miejscach w USA, płaca minimalna nie daje dochodów pozwalających na normalne życie nawet osobom bardzo zdeterminowanym i sumiennym.

Nawet po wliczeniu prostytucji, przemytu i handlu narkotykami do PKB Polska gospodarka jest w opłakanym stanie. Tak twierdzi redakcja portalu wGospodarce i na dowód przytacza (za PAP) konkretne dane: Z wyliczeń GUS wynika, że zmianę in minus, czyli osłabienia dynamiki PKB zanotowano w latach 2003, 2004, 2005, 2008, 2010, 2012. Odpowiednio o: minus 0,3 pkt. proc., minus 0,2 pkt. proc., minus 0,1 pkt. proc., minus 1,2 pkt. proc., minus 0,2 pkt. proc. oraz minus 0,2 pkt. proc. "Zmianę in plus (poprawę dynamiki) w latach 2007, 2009, 2011, 2013 (odpowiednio: +0,4 pkt. proc., +1,0 pkt. proc., +0,3 pkt. proc., +0,1 pkt. Proc.)".

Te wskaźniki trudno przełożyć na sytuację zwykłych obywateli. O wiele bardziej wymowne są dane na temat powrotu fali upadłości przedsiębiorstw. We wrześniu zbankrutowało 71 spółek wobec 66 w tym samym czasie roku poprzedniego. W sumie, od początku roku splajtowało 630 przedsiębiorstw, podczas gdy rok temu 713.

 

We współczesnej gospodarce wskaźniki makroekonomiczne nie służą jedynie do oceny i opisu zachodzących procesów, ale mają bezpośredni wpływ na osiągane straty i korzyści. Na przykład wyższe PKB wpływa na relatywne obniżenie zadłużenia, większą wiarygodność (mniejsze ryzyko) i niższe stopy procentowe. Dlatego zmiana sposobu liczenia PKB, powodująca jego zwiększenie jest korzystna. Polska postanowiła wliczać do PKB handel narkotykami, przemyt i prostytucję – będzie więc z tego pośrednio czerpać korzyści. A że to sprzeczne z prawem? Kto by się tym przejmował?

Wzrost PKB po wliczeniu nielegalnej działalności (za bankier.pl):


Pomijając inne okoliczności, ta nowa metodologia pokazuje kompletny upadek ekonomii jako nauki. To zaczyna być gorsze niż prostytucja. Aby uzmysłowić sobie całe kretyństwo tych pomysłów, wystarczy zastanowić się nad skutkami stosowania tej metodologii na przykład w Iraku. Wybuchające bomby to też nielegalna działalność, ale samo się nie wybucha – ktoś się napracował. Więc każdy zburzony budynek, rafineria lub droga to wzrost PKB.

Anty-nobel z ekonomii należy się bez dwóch zdań.

W Hongkongu powstał wielki ruch społeczny „Occupy Central with Love and Peace”. W skrócie „Occupy Central” - nazwa nawiązująca do „Occupy Wall Street”. Mieszkańcy Hongkongu także okupują dzielnicę finansową. Wiele banków zostało na czas protestów zamkniętych. Pretekstem dla powstania ruchu są obawy powolnego wchłaniania Hongkongu przez Chiny kontynentalne: Jednym z tego przejawów ma być ich zdaniem sposób wybierania szefa lokalnej administracji w 2017 roku. Po raz pierwszy w historii mieszkańcy Hongkongu będą mogli wyłonić szefa administracji w wyborach powszechnych, działacze wskazują jednak, że wybór będzie zawężony do dwóch-trzech kandydatów zatwierdzonych uprzednio przez wierny władzom w Pekinie komitet nominacyjny.

Centrum finansowe Hongkongu jest jednym z największych na świecie. Ale mieszkańcy wyspy nie dostrzegają zbyt wielu dobrodziejstw z tego wynikających. Efekt podobny jak w innych liberalnych krajach: wzrost nierówności i kosmiczne ceny mieszkań.

Inna jest tylko skala protestów, przy którym blednie kijowski Euro-Majdan. Zdjęcia tysięcy mieszkańców okupujących wiele ulic centrum Hongkongu robią wrażenie:

Na szczycie ONZ w Nowym Jorku premier Japonii Abe wezwał do rozmów „bez warunków wstępnych” między Japonią i Chinami oraz Koreą Południową. Państwa ta dzieli głównie przeszłość – rany po Drugiej Wojnie Światowej oraz trwające nadal spory terytorialne. Spór o wyspy Diaoyu/Senkaku stał się głośny, gdy Japończycy porównali go do sporu o Krym między Rosją i Ukrainą – to wywołało ostrą reakcję Chin. Podobne problemy występują w stosunkach japońsko-koreańskich.

 

Jednak ostatnio pragmatyzm bierze górę nad uprzedzeniami. Zaczyna rozwijać się współpraca Japoni z Indiami. Przygotowywane jest spotkanie na szczycie - przywódców Japonii i Chin: Shinzo Abe i Xi Jinping.

 

Za kilka miesięcy może się okazać, że misterna układanka na „Wielkiej Szachownicy” Brzezińskiego staje się nieaktualna. Według Brzezińskiego azjatyckie potęgi nie są sojusznikami, jakimi byli w czasie zimnej wojny partnerzy atlantyccy, lecz rywalami. Przypomina to sytuację, gdy europejskie potęgi rywalizowały o kolonie. Tamta rywalizacja doprowadziła w ostatecznym rozrachunku do dwóch wojen światowych. Nowa rywalizacja azjatycka, powiada Brzeziński, może w którymś momencie zagrozić stabilności regionu, zaś fakt, że niektóre z tych krajów dysponują bronią nuklearną potęguje skalę potencjalnej dewastacji.

 

Akcje TESCO spadły ponad 11% po tym, gdy wyszło na jaw, że firma zawyżyła aż o 250 mln funtów prognozy zysków za pierwszy kwartał br. Tesco to drugi na świecie detalista pod względem wielkości przychodów. Taka potężna sieć handlowa musi być zarządzana przez najlepszych fachowców, z odpowiednio wysokim wynagrodzeniem. Tak mogłoby się przynajmniej wydawać. Tymczasem nowy prezes zastał w firmie niesłychany bajzel. Chodzi nie tylko o fałszowanie prognoz finansowych. Pracownicy skarżą się, że firma nie płaciła za nadgodziny (a ich frustrację pogłębiają obawy, że nowy szef dokona „cięć” ich kosztem). Spadają przychody ze sprzedaży, a firma wyraźnie przegrywa z rosnącą konkurencją. Problemy Tesco nie dotyczą działalności w Polsce. W naszym kraju sprzedaż Tesco rośnie.

 

 

 

Podkategorie

Kótkie opisy wydarzeń, które mogą wskazywać na kierunki działań w gospodarce.

Kredyty we frankach